Nie bez satysfakcji przeczytałem w dodatku sobotnio-niedzielnym dziennika „Rzeczpospolita” („Plus Minus” 22-23 lutego br.) wynurzenia Teresy Stylińskiej o „Polszczyźnie z coraz niższej półki”. Okazja była niebagatelna, wszak od 2006 r. każdego 21 lutego obchodzony jest Dzień Języka Ojczystego. Głównie z inspiracji Rady Języka Polskiego urządzane są wszelkiego rodzaju i przeznaczenia (nawet dla parlamentarzystów) dyktanda i konkursy językowe. Autorka konstatuje, że stanowi to właściwy sposób propagowania kultury językowej. Wszelako przekornie, jak rozumiem, i na pewno ze smutkiem dodaje: „…na tej drodze przekonujemy (…) wyłącznie przekonanych, czyli tych, którzy do polszczyzny i bez takich zachęt podchodzą z sercem i rozumem”.

Któż to taki? Na pewno nie tzw. internauci. Dziennikarze? Tak, lecz u niewielu z nas dbałość o piękno języka jest równoznaczna z wagą treści, jaką ten język wyraża. Słyszę bowiem często w naszym środowisku zawodowym przekonanie, że staranność „o formę” jest niepotrzebna, najważniejsze bowiem to przekazanie myśli i… emocji. No tak, emocjom można dawać upust w różny sposób, nawet niekoniecznie językowy... W konsekwencji ci tak mniemający często nieświadomie sprzeniewierzają się zapisom Ustawy o Języku Polskim, uchwalonej w 1999 r., obowiązującej od 2000 r. Stylińska uznaje ją za kodyfikację poprawności językowej, a zarazem sankcjonuje nią swe opinie.

Jest w ustawie m. in. zapis, którego jednak publicystka wyraźnie nie przywołuje, że dziennikarza również obowiązuje dbałość o „poprawność językową materiałów prasowych” (rozdz. 5 art. 2). Uwagę publicystki zajął przede wszystkim dalszy ciąg tego nakazu: „oraz przeciwdziałanie jego wulgaryzacji”. Szkoda więc, że lekko potraktowała postulat poprawności językowej, uznawszy widocznie, że do jej przeciwieństwa należą wyłącznie potępiane przez nią z całą mocą wprost niezliczone – przytaczane - anglicyzmy, które wdzierają się do naszej mowy ojczystej z siłą niemalże tsunami. Oczywiście - racja. Ale nie roniłbym łez nad tą, przyznać trzeba, brzydką tendencją, albowiem dzieje naszego języka, w ogóle kultury, ukazują, że łacina i niemczyzna, z których w średniowieczu korzystaliśmy pełną garścią, pozwoliły tworzyć słowa i związki frazeologiczne nieznane jeszcze naszemu dopiero kształtującemu się językowi; stąd w wielu polskich wyrazach rdzenie są przede wszystkim łacińskie i trochę jest germańskich. Od schyłku XVII w. zaś do początków XIX w. francuszczyzna podobnie, jeśli nie identycznie, jak dzisiaj angielski, kaleczyła - albo wzbogacała? - naszą mowę ojczystą. Pozostały ślady tego wpływu w wielu tzw. kalkach językowych, z najpopularniejszych to słynny „rzut oka” i „oswojone” już m. in. „par excellence” A mimo to żadne makaronizmy nie zdołały odebrać naszej mowie ni suwerenności, ni piękna, ni precyzji - a tak, tak:  „język giętki wypowie wszystko, co pomyśli głowa…”. I języki zaborców również nie wycisnęły złego piętna, pomijając mało znaczące brzydkie rudymenty w rodzaju „póki co”, „w międzyczasie”, „ w pierwszym rzędzie”, „na terenie” itp.

A więc wydaje się - pies szczeka, karawana idzie dalej. Nie minie zapewne ten wiek, gdy polszczyzna wyzwoli się z okowów angielszczyzny i – mówiąc na podobieństwo Stylińskiej – znów wzniesie się na górne półki.

Podzielam w pełni troskę autorki o kulturę językową i cieszę się, że podjęła ten temat rzadko występujący we współczesnych mediach. I że redaktor naczelny gazety przeznaczył nań aż półtorej strony „Plusa Minusa”. Mógł mniej, bo artykuł Stylińskiej jest może nadmiernie zwerbalizowany; gdyby było mniej słów, stałby się zapewne bardziej zwarty, przeto konkretniejszy w percepcji. Ale mniejsza.

Chwała więc redaktorowi naczelnemu, że podpisał ten tekst do druku. Ale niechwała, że we własnej praktyce pisarskiej sprzeniewierza się ideom głoszonym przez swą autorkę. Kilka dni wcześniej, 16 lutego, na drugiej stronie dziennika w „Komentarzach” umieścił bowiem apoteozę Jarosława Zagórowskiego, prezesa Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Zmaterializował tu poglądy wielu naszych koleżanek i kolegów po piórze – pozwolił swym emocjom wyprzeć dbałość o słownictwo i przejrzystość zdań. Pomijam tu kwestię merytoryczną, ocenną, jak mówi (czy poprawnie?) Jerzy Bralczyk: czy prezes JSW rzeczywiście zasłużył na dytyramb. Przecież aż chciałoby się zapytać: a co robił przez lata swego prezesowania, żeby nie doszło do dzisiejszego impasu?

Spójrzmy jednak dokładnie na język komentarza red. Bogusława Chraboty. „Dla mnie osobiście – pisze autor o prezesie JSW – jest on bohaterem”. Nie tylko purysta językowy, ale tzw. zwykły czytelnik przyzwyczajony do logicznego myślenia się żachnie: jak może „dla mnie” inaczej niż „osobiście”? Ten przysłówek należy do popularnej retoryki polityków zwłaszcza, lecz i, niestety, niektórych publicystów, a ma w intencji jego użytkowników dodawać „powagi” wygłaszanym opiniom. Jednakże tutaj i w podobnych kontekstach jest aż tak niepotrzebny, że staje się jakby nowym rodzajem pleonazmu, razi, gdyż uwłacza zdrowemu rozsądkowi znaczeniowemu i gwałci poczucie estetyki językowej. Podobnie jak w tej samej wypowiedzi redaktora naczelnego frazeologia „pakiet reformatorski”.

Drobiazgi – powiedzielibyśmy. Może istotnie, lecz czy: „…trudno sobie wyobrazić, że po Zagórowskim przyjdzie na to gorące krzesło ktoś z jajami”- to też błahostka? Godzi się tu znowu przypomnieć, że Ustawa o Języku Polskim zobowiązuje w s z y s t k i c h  n a d a w c ó w  nie tylko do dbałości o poprawność języka, ale również do „przeciwstawiania się jego wulgaryzacji” (art..17 pkt 1). Owo wyrażenie przysłówkowe po „przyjdzie ktoś…” jest zaś tak trywialne, że aż staje się wulgarne. Wulgaryzm bowiem to nie jedynie tak zwane w mowie potocznej brzydkie wyrazy, w które obfituje nasz, jak wszystkie języki słowiańskie w przeciwieństwie do np. francuskiego, ale to również, a może przede wszystkim, prostackość niwecząca piękno każdej wypowiedzi, niszcząca powab języka literackiego, dziennikarskiego, naukowego, epistolarnego, każdego.

I sądzę, że o takiej nade wszystko wulgaryzacji myśleli twórcy Ustawy o Języku Polskim i o takiej też myśli Teresa Stylińska, odwołując się w swym artykule do stosownej normy kodyfikacji.

Na koniec – jakie w kraju prawa, za który chcemy uchodzić, są konsekwencje nieprzestrzegania ustaw? Czy choćby tylko ostracyzm?

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl