Nie ma już między nami wielu kolegów z organizacji niepodległościowej RUCH. Odeszli - Marzena Górszczyk, Witek Sułkowski, Jacek Bierezin, Ewa Bierezin- Sułkowska. A teraz kolejne requiescat in pace, niech spoczywa w spokoju wiecznym, odmówiono nad mogiłą Janusza Krzyżewskiego. Pogrzeb odbył się 2 stycznia w kościele parafialnym w Raszynie, słowo pożegnalne wygłosił inny były członek organizacji, Andrzej Czuma, a minister obrony Tomasz Siemoniak nie zapomniał o warcie i salwie honorowej dla Zmarłego.

Jeśli można mówić o integracji ludzkiego losu z historią, życie Janusza Krzyżewskiego mogło służyć jako świetny przykład. Jeszcze rok temu – już ciężko chory – promował razem z nami książkę Jacka Wegnera „Zamach na Lenina”, i opowiadał o akcji, w której miał odegrać jedną z głównych ról. Miał brać udział w akcji wysadzenia w powietrze Muzeum Lenina w Poroninie – w proteście przeciw hucznym obchodom w Polsce 100-lecia urodzin przywódcy Rewolucji Sowieckiej. Razem z Marzeną Górszczyk miał jechać pod Zakopane i jako członek Grupy I podłożyć materiały zapalające pod Muzeum Lenina. Grupa III, ja i Andrzej Woźnicki, jechaliśmy do Szczyrku, by tam kupić dwa bilety na wyciąg narciarski i zrobić kilka zdjęć w skafandrze, który potem miał być przekazany Marzenie, aby zapewnić Grupie I alibi. Nie znałam wcześniej Janusza, który do RUCHU dobił niedawno, wprowadzony przez kolegę z harcerstwa, Wiesława Kęcika. Potem aresztowanie z art. 278 par. 1 czyli za „branie udziału w związku, którego istnienie i cel miało pozostać tajemnicą dla organów państwowych” i art. 142 w połączeniu z art. 138 par. 1 czyli „przygotowanie do sprowadzenia niebezpieczeństwa publicznego”, to z kolei w związku z Poroninem.

Dwa lata więzienia, najpierw w Areszcie Śledczym na Rakowieckiej, a potem w ciężkim więzieniu dla mężczyzn w Strzelcach Opolskich. Sam Janusz, opowiadając o swoich motywach zaangażowania w RUCH i uczestnictwie w akcji poronińskiej, mówił: ”Ta akcja nie była desperackim, nieprzemyślanym czynem, sztubackim buntem bez przyczyny. Była protestem przeciw gloryfikowaniu wroga i wychowaniu polskiej młodzieży w duchu komunistycznym”. Musiał w to głęboko wierzyć, bo nie był to koniec Jego zaangażowania w sprawy publiczne. Nie upłynęło kilka lat, a Janusz znowu włączył się, bardzo aktywnie, w działania Ruchu Obrony Praw Człowieka. 13 grudnia 1981, zaraz na początku stanu wojennego został internowany i znowu znalazł się w więzieniu. Ale jak miał być inny, on, syn żołnierza zgrupowania AK „Radosław”, powstańca warszawskiego, który zginał w sierpniu 1944 roku w obronie swego miasta? Jego syn, najpierw harcerz, potem członek niepodległościowej organizacji RUCH, a następnie ROBCIA, był najlepszym dziedzictwem swego ojca, jakie mógłby, i życzyłby po sobie pozostawić. Zresztą grobu ojca Janusz szukał przez całe życie, niestety bezskutecznie.

Odszedł następny z pokolenia bojowników, którzy myśl przekuwali na czyn. Kiedy patrzę na dzisiejszych młodych, Ruch Narodowy, Kongres Nowej Prawicy, cieszę się: dyskusje środowiskowe, w mediach, tymczasem  konserwatywnych, organizowanie marszów niepodległości. Choć w tym, co robią nie widzę jeszcze jasno wyznaczonego celu, projektu ideologicznego, tak jak my go mieliśmy, punkt po punkcie. Tego patriotyzmu, determinacji, pasji, zgody na konsekwencje – które zresztą nastąpiły – dumy z przynależności do grupy tych, którzy mają rację. I z niepokojem wsłuchuję się w informacje? plotki? o rosyjskich parantelach i pro – putinowskich wypowiedziach guru KNP, Janusza Korwina – Mikke. Ale z kolei cieszę się, że jest to pierwsze pokolenie, które już nie wpisze się w ten długi ciąg ofiarny młodych – filomaci, filareci, powstańcy listopadowi, styczniowi, młodzi żołnierze AK i Szare Szeregi – któremu miłość do Polski utrudniła (zniszczyła/odebrała) życie. Bo Janusz Krzyżewski należał jeszcze do tej generacji, która za swoje wybory ideowe, polityczne płaciła bardzo wysoką cenę. Oczywiście, żadna to zasługa III Rzeczpospolitej. Po prostu dziś – choć Polsce wciąż do przestrzegania standardów demokratycznych daleko – inny jest kontekst polityczny, inaczej, prócz Rosji, Wenezueli, Zimbabwe i Korei Północnej, uprawia się już politykę, konsekwentniej przestrzega praw dysydentów – więc i ryzyko działania w opozycji jest mniejsze. I to jest ta dobra wiadomość.

Wspominam o tym wszystkim nie z reporterskiego obowiązku, nawet nie z powodu oczywistej w takich przypadkach refleksji nad upływającym czasem, przemianami, porównaniami, ale dlatego że to się Januszowi Krzyżewskiemu należało. „Człowiek jest tylko słabym światłem wśród burzy, ale to światło daje nadzieję, i jest wszystkim” – pisał o takich jak on Poincare. Janusz był jednym z tych, którzy sami mieli, i dawali innym nadzieję. Jednym, z tych, którzy nie ulegali „zawieruchom historii” i „słuszności etapów”, lecz konsekwentnie i całym życiem świadczyli o swoich, zresztą niezmiennych, przekonaniach. Przypominali, byli żywym dowodem na to, że są ludzie, którym Polska jest droga i potrafią uczynić wiele, żeby stała się niezawisła i demokratyczna, a władze respektowały podstawowe zasady Konstytucji. Choć nie powiem, że to do końca się udało. I jeszcze jedno: Janusz – jak myślał, tak mówił, a jak mówił, tak czynił. A także, jak my, Jego pokolenie, czekał na zastępców i zastępczynie. Chcę wierzyć, że oni nadejdą, i że spełnią do końca Jego, nasze, oczekiwania. Requiescat In pace. Niech spoczywa w spokoju wiecznym.

Elżbieta Królikowska-Avis

Warszawa, 5 stycznia 2015

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl