Drożeje…

Wszystko, oprócz (na razie) benzyny i gazu (podobno) – dowiadujemy się z mediów od końca ubiegłego roku i początków bierzącego. Chwała im (nam), że podają takie wiadomości, acz same też są pełne winy - podnoszą koszty swych wytworów. „Rzeczpospolita” podrożała o 20 groszy, a jej „PlusMinus” o 60. Niech! Ostatecznie nie bardzo odczujemy brak tych groszy (razy ok. 350 dni) w naszych kieszeniach. Czy jednak dziennik powiadomił czytelników o podniesieniu ceny? Nie zauważyłem takiej informacji, więc nie twierdzę, jedynie podejrzewam, że nie. W każdym razie dawniej dobre maniery skłaniały redaktorów do uniżonego, z przepraszaniem, informowania odbiorców na pierwszej stronie w ramkach czy innych wyróżnieniach o podwyżce kosztów kupna pisma. Bo to, podobnie jak zmiana szaty graficznej, było zawsze - i nadal powinno być - istną rewolucją czytelniczą.

Lecz mniejsza. Nie z podnoszeniem cen, oczywiście, a manierami redaktorów naczelnych – jakie są, każdy odczuwa (w czytaniu i kieszeni). A nadto podrożeją również leki! Lobby farmaceutyczne wyciska w detalu z chorych, przeważnie emerytów, olbrzymie sumy, podczas gdy produkcja wielu medykamentów jest tania. Na pewno pomiędzy środowiskiem farmaceutycznym a rządem panuje jakaś zmowa korupcyjnopodobna. Zbadanie związków między kosztami produkcji, dystrybucji a ceną leków w aptekach doprowadziłoby, sądzę, do wniosków, jakich opinia publiczna, której samozwańczo jesteśmy orędownikami i pracownikami, nawet nie może się domyślać. Tymczasem zamiast drążyć takie problemy, wolimy podejmować tematy wzniosłe i odległe od doczesnej egzystencji zwykłego zjadacza chleba. A przecież naszym obowiązkiem jest pisanie i mówienie o tym, co go boli lub co powinno boleć.

Spełniła to powołanie Jolanta Ojczyk w „Rzeczpospolitej”, zatytułowawszy swój komentarzyk wydrukowany na drugiej stronie numeru z 19 grudnia 2014 r.:„Przedsiębiorcy we wrogim państwie”. Ujawnia, że ustawa o odpowiedzialności urzędników za złe postępowanie jest nonsensem, ponieważ ukaranie urzędnika za błąd popełniony czy to z ignorancji, czy z nonszalancji, czy złej woli, skutkujący w każdym razie restrykcjami karnymi wobec biznesmenów, uzależniony jest od oskarżenia go przez… własnego szefa. „Aby urzędnik odczuł konsekwencje złej decyzji – stwierdza publicystka - musi na niego donieść dyrektor. Konia z rzędem temu, kto znajdzie przełożonego, który de facto doniesie na siebie”. Wszak – dopowiadam – on jest wszędzie i zawsze odpowiedzialny za każdą czynność służbową podległych mu pracowników. Jeżeli więc źle pracują, to jego wina.

Tego samego dnia w lewym dolnym rogu pierwszej strony „Gazety Wyborczej” jest niepodpisana niewielka informacja pt. „OC podrożeje o połowę!”. To znaczy od marca wyższe będą ubezpieczenia obowiązkowe samochodów. Dziennik nie byłby jednak sobą, gdyby nie usiłował złagodzić krętactwem tej zgoła hiobowej wieści dla zmotoryzowanych. Autor (autorka) dodaje, że za to „ubezpieczyciel będzie musiał wyliczyć odszkodowania na podstawie dostępnych nowych części (…) na czas naprawy kierowcy należy się auto zastępcze na koszt ubezpieczyciela, jeśli przed wypadkiem systematycznie korzystał ze swojego samochodu”. A kto ma określić stopień owej systematyczności?

Nieważne pytanie. Przesłania ono istotę rzeczy, że w tej informacji zostały uzależnione od siebie dwa ubezpieczenia, które nie są ani integralne, ani komplementarne: polepszenie warunków drugiego, nieobowiązkowego, miałoby kompensować większe koszty obligatoryjnego pierwszego. Tymczasem drugie nazywające się „autocasco”, o cenach już od dawna niebotycznych, odnosi się wyłącznie do napraw uszkodzonych a ubezpieczonych pojazdów. Można wykupić samą tylko polisę OC (odpowiedzialność cywilna) bez „autocasco”, choć będzie ona droższa od kupionej razem z tamtą i wtedy nic, żadne modyfikacje na korzyść klientów w „autocasco” nie zmniejszą skutków podwyżki za odpowiedzialność cywilną OC. Oto przykład, powiedziałbym, misternej manipulacji – rządowej i. powielającej ją medialnej. Nie dziwota, wszak „Gazeta Wyborcza” to pismo lemingów, których ilość przeraża, ponieważ, jeśli nie zaczną one popełniać zbiorowego samobójstwa politycznego, to jeszcze przez pokolenia Platforma Obywatelska będzie psuć państwo i demoralizować jego mieszkańców.

O takiej podwyżce obowiązkowego OC i niby obniżce drugiego, dobrowolnego ubezpieczenia, decyduje, jak dowiadujemy się z przywołanej widomości, Komisja Nadzoru Finansowego. Instytucja to państwowa, firmy ubezpieczeniowe zaś, oprócz złotonośnego dla rządzących PZU, są prywatne, tymczasem o cenach ubezpieczeń stanowi organ państwowy. No to jesteśmy w domu – socjalistycznym.

Wolny rynek, którego zaprzeczeniem jest gospodarka socjalistyczna, bez rynku, (niektórzy dla niepoznaki nazywają ją „społeczną gospodarką rynkową”) wspiera się na trzech zwornikach: powszechnej dostępności do środków produkcji, nienaruszalności własności prywatnej, wolnej grze podaży i popytu, z której wynikają właśnie ceny towarów i usług. Czy możemy sobie wyobrazić Stany Zjednoczone za prezydenta Reagana, w których organ państwowy, powiedzmy podobny od naszej Komisji Nadzoru Finansowego, dyktowałby ceny rynkowe? Gdyby ona zajmowała się u nas jedynie ochroną depozytów bankowych obywateli, to mogłaby być w rzeczy samej ciałem ze wszech miar pożytecznym.

Przypuszczam, że owa Komisja Nadzoru Finansowego jest kolejnym nowotworem Unii Europejskiej, która z definicji kształtuje gospodarkę kapitalistyczną, natomiast faktycznie jest gigantyczną mutacją socjalistycznej. Pamiętam, że kiedyśmy wstępowali do Wspólnoty, niektórzy sceptycy mawiali z sarkazmem, że zamieniamy socjalizm na socjalizm. W istocie wydobywaliśmy się z socjalizmu typu sowieckiego i wkraczaliśmy do socjalizmu… kapitalistycznego. A po dziesięciu latach stworzyliśmy, już sami dla siebie, bez wpływu UE nową, swoiście postsowiecką odmianę socjalizmu. Jej istotę dobitnie wyraża właśnie tytuł komentarzyka Jolanty Ojczyk.

Ciekaw jestem, w ilu krajach Wspólnoty obywatele tak jak my odczuwają wrogość państwa. Bo nasi politycy, nieuczciwi zgoła po rosyjsku-sowiecku, wytworzyli przez 25 lat, a zwłaszcza w ostatnich siedmiu latach ustrój, przypominający dzisiejszy rosyjski. Jest to kapitalizm socjalistyczno-mafijny. Najdotkliwiej żyje się w nim chorym, rodzinom wieloosobowym, emerytom i młodzieży kończącej naukę, szukającej pracy – za 1500-2000 zł brutto? Rządzi jedna tylko partia, niczym w PRL z przybudówką, skorumpowana do granic ostatecznych, z politykami o manierach, jakby powiedział nieodżałowany Paweł Jasienica, kupców syberyjskich. Nie spełniają obietnic, oszukują. Znów przypominam wypowiedź sejmową Donalda Tuska z 14 sierpnia  2012, że „nie każde oszustwo jest przestępstwem”. I dziwię się, że żaden dziennikarz w żadnym medium nie podniósł larum z tego powodu. Gdyby kilkanaście lat temu Clinton coś takiego powiedział, zatrzęsłaby się amerykańska scena polityczna.

Może z powodu milczenia mediów - „Rzeczpospolita” z przywoływanym komentarzem Jolanty Ojczyk byłaby tu chwalebnym (nareszcie) wyjątkiem - spora część społeczeństwa dalej gotowa jest „dawać kreski”, na tych, którzy z naszej ojczyzny czynią państwo wrogie przedsiębiorcom, czyli nam wszystkim, gdyż rozwój przedsiębiorczości to powszechny dobrobyt, a niedorozwój to wielkie korzyści wszelkiej maści (rządowych i nie rządowych) oszustów i mafiosów.

Mamy mądrych socjologów, nigdy zresztą naszemu narodowi nie brakowało mądrych ludzi, nawet gdy społeczeństwo wpadało, jak dzisiaj, w otchłanie głupoty, niech więc wymyślą, upublicznią, zastosują jakieś remedium, żeby przed jesiennymi wyborami społeczeństwo uświadamiało sobie, co głosi tytuł komentarza Jolanty Ojczyk, że żyje w państwie wrogim. Chyba wystarczyłoby, ażeby wreszcie zmienili się i rządzący, i chory ustrój…

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl