Tekst Czarka Gmyza „Trotyl we wraku Tupolewa” pociągnął za sobą falę reakcji i zdarzeń, które wydobyły na światło patologie istniejące w polskim dziennikarstwie, o których nie mieliśmy pojęcia. Nie licząc szkód i dewastacji, jakie po tym tekście pozostały, poznanie nieznanych chorych zakamarków naszego dziennikarstwa jest jedyną korzyścią. Znając jednak polską niechlujność i brak pamięci o popełnionych błędach, nie ma żadnych gwarancji, że za jakiś czas nie zdarzy się podobna historia, tyle, że wzbogacona o nowe, być może bardziej koszmarne wątki i postępowanie. Oczywiście, opowieść o konsekwencjach tekstu Gmyza, zawiera także potwierdzenie wcześniej znanych w naszym zawodzie patologii i środowiskowych podziałów.
Mówię to bez przesady, już dotychczasowy materiał związany z tą sprawą jest tak bogaty, że mógłby swobodnie wypełnić wszystkie kolumny tygodnika. A ja mam jedynie miejsce na skromny felieton, z wyjątkowo przyznaną mi dodatkowo możliwością szerszego oddechu.
Skupię się więc na kilku ledwie rzeczach, które wydają mi się najważniejsze. Muszę, siłą rzeczy, pominąć wiele innych również niebagatelnych kwestii, które dla innych być może będą równie istotne jak te w moim wyborze.
Skandal goni skandal. Zacznę od ostatniego, sprzed kilkunastu godzin. Od ujawnienia środowiska, z którego wywodzą się informatorzy, będący w jakimś dalekim stopniu współautorami tekstu. Jeszcze nie zostali wskazani z imienia i nazwiska. Stwierdzenie, że byli to prokuratorzy, praktycznie przesądza los tych ludzi. Ich koledzy, prokuratorzy, którzy będą niechybnie wkrótce prowadzili śledztwo w sprawie „przecieku do mediów tajnych informacji ze smoleńskiego śledztwa”, z dziecinną łatwością ustalą, jacy prokuratorzy spotykali się z Czarkiem Gmyzem. Jakby nie wystarczało dotychczasowych ofiar, wystawiono do odstrzału następne. I kto to to zrobił. Jeden z najbardziej doświadczonych polskich dziennikarzy, świetny kolega, niezwykle pracowity szef. Pracowałem z Tomkiem Wróblewskim ponad dwa lata w „Newsweeku”, w czasie kiedy był naczelnym stworzonego przez siebie tygodnika. Ustawiając wysoko poprzeczkę jakości i atrakcyjności tekstu, na pierwszym miejscu stawiał zawsze jego rzetelność i odpowiedzialność za słowo. Znał wszystkie wymogi i niuanse naszego zawodu. A teraz nagle, jakby stracił rozsądek. Chcąc usprawiedliwić swoje postępowania, grzebie innych, których nie wolno mu nawet musnąć. Nie wiem, doprawdy, co się stało. Do jak kiepskiego stanu psychicznego musiała doprowadzić go afera wokół tekstu Gmyza, skoro tak dalece zagubił się, że naruszył fundamenty dziennikarskiego kanonu. Ktoś powie, o co takie wyrzuty? Przecież i tak łatwo można było się domyśleć, że informatorami byli prokuratorzy. To prawda. Niemniej, ani w czasie śledztwa prokuratorskiego, ani też publicznie, żadnemu dziennikarzowi ujawniać informatorów w jakimkolwiek zakresie nie wolno.
Kolejnym skandalem jest uprzedzenie rzecznika rządu Pawła Grasia przez właściciela „Rzeczpospolitej” Grzegorza Hajdarowicza o tym, że w najbliższym numerze gazety ukaże się bulwersujący materiał, będący niezwykle kłopotliwy dla rządu i premiera. Pikanterii dodaje fakt, że spotkanie, w którym Hajdarowicz przekazywał Grasiowi „dziennikarską bombę”, miało miejsce w środku nocy. Cóż to za tłumaczenie, że obydwaj są od lata dobrymi znajomymi. To prawie tak, jakby policjant uprzedzał swojego znajomego przed planowanymi przesłuchaniami ludzi z jego miejsca pracy.
Skandalem jest zwolnienie Czarka Gmyza, Tomka Wróblewskiego i dwóch innych osób z redakcji dziennika. Wydawca zawsze winien bronić swoich dziennikarzy, szczególnie wówczas, gdy opublikowane przez nich teksty przygotowują w dobrej wierze. A tutaj złej woli nie można było nikomu przypisać. Ani też żadnego ubocznego interesu, poza chęcią ujawnienia przed opinią publiczną ważnych faktów. Dyskusyjnych, być może, ale z pewnością nie fałszywych.
Wreszcie kolejnym skandalem jest to, że za bezpodstawnie zwolnionymi z „Rzeczpospolitej”, opowiedzieli się jedynie dziennikarze tzw. prawicowi. Natomiast nasi koledzy z mediów mainstreamowych, a zarazem najbardziej wpływowych, w decyzji o zwolnieniu nie tylko nie doszukali się elementów dławienia wolności mediów, ale z rozkoszą potępiali autora publikacji, Czarka Gmyza i niedawnego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” Tomka Wróblewskiego. Zaś wyrzucenie ich z pracy traktowali jako należną im karę za – jak podkreślają - skandaliczną publikację. A może ta dodatkowa nagonka na zwolnionych, prowadzona m przez część naszego środowiska, nie jest skandalem? Tylko czymś bardzo smutnym.
Jerzy Jachowicz
11 listopada 2012
