„Nieszczęsny”,„troglodyta”, autor „pałkarskich” tekstów w „brukowcach”. To kilka błyskotliwych określeń, które raczył poświecić mojej skromnej osobie dorabiający po reklamach celebryta, znany ze szczególnej troski o standardy dziennikarskie, kulturę języka, umiejętność prowadzenia polemiki opartej nie na chamskich inwektywach, a krytyce konkretnych działań i poglądów.
Zauważyłem, że przymiotniki naczelnego „Newsweeka” pod adresem osób, które do pięt nie dorastają mu w prorządowym entuzjazmie, ciągle są takie same, więc kilka podpowiedzi. „Człowiek o moralności alfonsa”, „syjonistyczna piąta kolumna”, „wichrzyciel” i „dywersant” chyba odpadają. Gomułkowsko-moczarowska nomenklatura już nie sięga poziomu agresji prostego, wojskowego epitetu w wykonaniu rodzimego mistrza szczucia. Może winien więc sięgnąć nieco dalej w przeszłość do prawdziwej klasyki: „wszy”, „zaraza ludzkości”, „podstępne szczury”. Niewątpliwie wzbogacenie zasobu leksykalnego o te określenia pozwoli mu się jeszcze bardziej wyróżnić się na tle prymitywnego otoczenia.
Model funkcjonowania wspomnianego „publicysty” utwierdza mnie, w wyrażanym od lat także na tych stronach, sceptycyzmie wobec dalszego przyznawania dziennikarskiej Hieny przez Zarząd Główny SDP. Tej antynagrodzie przyświecały i przyświecają szczytne cele. Ale obawiam się, że dziś także ona faktycznie prowadzi do tego, by polskie dyskusje zredukowały się trwale i całkowicie do poziomu bezrefleksyjnych rozbryzgów, etykiet i agresji, na którym niepodzielnie dziś rządzi Tomasz Lis, dzielny szturmowiec zawsze mającej słuszność władzy.
