Najwidoczniej Platforma Obywatelska przestraszyła się Marszu w Obronie Demokracji, bo nie podoba jej się prawie wszystko. Data, idea, organizatorzy, przewidywane skutki pochodu. I już w mediach reżimowych rozpoczęło się grillowanie w dawnym dobrym PRL-owskim stylu. „Szalony pomysł, przecież żyjemy w demokracji – dziwił się obłudnie w Loży prasowej Adam Szostkiewicz. „W obronie demokracji – ale przed czym?” – zadawał podchwytliwe pytanie filozof Janusz Majcherek. Pewnemu znanemu socjologowi, heroicznie broniącemu interesów PO przed obywatelami, nie podoba się data, która jemu kojarzy się z wprowadzeniem stanu wojennego. Podobnie publicyście Adamowi Szostkiewiczowi, który przy okazji z dumą poinformował, że został wtedy na pół roku internowany. Ciekawe, bo dalszy ciąg jego zawodowej kariery, jednego z filarów tygodnika Polityka i dyżurnego krytyka Kościoła, w niczym na tę chlubną przeszłość nie wskazuje. Jednak najbardziej politykom PO i ich zagończykom, nie podoba się – surprise, surprise! – organizator Marszu, Prawo i Sprawiedliwość. I tu ogarnął mnie pusty śmiech! A kto ma organizować protesty w obronie zagrożonej demokracji, jeśli nie opozycja – partia rządząca?! Ta, która przez ostatnie 7 lat te demokracje obcasuje i wbija w glebę? Gwałcąc jej podstawowe zasady, przejmując ośrodki kontroli, uzależniając od siebie samorządy lokalne, media publiczne, brutalnie zwalczając opozycję i boksując się ze związkiem zawodowym „Solidarność”?

Któryś z polityków Platformy twierdził nawet, że Marsz  jest „antysystemowy” – ale jak może być antysystemowy, skoro mamy podobno demokrację, która gwarantuje opozycji prawo veta, mediom wolność słowa, związkom zawodowym możliwość strajków, a wszystkim obywatelom en masse – prawo do protestów ulicznych? Prezenterka TVN24 zadała pytanie Jasia z księżyca: kiedy wreszcie będziemy świętować w jednym marszu?, na które odpowiadam: mam nadzieje, że nigdy. Bo i po co? Marsze uliczne, czy to będzie Orange March w Belfaście,  uliczne protesty TUC, brytyjskich związkowców w Londynie czy Marsz w Obronie Demokracji w Warszawie, to manifestacja naszych opinii, do których mamy prawo, i co gwarantuje nam ustawa zasadnicza. W Polsce Konstytucja, w Wielkiej Brytanii Common Law. Prawo i Sprawiedliwość to wie, elektorat konserwatywny wie, nie wiedzą jedynie przedstawiciele partii rządzącej i jej kamaryla. Ignorancja czy zła wola? Stawiam na jedno i drugie.

Spójrzmy na amerykańskie miasto Ferguson – protesty uliczne przemieniły się w bunt, płoną całe kwartały miasta. Czy prezydent Obama nazywa czarnych rabusiów sklepów i podpalaczy samochodów po imieniu? Choć zgadza się z opinią, że działania policji, które wywołały protesty, były zgodne z prawem, deklaruje że rozumie motywacje protestantów. Nie przyszłoby mu do głowy tych chuligańskich przecież zamieszek nazwać „antysystemowymi”. Nie ma mowy, żeby premier Cameron publicznie potępił manifestacje związkowe, studenckie, obywatelskie zwalczające politykę rządu. Niedawno widziałam w Londynie kolejny protest lewicy, labourzystów i liberalnych demokratów przeciw cięciom wydatków publicznych konserwatysty George’a Osborne’a. Na jednym z banerów – napis: ”What a government does, a street un-does” (”Co uchwali rząd, obali ulica”). I co na to platformersi i ich nie mający pojęcia, co się na świecie dzieje, filozofowie, socjologowie społeczni i dziennikarze? Jeśli tacy z przeproszeniem, liderzy partyjni jak Rafał Grupiński, Andrzej Halicki i Adam Szejnfeld opowiadają, że Marsz, to „podpalanie Polski”, to co Platforma wie o demokracji? Inkasują grube pieniądze na służbowe wyjazdy zagraniczne, a założę się, że żaden z nich nie pofatygował się do brytyjskiego Westminsteru czy hiszpańskich Kortezów, jeśli już nie dla uzupełnienia wiedzy o europejskim parlamentaryzmie, to choćby z ciekawości, po zakupach w Harrodsie czy El Corte Ingles.

W mediach głównego nurtu słyszy się także głosy potępienia grupy hierarchów kościoła katolickiego, którzy wspierają Marsz w Obronie Demokracji. A teraz pytanie: z jakiego powodu brytyjska prasa konserwatywna wciąż krytykuje kolejnych arcybiskupów Canterbury, liderów Church of England? Za koncesje wobec liberalnej lewicy, poprawności politycznej, zniszczenia kościoła anglikańskiego i rozpad wspólnoty. Czyli dlatego, że nie robią tego, co polscy hierarchowie – nie stają w obronie wolności, wartości i prawdy, czy praw człowieka, nawet jeśli nie są to prawa mniejszości. Toteż, broń Boże, aby polscy hierarchowie poszli śladem arcybiskupów Canterbury, dziś Justina Welby, i przestali o obecność aksjologii w życiu społecznym zabiegać. Tu i owdzie słyszy się także, iż Marsz „jest inicjatywa partyjną”. Nie partyjną, a partii opozycyjnej – co jednak zmienia perspektywę. Bo opozycja istnieje właśnie po to jest, aby potknięcia i wykroczenia partii rządzącej wytykać, i, czy to na sali obrad Sejmu czy na ulicy, domagać się zmian. A ponieważ upomina się o dobro i prawa obywateli, winna być przez  światłe społeczeństwo wspierana. Przepraszam za tę prelekcję na poziomie ABC obywatela, ale – jak widać – w tej konkurencji stoimy w punkcie startowym.

Przed wyborami parlamentarnymi w 2010 roku w liberalnym Observerze ukazał się znamienny artykuł labourzystowskiego filozofa i myśliciela Willa Huttona. Zniechęcony 13-letnimi, beznadziejnymi rządami swojej partii, napisał tekst pt. „Aby obudzić Wielką Brytanię potrzeba nie tylko pieniędzy, ale i wizji moralnej”. Zmęczona 7-letnią władzą bezideowej, zoligarchizowanej, skorumpowanej Platformy, wołam: trzeba nam wizji moralnej, która będzie potrafiła zjednoczyć społeczeństwo pod sztandarami wspólnych wartości, ponad programami partyjnymi. To właśnie dlatego David Cameron w 2010 roku rozpoczął kampanię wyborczą od prezentowania pakietu wartości, dając do zrozumienia, że gra między państwem a obywatelem musi być fair, oraz nakreślenia swojej wizji kraju, innego niż upolitycznione, omnipotentne, o rozbuchanych wydatkach budżetowych państwo socjalistyczne. U nas wygląda to jeszcze inaczej: z jednej strony PO i „republika kolesiów”, zoligarchizowana, skorumpowana, pełna patologii, z drugiej – PiS, próbujący uprawiać „politykę moralną”. W państwie demokratycznym wyborcy wiedzieliby na którą partię oddać głos.

Prawo i Sprawiedliwość jest jedynym na polskiej scenie ugrupowaniem, które w ogóle ma program, który w tym programie umieściło segment „pakiet demokratyczny”, i rozumie sens organizowania państwa według jej zasad. Egalitaryzm, sprawiedliwość społeczna, faktyczny pluralizm, tolerancja (w obie strony), ochrona nieuprzywilejowanych, starszych, chorych, niepełnosprawnych, prawa obywatelskie dla wszystkich. Dotychczas  demokracja w Polsce była jak – że odwołam się do tytułu popularnego filmu - „znikający punkt”. Trzeba nam zmiany. A Marsze jak ten, który ma się odbyć 13 grudnia, przybliżają tę perspektywę, a nie oddalają.

Elżbieta Królikowska-Avis

8 grudnia 2014

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl