Ostatnio z przyjemnością czytam „Plus Minus” – sobotnio-niedzielny dodatek dziennika „Rzeczpospolita”. Traktuję go, zresztą upoważnia do tego jego formuła redakcyjna, jak samoistny tygodnik. Znakomity.

Oczywiście, w każdym periodyku, zwłaszcza objętościowo dużym (40 stron co tydzień) są materiały gorsze i lepsze. I nie chodzi tu o ocenę poszczególnych tekstów, lecz uświadomienie cechy, być może staroświeckiej, że każdy numer ma kanwę tematyczną: większość publikacji osnuta jest wokół jednego publicystycznego tematu. To sprawia, iż kompozycja numeru jest zwarta, precyzyjna. Tak były redagowane czasopisma od bodaj stu pięćdziesięciu lat. A więc skazani na nowoczesność, niweczącą wszelkie rygory nadające dawniej porządek światu i ludzkiej działalności, możemy jednak nadal zachowywać, ku wzajemnej radości, piękno tradycyjnego dziennikarstwa-redaktorstwa.

         Inaczej w popularnej i nader cennej ideowo „Gazecie Polskiej” tygodniowej. Poszczególne numery nie mają osnowy tematyczno-problemowej, wszelako uporządkowane są, że tak powiem, stronami. Stały czytelnik (a stali odbiorcy to skarby mediów) wie, na jakich znaleźć tekst Iksa czy Igreka. Gorzej z resztą – ze stronami niezarezerwowanymi dla konkretnych piór. Tam jest, mówiąc przenośnie, wolna amerykanka tematyczna, nie sposób dociec, według jakiego klucza umieszcza się teksty, ale ta część jest na szczęcie niewspółmiernie mniejsza.

W obu pismach drukowane są nadzwyczaj długie artykuły. Nadmierna objętość wypowiedzi dziennikarskich to wprost plagą naszych periodyków. Być może wynika to z podświadomej chęci skompensowania zwięzłości, nieraz wręcz patologicznej, wielu różnych „twitterów” internetowych. Jednak redaktor naczelny czy kierownicy działów powinni zdawać sobie sprawę, że drukowanie jednego sążnistego tekstu na dwóch czy trzech stronach, często bez wyróżnień, (to spostrzeżenie nie odnosi się do „Plusa Minusa”, który włamuje na kolumny zdjęcia wyborne i kolorystycznie, i merytorycznie) nie zwabia czytelnika i nie ułatwia mu lektury, męczy oczy i rozprasza uwagę. Na dodatek  „Gazeta Polska” jest – znowu w przeciwieństwie do „Plusa Minusa” - źle łamana, określając żargonowo, „na blachy”: szpalty obok szpalt, od góry do dołu na dwóch czy trzech stronach, aż ciemnieje w oczach. Nadto owe „blachowate” strony jeśli sąsiadują obok siebie, tworzą graficznie pozory rozkładówek, („łże-rozkładówki”), a tymczasem są na nich odmienne artykuły, jednak ich tytuły zbiegają się na jednej linii i co gorsza – są złożone tym samym krojem czcionek. Takie łamanie często dezorientuje czytelnika i w ogóle sprawia złe wrażenie. „Gazeta Polska” tygodniowa powinna wymyślić jakąś atrakcyjną formułę graficzną. Sposoby łamania łatwo zmienić, znajdując grafików z inwencją, jest ich na rynku wielu.

Zupełnie inny od tych dwu czasopism jest kształt miesięcznika „wSIECI HISTORII” (oryginalna pisownia na winiecie tytułowej). Szata graficzna dominuje nad treścią numerów. Każdy z nich to, pomijając nieliczne wyjątki, rzekłbym, worek z tekstami nieuporządkowanymi żadną ideą przewodnią, chciałoby się powiedzieć zgromadzonych „jak leci” w myśli (interesie?) redaktora naczelnego, z tytułem profesorskim. Tak to bywa, kiedy dziennikarstwa-redaktorstwa imają się amatorzy, choćby z tytułami  naukowymi.

Żaden profesor nie jest bowiem z definicji dobrym redaktorem naczelnym. Może oczywiście nim być, jeżeli pozna podstawowe reguły i obyczaje redagowania gazet. Do nich z całą pewnością nie należy podpisywanie się pod wstępniakami tytułem naukowym i stanowiskiem w redakcji. Co więcej – od niedawna na pierwszej stronie tego arcykolorowego miesięcznika w lewym górnym rogu, a więc wedle socjologów w części najsilniej percepcyjnej, jest zapisane (wersalikami): „redaguje profesor…”, poniżej imię i nazwisko. Rozpoczynając lekturę miesięcznika mamy więc już dwa razy profesora. Widocznie nie zdołał on jeszcze spostrzec, że w gazetach nie podaje się tytułów naukowych, w ogóle żadnych oprócz księdza i – czasami – stopni oficerskich; wyjątkiem są również o f i c j a l n e wypowiedzi polityków z establishmentu, wtedy przy nazwisku eksponuje się nazwę sprawowanego urzędu lub zajmowanego stanowiska.

Profesor nie wie też, że obowiązkiem każdego redaktora naczelnego lub powołanego przezeń dziennikarza z zespołu jest adiustacja tekstów. Jej cel to dostosowanie publikacji, zwłaszcza autorów spoza redakcji, do kultury językowej czytelników. Czy godzi się zezwalać na druk artykułu w miesięczniku z ambicjami intelektualnymi, przeznaczonym do wysoko wykształconego humanistycznego odbiorcy, bez najmniejszej językowej ingerencji redaktorskiej, zaczynającego się takim oto wytłuszczonym lidem: „Rok 2014 jest istną katastrofą polegającą na zderzeniu z rzeczywistością dwóch dominujących w polskiej przestrzeni publicznej po roku ’89 narracji w polityce zagranicznej: giedroycizmu i meandrów  serwilizmu”?

Albo czy ów czytelnik o dużej kulturze humanistycznej jest ukontentowany, kiedy czyta wydrukowaną polemikę, w której autor używa słownictwa Urbana: swego adwersarza obraża epitetem, i to bez wskazania przesłanek, grafomana, a jego opinie nazywa łajdactwem? Co zadecydowało, że profesor dopuścił do takiej publikacji, której leksyka uwłacza godności czytelnika i kompromituje jego gazetę? Na pewno względy poza dziennikarskie, a nie znajomość kodeksu etyki dziennikarskiej, wypracowanego przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, z którym ów profesor dziennikarz ściśle przecież współpracuje. Są tam m. in. zapisy, że „dobro czytelników, słuchaczy i widzów oraz dobro publiczne powinny mieć pierwszeństwo wobec i n t e r e s ó w (podk. moje) autora, redaktora, wydawcy lub nadawcy”. Lub w artykule III, punkcie 13: „Język wypowiedzi powinien być staranny, należy unikać wulgaryzmów i określeń obscenicznych”.

O spełnieniu tego nakazu bardziej decyduje właśnie redaktor niż dziennikarz, który stale pisząc może się pomylić i czasami niestarannie wyrazić jakąś myśl. Natomiast redaktor musi każdy tekst przeznaczony do publikacji doprowadzić do perfekcji.

Zanim amatorzy, nawet utytułowani, zaczną redagować czasopisma, muszą poznać chociażby podstawowe zasady stricte redaktorskich czynności. Polecam im ad hoc opracowanie z lat sześćdziesiątych Haliny Kurkowskiej o adiustacji. Ono nie zestarzało się nawet, a może tym bardziej,  w dobie Internetu.

Na szczęście język „Plusa Minusa” oraz tygodnika „Gazeta Polska” jest staranny, poprawny, komunikatywny, nieobrażający w polemikach adwersarzy. Albowiem redagują te pisma fachowcy.

Okazuje się przeto, że nawet w naszym zawodzie amatorstwo samo się obnaża.

Jacek Wegner

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl