O tym czy Cezary Gmyz miał rację, informując o obecności materiałów wybuchowych w próbkach ze Smoleńska, dowiemy się za pół roku (jak dobrze pójdzie). Jednak wyrok co do jego wiarygodności dziennikarskiej już zapadł. Tekst miał siłę trotylu – zmienił optykę patrzenia na śledztwo i eliminację wątków związanych z możliwością wybuchu. Z tego powodu był to materiał dziennikarski ważny i potrzebny. W końcu chodzi przecież o to by wyjaśnić przyczyny tragedii.
Redakcje i dziennikarze powinni zazdrości „Rzeczpospolitej” takiego materiału. Tak się nie stało – w środowisku zawrzało. Zamiast dyskusji o znaczeniu i metodach uprawiania dziennikarstwa śledczego powrócił wątek „dorzynania watahy”. Dziennikarze dzieleni są na tych, którzy bronią Gmyza i protestują przeciw decyzji wydawcy i właściciela – to prawicowe oszołomy; i tych rzetelnych, broniących standardów – oni piszą bez zaślepienia politycznego.
Jest okazja to trzeba ją wykorzystać. Jacek Żakowski nie waha się apeluje o zmianę „redakcyjnej kultury i tożsamości pisma”. „A historia z trotylem dobrze pokazuje, co >>Rzeczpospolitej<< grozi, jeśli takiej zmiany nie dokona” – pisze wprost.
Odczytuję to ostrzeżenie jako wezwanie do oczyszczenia redakcji (nie tylko Rzepy) z dziennikarzy nieprawomyślnych, bo zatruwają środowisko, szkodzą dobremu wizerunkowi mediów i tytułom, dla których pracują.
Takie dzielenie dziennikarzy ma doprowadzić do silnej polaryzacji. Kto się nie zgadza z oficjalną wersją katastrofy niech sobie pisze, ale w tytułach niszowych, w pismach i portalach z prawicową etykietką. Wśród „prawdziwych dziennikarzy” powinna panować jednomyślność. Tu nie ma miejsca na wątpliwości i nie potwierdzone przez oficjalne czynniki informacje. Jedni dziennikarze mają na ubraniach trotyl, inni tylko detergenty.
Decyzja Grzegorza Hajdarowicza to nie tylko wewnętrzna sprawa Rzepy. Otrzymaliśmy wyraźny sygnał: nie wtykajcie nosa gdzie wam nie wolno. Wara od śledztwa. Chcecie pisać, to poczekajcie na oficjalne stanowisko i konferencję prasową. A po niej też autoryzujcie wypowiedzi bo przecież pan prokurator też się może zaplątać w swoich tłumaczeniach. Dopiero wtedy będzie to dojrzałe i wiarygodne dziennikarstwo. Ale kto da gwarancje, że oświadczenia prokuratury czy komisji są wiarygodne. Niestety, autorytet instytucji państwa w sprawie katastrofy smoleńskiej wielokrotnie już został podważony.
Dlaczego mam nie wierzyć Gmyzowi a w pełni ufać urzędnikom i politykom? Dlaczego pisano o aferze Amber Gold zanim Marcin P. nie został skazany prawomocnym wyrokiem? Interes społeczny? Przecież rozwikłanie przyczyn katastrofy smoleńskiej to kluczowa sprawa dla państwa i społeczeństwa.
Mało kto uprawia już dziennikarstwo śledcze, bo za drogo i można się narazić. Gdyby Gmyz ujawnił swoje źródła, to dla władzy byłaby sytuacja idealna – nikt by już nie chciał dziennikarzom udzielać informacji innych niż opublikowane w serwisie PAP-u. Zgodnie z prawem prasowym dziennikarz ma obowiązek (i nie ma tu dowolności) zachowania tajemnicy. Zwolnić go może z tego sąd i to w uzasadnionych przypadkach. Ujawnienie danych informatora, to nie tylko śmierć zawodowa dziennikarza, ale także złamanie prawa. Złamanie prawa albo zwolnienie dyscyplinarne. Gmyz wybrał.
Grzegorz Hajdarowicz często podkreśla, że media to także przedsięwzięcie biznesowe. W ocenie sytuacji w jakiej znalazła się „Rzeczpospolita” kierował się instynktem przedsiębiorcy a nie wydawcy. Jeżeli prowadzi się interesy, to konflikt z władzą nie jest wygodny. Jest to konsekwencja sytuacji gdy media są traktowane jako biznes i tylko w takich kategoriach oceniane.
Andrzej Stawiarski
7 listopada 2012
