Benzynki się nałykali. Było trochę krzyku. A potem większe afery przykryły mniejsze. I tak jest zawsze. Nisztor dostał czego innym nie dali. Tusk kolejny raz przyleciał by się przespać w Sopocie. Nawet go rozumiem, bo jedyne to w swoim rodzaju miasteczko. Moi rodzice wrócili tu w '46-tym z wojennej tułaczki, a ja chodziłem do podstawówki („Jedynka”), która w tym roku będzie obchodzić 50-lecie (może zaproszą?). Klasa nasza była wspaniała. Konrad - wnuk konstruktora zbudowanego w Holandii okrętu podwodnego „Orzeł”. Rysiek – dziś architekt projektujący kościoły, syn inżyniera budowniczego Nowej Huty. Piotrek – syn bardzo przystojnego sopockiego adwokata a przedtem bramkarza „Warszawianki” i matki malarki córki encyklopedycznego pejzażysty Ziomka pięknie malującego łodzie rybackie w Chałupach. W pierwszej ławce w klasie siedział Janek krótkowidz zawsze trochę zasmarkany ale genialny z matematyki, syn naczelnika poczty w przedwojennym Wilnie. Sopot po wojnie był pusty, więc zjechali tu ludzie z kresów, Krakowa i Warszawy. Był więc Stefan pasierb metaloplastyka Skóry. Był „Bemben” syn czapkarza z ulicy, który wtedy nazywała się Rokossowskiego a dziś Bohaterów Monte Cassino. Była Ania córka zasłużonego na wielu polach operatora filmowego i reżysera filmów dokumentalnych, Pana Sergiusza ze słynnej rodziny Sprudinów. W niej to pierwszą szkolną miłością się zakochałem. Była również Henia – pulchniutka blondyneczka z warkoczykami, córeczka 1-szego sekretarza partii w Sopocie. Była też córka rzeźnika. Było dwóch Maćków – jeden, zawsze gruby i duży – kelnerował potem na transatlantyku „Batory”, a drugi – syn dziennikarza sportowego – też jak ojciec wylądował w naszej branży. Być może i ja wybrałem ten zawód pod wpływem opowieści Maćka o swoim ojcu. Mój – Kapitan Żeglugi Wielkiej – chciał bym poszedł pracować na morze. Ale tak się nie stało. Baśki ojciec nazywał się Giedroić i wtedy nie dziwiło to nas, że był czynnym w latach 50-tych prokuratorem.
Poziom klasy podnosiło wychowanie dzieci w inteligenckich domach. Ważna też była różnorodność miast, z których przyjechano. Jednak najważniejsi oczywiście byli nauczyciele. Rozwiązywania trudnych zadań uczyła nas Pani Wasilewska. I – myślę – że przynajmniej mnie dobrze tego nauczyła. Wicedyrektorem był Pan Słomiński, wysoki i zawsze elegancki. Jakoś nie pasowało do niego, że to on właśnie był w szkole szefem organizacji partyjnej. W dodatku jego zasługą było zorganizowanie chóru. Sam go prowadził, uczył cierpliwie dzieci śpiewać i grał na skrzypcach. Ta cała partia to niewiele nas obchodziła. Tyle że przed rozpoczęciem lekcji na apelu cała szkoła śpiewała „Naprzód młodzieży świata”. W domach – myślę, że prawie w każdym, wbijano nam do głowy: nigdy, nic o tym, co się mówi w rodzinie i wśród znajomych nie wolno mówić w szkole. Masz synu tylko klepać: Stalin to chorąży pokoju. I tylko tyle. Jak nie wiesz co powiedzieć udawaj, że nie rozumiesz. Gdy po śmierci Stalina kazano dzieciakom, nawet z drugiej klasy, pisać listy do rosyjskiej ambasady, nie wywiązałem się najlepiej – tak oceniła wychowawczyni – polonistka, choć maiłem u niej 5-tkę. Pamiętam chłopaka, którego po tych listach wyróżniono na szkolnym apelu. Mieszkał na ulicy Bieruta, niedaleko naszej Helskiej. Nigdy go nawet nie zagaiłem. Był z klasy o rok niżej. Nie wiem co w życiu robił, co zrobił. Ale buzię pamiętam.
Gdzieście się chłopaki podziali, czy wracacie czasem by połazić po ulicach między Górą Łysą a molem.
Wątpliwe by Donald Tusk miał w przyszłości w Sopocie ulicę swojego imienia. O ile wiem to mieszka w pobliżu ulicy Jana z Kolna. Tamten był żeglarzem, a ten trampkarzem. Jeden ponoć odkrył Amerykę przed Kolumbem, a drugi nawigował między kolesiami. Z kłopotów wybawiła go Polko-Niemka Merkel, która chodzi w spodniach.
Ciekawe, że w Sopocie mieszka teraz naprawdę interesujący dla ludzi piszących (dziennikarzy, pisarzy) gość – sławny nie najlepiej „Słowik”, teraz skruszony Pan Zieliński. Były gangster mógłby byłego premiera na pewno nauczyć dobrego zarządzania. Nie wiem jednak czy chłopaki (Tusk i Zieliński) się spotykają, czy w ogóle spotkają się kiedyś przypadkowo na cyplu sopockiego mola, np. w czasie sztormu. Pięknie tam wtedy jest, choć molo popsuto budując marinę, która teraz zakłóca naturalny ruch fal i niszczy plaże.
Ale w kapitalizmie to już tak jest: liczy się tylko zysk, czyli szmal. Do czyjej kieszeni on trafia nigdy nie dowiedzą się o tym zbieracze podatków i prokuratorzy. Zresztą ci się nie przejmują wypełnianiem swoich obowiązków. Patrzą najwyżej z odrazą na przekupną władzę i robią tylko tyle ile już muszą. Szpringerowska prasa lokalna wcale ich nie pogania. Cisza panuje nad tą trumną.
16 II 2015 Stefan Truszczyński
