Czesław Bielecki, jeden z najbardziej szlachetnych ludzi polskiego życia publicznego, napisał książkę pod krzepiącym tytułem „Jest alternatywa”. Chodzi mu o alternatywę dla stopniowego upadku III Rzeczpospolitej. Więc jeszcze nie zginęła ...
Książka została napisana w ubiegłej epoce, kiedy jako tako trzymały się pozory demokracji i odpowiedzialności władzy. Trzymały się tych obywateli, którzy chcieli trzymać się pozorów. Było to ledwie parę miesięcy temu. Donald Tusk jeszcze nie uciekł do Brukseli przed rachunkiem za siedem lat rządów. Już planował wystawienie Ewy Kopacz na Matkę Narodu ale mało kto o tym wiedział. A przede wszystkim byliśmy przed fałszerstwem wyborów samorządowych.
W drugiej połowie listopada 2014 weszliśmy w nową epokę. Nie tylko podejrzliwa opozycja, lecz także każdy obywatel ma prawo pomyśleć, że władzy raz zdobytej układ PO i PSL nie odda nigdy chwytając się wszelkich środków, nawet „bratniej pomocy”. Przyjął przecież ustawę dla jej uzyskania z zagranicy. Rząd choćby chciał władzy oddać nie może, bo lęka się odpowiedzialności karnej. Chodzi nie tylko o centralny aparat państwowy. Chodzi również o sponsorów i klientów. Oligarchów wydających polecenia z góry oraz lokalnych cwaniaczków z dołu uczepionych klamki burmistrza i wójta. Bielecki daje książce podtytuł „Każdy wie tyle, ile wiedzieć chce, szczególnie w polityce”. Czyli zwolennicy PO dowiedzą się z afery wyborczej tyle, ile zechcą. Tyle, ile pozwoli im ich interes prywatny.
A co chce wiedzieć sam autor książki? Solidarność była spontanicznym ruchem społecznym i wymusiła na ZSRR upadek komunizmu. W poprzedniej epoce, sprzed sfałszowanych wyborów, taki pogląd raziłby lepiej zorientowanego czytelnika. Są przecież liczne analizy, jak demontaż komunizmu był zaplanowany i sterowany. A ponadto ZSRR został zbankrutowany przez Stany Zjednoczone i Arabię Saudyjską głękoką obniżką cen ropy. To nie Solidarność obaliła komunizm ale została zręcznie użyta dla przesiadki nomenklatury partyjno-esbeckiej w nowe czasy. Została zresztą mocno przetrzebiona przez SB, zanim doprowadzona do rokowań Okrągłego Stołu, żeby dać jej władzę a nomenklarze przekazać gospodarkę. I wiadomo, kto na tym najlepiej wyszedł. Aparat partyjno-esbecki. Przykre, ale prawdziwe.
Autor był bohaterem podziemia solidarnościowego, więc trudno mu rozstać się z krzepiącą wizją Solidarności jako samodzielnej siły historycznej.
Dziś mamy nową epokę. W nowej epoce rzekoma potęga Solidarności może okazać się mitem pożytecznym. Da Polakom wiarę w siebie. Zmobilizuje do walki z władzą, która nie chce odejść i nie może, bo się boi rozliczeń, jak tamta za komuny. Czy aby na pewno?
Mit nie zmobilizuje wszystkich. Bielecki przedstawia za prof. Andrzejem Zybertowiczem obraz kraju oplecionego przez sieci klientelistyczne. Mnóstwo ludzi w nich siedzi. Wykluczone, by ktoś uwikłany w sieć wymiany przysług i korupcję – z których czerpie środki do życia - nagle nawrócił się etycznie i patriotycznie. Tylko ludzie odstawieni od bujnego cyca władzy, albo sięgający sami po przywództwo kosztem rządu PO-PSL, będą moralizować obywatelsko i wzywać do buntu.
Co prawda w PRL zbuntowali się także członkowie partii. Ale dlatego, że nawet oni nie mieli co jeść. Dziś sklepy są pełne. Klienci władzy mogą kupić, co zechcą. Zaś obywatele sfrustrowani mogą łatwo emigrować.
Namawianie do dobrego nie wystarczy dla przeprowadzenia reform. Brak także dosyć pary w polskim kotle dla powtórki z Sierpnia ‘80. A gdyby doszło do przewrotu, czy mamy gwarancję, że znowu nie zostanie użyty, aby utrzymać te same elity władzy i pieniądza? To gdzie jest obiecana alternatywa dla III RP?
