Redaktor Piotr Stasiński z Gazety Wyborczej, częsty gość „Loży Prasowej” w TVN 24, na pytanie o dziennikarzy PAP i TV Republika zatrzymanych przez policję w siedzibie PKW, odpowiedział w minioną niedzielę, że „nie będzie bronił dziennikarzy ryczałtowo” oraz że zarzut naruszenia miru domowego, jaki postawiono obu zatrzymanym, to „kwalifikacja łagodna”, bo przecież mogli zostać oskarżeni z paragrafu o zakłócanie wyborów, za co grozi kara surowsza.

Chociaż od dawna znam poglądy i specyficzny urok red. Stasińskiego, jednak zdołał mnie znów zadziwić. Co ciekawe, dwa dni wcześniej o „łagodnej kwalifikacji” okupacji siedziby PKW nasłuchałem się w „Faktach” TVN. Albo zatem tym razem Wiertnicza zainspirowała Czerską, a nie na odwrót (jak bywa częściej) albo obydwie redakcje otrzymały ten sam „przekaz dnia” z jakiegoś trzeciego źródła. Morał z niusa TVN miał być chyba taki, jak puenta starego kawału o Leninie, co to tylko pogroził dziecku palcem - „a mógł zastrzelić”. Redaktorzy „Faktów” mieli żal do policji z powodu „łagodnej kwalifikacji” protestu w PKW i wyraźnie sugerowali, że z pomocą prokuratury ten błąd jest jeszcze do naprawienia.

Przez minione ćwierćwiecze wiele już rzeczy w polskich mediach widziałem i słyszałem, ale z zachęcaniem rządzących przez prywatnego nadawcę i przez redaktora prywatnej gazety do zaostrzania represji wobec osób okupujących urząd państwowy z pobudek obywatelskich zetknąłem się po raz pierwszy. Okazało się też, że niektórzy redaktorzy nie tylko nie są solidarni z bezprawnie represjonowanymi kolegami po fachu, ale wobec pokrzywdzonych mają czelność mówić o „łagodnej kwalifikacji” lekceważąc fakt, że Pawlicki i Gzell w siedzibie PKW wykonywali zadania zawodowe. Redaktorowi Stasińskiemu łatwiej było solidaryzować się z ich oskarżycielami.
Intymne związki między obozem władzy a niektórymi mediami i redaktorami nie są dla mnie nowiną, a jednak obecne stężenie jedności moralno-politycznej w tych związkach zapiera czasem dech. Słucham tego, co w radiu i telewizji mówią: Ewa Kopacz, Monika Olejnik, Joanna Trzaska-Wieczorek, Justyna Pochanke, Julia Pitera, Piotr Stasiński, Andrzej Halicki, Jacek Żakowski, Tomasz Nałęcz i… słyszę wciąż to samo i z użyciem tej samej retoryki. Politycy i redaktorzy pieją jak z nut na jedną nutę. Słucham w radiu pani zootechnik z podyplomowym dyplomem dziennikarstwa i tylko po głosie odróżniam ją od pani doktor w randze Prezesy Rady Ministrów. Słucham zdyszanych, państwotwórczych i PiSoburczych tyrad prezydenckiego ministra, ale... nie, to już nie minister, tylko redaktor Żakowski, którego od ministra odróżnia sposób zarządzania oddechem. Nie pamiętam, by ktoś tak bardzo jak oni wszyscy martwił się „destabilizacją państwa” i „podpalaniem Polski” od czasów, gdy czerwone buraki w zielonych mundurkach – osobowości formatu Barańskiego i Tumanowicza - zwalczały w DTV „ekstremistów” i „awanturników” z Solidarności, a wcześniej - w 1976 (jeszcze bez mundurków) potępiały „warchołów” z Radomia i Ursusa.

Nie jestem idealistą, ani doktrynerem. Jak dla mnie dziennikarz nie musi być wzorem obiektywizmu. Dziennikarz może mieć sympatie i antypatie polityczne. Dziennikarz może być „niepokorny” lub „mainstreamowy”. Bardzo rozmaici ludzie mogą zasługiwać na miano dziennikarza. Ale na pewno nie ci, którzy pomagają ludziom władzy tuszować prawdę i zakrzykiwać krytyków.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl