Podobno od dłuższego czasu jestem dostawcą żółci dla pana redaktora Jacka Żakowskiego. Donoszą mi o tym sympatycy - słuchacze Radia Wnet (choć, jak widać, nie tylko, bo red. Żakowski swe tyrady wygłasza w radiu Tok FM). Ja tam nie zaglądam, mało kto ma ochotę na poranną porcję mdłości, ale powtarzające się doniesienia o tym, że skromny redaktor Kwiatek wzbudził zainteresowanie samego Jacka Żakowskiego, skłoniły mnie do zapisania kilku poniższych myśli.

Red. Żakowski nazywa mnie „partyzantem prawdy”, nie mnie jednego oczywiście, aż tak warty uwagi nie jestem, ale zawsze. Gdy się o tym dowiedziałem, zacząłem się zastanawiać: co to znaczy „partyzant prawdy”?
Najprostsza odpowiedź – to jest bojownik o prawdę. Ale to niemożliwe, żeby to miał na myśli red. Żakowski. Przecież o prawdę to walczy on sam i jego komilitoni salonowi! Gdzieżby tam Kwiatek i jemu podobni!
Wobec tego może kluczem jest tu słowo „partyzant”? Kto to jest partyzant? To jest bojownik walczący z ukrycia, ktoś, kto wobec znacznej przewagi przeciwnika nie może stanąć do walki twarzą w twarz, szereg w szereg. Ale jednak to ktoś, kto walczy, co więcej – kto zadaje ciosy i straty, kto spędza sen z powiek silniejszemu przeciwnikowi. No, już lepiej – ale to wciąż komplement, a nie sądzę, by taka była intencja Redaktora.

A może „partyzant” to ktoś, kto boi się stanąć do otwartej walki, tylko działa z zaskoczenia, w nocy, skrycie? Czyli dywersant? Terrorysta (że sięgnę po modny obecnie termin)? To by red. Żakowskiemu pasowało, z tym, że to niestety nieprawda: nie chowam się po kątach, jak nie chowają się podobni mnie dziennikarze i publicyści, nie działam z zaskoczenia, w miarę możliwości (nie wszystko zależy od nas, dziennikarzy opozycyjnych, „antysalonowych”!) staram się publikować systematycznie i pod własnym nazwiskiem. A partyzanci używali zwykle pseudonimów… I oni się nie bali, tylko wybierali dostępną im formę walki, podobnie jak dziennikarze konserwatywni dziś, hic et nunc.

Stary i mało smaczny dowcip głosił kiedyś, że partyzant to ktoś, kto… od tyłu… Nie wiem, co by miał w tym wypadku na myśli red. Żakowski i nie myślę się nad tym zastanawiać.

Wyczerpałem tym sposobem znane mi rozumienia słowa „partyzant”, ale żadne mi do mnie i mnie podobnych kolegów po piórze nie pasuje. A do tego „partyzant prawdy”… Nie chce mi się wierzyć, żeby komuś takiemu, jak red. Żakowski, coś się „pomerdało”.

Więc co?

Zanim uda się ustalić, jaką zniewagę, obelgę czy szyderstwo ma nieść termin ”partyzant prawdy” w odniesieniu do dziennikarzy konserwatywnych, prawicowych, popatrzmy na sprawę z nieco innego punktu widzenia. Skoro gdzieś są dziennikarze - bojownicy o prawdę, którzy będąc w mniejszości muszą stosować inne metody walki o ową prawdę, wybierać np. skromniejsze pola bitwy, to znaczy, że ta prawda jest zagrożona: przytłumiona, zniewolona, zakneblowana. I skoro walczyć o nią - po partyzancku, ale jednak – muszą dziennikarze prasy konserwatywnej, to znaczy, że opresja wobec prawdy ma swe źródło… Gdzie? A no w Salonie! W mediach mainstreamu!

To prawda dość powszechnie znana, ale do głowy by mi nie przyszło, że taką śmiałą tezę postawi oczko w głowie owego Salonu – red. Żakowski.

I teraz wszystko jest wreszcie jasne.

Ja i moi koledzy „partyzanci prawdy” walczymy o tę prawdę z „okupantami prawdy”, z „prześladowcami prawdy”, w osobach dziennikarzy w rodzaju red. Żakowskiego.

Np. można powiedzieć, sięgając po pierwszy z brzegu przykład, że ja jestem „partyzantem prawdy”, walczącym o nią z „banschutzem prawdy” Jackiem Żakowskim. Albo z „czekistą prawdy” J.Ż. Innych opryczników albo ciemiężycieli niech sobie łaskawy Czytelnik podstawi sam.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl