Naruszenia prywatności w mediach, obowiązek zachowania szczególnej staranności dziennikarskiej oraz przyszłość zawodu dziennikarza w Polsce – to główne tematy najnowszego numeru „Studiów Medioznawczych”*.
Michał Zaremba, ekspert w dziedzinie prawa prasowego, w drugiej części rozważań o naruszeniach prywatności w mediach (I część ukazała się w nr 2 SM z 2014 r.) zajmuje się orzecznictwem polskich sądów dotyczącym przepisów szeroko rozumianej prywatności informacyjnej (s. 15-24). Zdaniem autora zostały one w polskim prawie sformułowane w sposób „mało elastyczny”, stąd też ta okoliczność może utrudniać naszym sądom uwzględnianie orzecznictwa Trybunału Europejskiego. Zgodnie z art. 14 ust. 6 Prawa Prasowego z 1984 roku na publikację danych dotyczących sfery życia jakiejś osoby musi ona wyrazić zgodę lub te dane muszą się wiązać bezpośrednio z prowadzoną przez nią działalnością publiczną. Ważne jest określenie, co oznacza pojęcie „osoby prowadzącej działalność publiczną”. W literaturze przedmiotu przyjmuje się, że jest to pojęcie węższe niż pojęcie „osoby publicznej”.
Autor przedstawia orzeczenia polskich sądów w kilku sprawach, a następnie zajmuje się znaczeniem orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dla debaty publicznej w Polsce. ETPC swoje stanowisko w sprawie naruszeń prywatności w mediach sformułował za pomocą testu okoliczności, które należy brać pod uwagę, kiedy rozpatrywane są sprawy związane z wolnością wypowiedzi i prawem do prywatności. Wśród tych okoliczności – przypomina Zaremba – wymienione zostały:
- - wartość wypowiedzi dla debaty publicznej;
- - jak bardzo znana jest osoba, której dotyczy wypowiedź, i co jest przedmiotem tej wypowiedzi;
- - wcześniejsze postępowanie danej osoby;
- - sposób uzyskania informacji i jej wiarygodność oraz okoliczności uzyskania zdjęć (naruszających prywatność – M.P.);
- - zawartość, forma i następstwa publikacji;
- - surowość sankcji wymierzonych wobec sprawcy naruszenia prywatności.
Zaremba przytoczył amerykańskie podejście do tych spraw, które może być trudne dla Europejczyka - argumentację sądu dotyczącą wyroku Time, Inc. przeciwko Hill, w którym stwierdzono, że „Wystawienie własnej osoby na ogląd innych jest częścią życia w cywilizowanej społeczności […] Wolność dyskusji, jeśli ma wypełnić swoją historyczną funkcję, musi mieścić w sobie wszystkie kwestie, o których wiedza jest potrzebna i odpowiednia, by umożliwić członkom społeczeństwa sprostanie krytycznym sytuacjom danego okresu”. Zauważmy, że to amerykańskie podejście chroni w większym stopniu ciekawość publiczności niż prywatność osoby uczestniczącej w życiu publicznym.
W dalszej części artykułu Autor opisuje ramy debaty publicznej w Polsce. Jego zdaniem „odbiorcy treści medialnych nie tylko nie są zainteresowani tematami, które uważa się [za – red.] wartościowe, ale i nie mają czasu, energii ani wiedzy specjalistycznej (i często też ogólnej), by śledzić poświęcone im dyskusje”. Jako przykład niemożliwości rozstrzygnięcia sporów eksperckich Zaremba podaje ostatnią debatę na temat systemu emerytalnego, kiedy to nawet dziennikarze „skarżyli się na niemożność zweryfikowania twierdzeń zwolenników i przeciwników reformy”. W takiej sytuacji rzeczą naturalną jest to, że odbiorcy mediów oceniają rządzących nie pod kątem efektywności, lecz raczej ich postawę moralną i poświęcenie dla spraw publicznych. W konsekwencji, do debaty publicznej przenikają wątki z życia prywatnego osób publicznych. Będąc tego świadomymi, politycy próbują ograniczyć ryzyko związane z wkraczaniem do sfery publicznej. Jednakże już sam fakt udziału w debacie powoduje, że poddają się oni pod osąd publiczny.
Zaremba powołuje się na polskie badania (CBOS) wskazujące, że polskie społeczeństwo przywiązuje dużą wagę do zachowań polityków w sferze prywatnej; 38 procent badanych stwierdziło, że fakty z życia prywatnego polityków powinny być podawane tylko wtedy, kiedy wpływają na wykonywanie przez nich obowiązki, ale aż 25 procent uważa, że z racji roli jaką odgrywają politycy fakty z ich życia publicznego powinny być powszechnie znane. Ciekawe, że 55 procent uznało, iż nie ma dla nich znaczenia np. fakt, że polityk jest homoseksualistą. Dyskredytuje za to w oczach respondentów udział w aferze korupcyjnej (opinia 90 proc. badanych), czy współpraca z SB w okresie PRL (72 proc.).
W podsumowaniu artykułu Zaremba zauważa, że ETPC kieruje się (nieformalnie) zasadą noblesse oblige, że „każda osoba, która aspiruje do bycia członkiem elity społecznej musi liczyć się z tym, że jej życie prywatne nie będzie chronione przez Trybunał, jeżeli cieszy się reputacją, na którą nie zasługuje”. Wedle Trybunału naruszają prywatność jedynie te wypowiedzi, których celem jest wyłącznie zaspokajanie ciekawości, są natomiast dopuszczalne nawet te, które dotyczą prywatności osób prywatnych w zakresie, „w jakim ich życie prywatne jest nieodłącznie związane z życiem prywatnym osób publicznych”. Zaremba zwraca uwagę, że nasze rodzime regulacje prawne nie są tak elastyczne, jednak „uczestnicy życia politycznego są coraz bardziej świadomi (i równocześnie godzą się na to), że ocenie podlegają również ich zachowania w życiu prywatnym”, w związku z tym rzadko sięgają po narzędzia prawne, gdy zagrożona zostaje ich prywatność.
Omawiane rozważania można by odnieść do afery trzech posłów PiS wyrzuconych z partii po ich niefortunnej podróży prywatno-publicznej do Madrytu. Ta sprawa pokazuje, że w każdej sytuacji może być obserwowany nie tylko znany polityk, ale obserwowane mogą być również osoby prywatne z jego najbliższego otoczenia. Jednak wymiar artykułu Michała Zaremby jest szerszy; pokazuje on, jak w przestrzeni publicznej zmienia się pojmowanie prywatności osób publicznych oraz, że istnieje zgoda opinii publicznej (a także coraz większe przyzwolenie prawne) na głębszy wgląd w prywatne sprawy polityków. Tym samym dotychczasowy polski model ochrony prywatności ewoluuje w kierunku modelu zachodnioeuropejskiego, a być może nawet i amerykańskiego.
Drugi artykuł, o którym chciałbym wspomnieć, napisał Marek Chyliński, dziennikarz i medioznawca. Pisze on o wymogach prawdziwego przedstawiania zjawisk, staranności i rzetelności, które obowiązuje dziennikarzy w myśl art. 6 ust. 1 i art. 12 ust. 1 Prawa prasowego. Zdaniem Chylińskiego wymóg staranności i rzetelności „oznacza, że dziennikarz winien dołożyć wszelkich możliwych starań w dążeniu do prawdziwego przedstawienia zdarzeń i zjawisk, a w odniesieniu do krytyki prasowej uzyskać i przekazać informację prawdziwą, co do faktów i dokonać adekwatną do nich ocenę”. Jednak – jak zauważa Autor – prawodawca nie postanowił, że obowiązkiem dziennikarza jest „prawdziwe przedstawianie zjawisk”. Wynika to – moim zdaniem – właśnie z artykułu 12 ust. 1, który mówi, że „Dziennikarz jest obowiązany zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło”.
Jeśli dobrze rozumiem ten zapis prawa, to w tekście występuje alternatywa łączna, czyli że dziennikarz może ograniczyć się tylko do podania źródła, chociaż może też sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości. Zatem, zapis o zachowaniu staranności i rzetelności podczas zbierania materiałów prasowych nie jest precyzyjny i należałoby go w przyszłym prawie doprecyzować. Tak właśnie odczytuję intencje autora artykułu, który zauważa, że „tworzenie wzorców staranności i rzetelności jest działaniem trudniejszym od oceny rezultatu działania dziennikarza”. Należy przy tym – twierdzi Chyliński - uwzględnić zasady etyki zawodowej. Tymczasem, jeśli chodzi o nakaz poszukiwania prawdy, który wywodzi on z Prawa prasowego (art. 6 ust. 1), to nie istnieje on w Kodeksie Etyki Dziennikarskiej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich – we wprowadzeniu mówi się tylko o przekazywaniu rzetelnych i bezstronnych informacji oraz różnorodnych opinii. Widocznie twórcy Kodeksu SDP uznali, że nie zawsze możliwe jest dotarcie do prawdy, a jedyne co pozostaje dziennikarzowi, to rzetelność i bezstronność. Na jaki więc kodeks etyczny powołuje się Marek Chyliński, tego nam w artykule Autor nie wyjaśnia.
Chyliński przywołuje interpretację określenia „szczególna staranność” obecną w analizach prawniczych i stwierdza, że „zebrane informacje muszą wiernie odzwierciedlać rzeczywistość i nie mogą być przedstawione w sposób mogący wpłynąć na zmianę percepcji odbiorcy (zakaz manipulacji)”. Ponadto, staranność i rzetelność dziennikarza powinna przejawiać się przez dotarcie do wszystkich możliwych źródeł osobowych i poprzez zasięgnięcie opinii niezależnego specjalisty, co „wykluczy subiektywizm wniosków i pozwoli na krytyczną weryfikację własnych spostrzeżeń”. Chyliński zgadza się z tymi zasadami jako wzorcami odniesienia, ale wskazuje na trudności podczas ich realizacji w praktyce. Mnie z kolei wydaje się praktycznie niemożliwe dotarcie do wszystkich (i dla wszystkich) ważnych źródeł informacji, gdyż zawsze będziemy przeprowadzać ich selekcję ze względu na przyjęte przez nas kryteria wypływające z wyznawanych wartości. Po drugie, tworząc informacje osadzamy je w pewnych ramach odniesienia (zgodnie z teorią framingu). Po trzecie, jak mielibyśmy obiektywnie ustalić, kogo powinniśmy uważać za niezależnego eksperta w jakiejkolwiek sprawie? Trudności ze zdefiniowaniem w tym kontekście „niezależności” wydają mi się nie-do-przezwyciężenia (proszę sobie chociażby przywołać w myśli debatę na temat przyczyn katastrofy TU – 154 w Smoleńsku). Nie wydaje mi się wobec tego prawdopodobne, by w oparciu o przywołane wyżej przesłanki można było skonstruować definicję „staranności dziennikarskiej”. Sądzę raczej, że należałoby tę kwestię – czy nam się to podoba, czy nie – pozostawić każdorazowo rozstrzygnięciu sądu, który umieści działanie dziennikarza w szerszej kulturze prawnej, a nie tylko w ramach Prawa prasowego, które – co już wyjaśniłem – nie precyzuje owego pojęcia i pozostawia możliwości dowolnej interpretacji.
Omówione przeze mnie zostały tylko fragmenty artykułu Marka Chylińskiego. Warto do niego zajrzeć, by przekonać się, jak autor definiuje profesję i kulturę dziennikarską, rzetelność i prawdę. Zainteresowanych odsyłam do stron 25-37 w prezentowanym numerze „Studiów Medioznawczych”.
Na kolejnych stronach (39-51) Joanna Taczkowska-Olszewska omawia przyszłość zawodu dziennikarza w Polsce. Autorce chodzi o odnalezienie takich właściwości/wyznaczników, „które – z jednej strony – pozwolą na obejmowanie dziennikarstwa pojęciem zawodu oraz kwalifikowanie go do kategorii zawodów regulowanych, zawodów zaufania publicznego lub wolnych zawodów, z drugiej strony będą stanowić podstawę dla formułowania rozwiązań legislacyjnych, dopuszczając ich wielowariantowość, stopniowalność oraz różnorodność celów regulacyjnych”. Autorka analizuje stan dyskusji nad zawodem dziennikarskim i stwierdza, że o ile istnieje jedna definicja prawna „dziennikarza”, o tyle w nauce o komunikowaniu pojawia się wiele nowych propozycji, które nie są zbieżne z tamtym. Przypomnijmy, że definicja prawna określona została przez art. 7 ust. 2 pkt. 5 Prawa prasowego: „dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, pozostająca w stosunku pracy z redakcją albo zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji”.
Zdaniem Taczkowskiej-Olszewskiej, definiowanie działalności dziennikarskiej musi być oparte o inne elementy niż stosowane w odniesieniu do pozostałych zawodów. Wśród cech charakteryzujących działalność dziennikarską wylicza:
- osobiste wykonywanie wszystkich składających się na tę działalność czynności;
- istnienie zadań publicznych, których wykonanie zostaje zlecone bezpośrednio w ustawie;
- wykonywanie działalności w ramach struktury organizacyjno-prawnej, jaką stanowi redakcja.
Już ta charakterystyka, niezależnie od podawanych przez Autorkę czynników zmiennych (np. warunków dostępu do zawodu czy trybu przyznawania tytułu zawodowego) budzi kontrowersje i wątpliwości. Trudno zgodzić się z Autorką, że dziennikarz wykonuje zadania (działalność) w ramach redakcji. Od dawna tak nie jest zarówno w prasie, jak i w telewizji, a ostatni eksperyment outsourcingu w TVP tylko pogłębia tę tezę.
Niezrozumiałe są dla mnie i wywołują wątpliwości dwie pierwsze cechy zawodu podane przez Autorkę artykułu. Obecnie istnieje mnóstwo definicji dziennikarstwa i trudno uznać którąkolwiek za najważniejszą czy najbardziej adekwatną do sytuacji (ale sytuacji czego? – dziennikarzy? zawodu? mediów?). Znany medioznawca Denis McQuail podaje na przykład, że dziennikarstwem jest „publikowanie wiadomości o współczesnych wydarzeniach, okolicznościach i osobach, mogących mieć znaczenie dla publiczności, lub ją interesować, w oparciu o informacje uznane za rzetelne” (cyt. za K. Jakubowicz, Nowa ekologia mediów, Warszawa 20111, s. 187). Wymienia się m.in. dziennikarstwo partycypacyjne, interaktywne, obywatelskie, nowe dziennikarstwo, itd., i żeby mówić o dziennikarstwie najpierw trzeba by je gruntownie zdefiniować, ale jak to uczynić, jeżeli trzeba by to uczynić poprzez kryteria zawodowe. Pojawia się błędne koło w dowodzeniu, czy zatem należy zrezygnować z próby definicji? W tym momencie odwołam się do wspomnianego McQuaila, który podał pięć ogólnie uznawanych kryteriów zawodu dziennikarskiego:
-posiadanie podstawowych umiejętności wymagających ćwiczeń oraz dostępu do systematycznej wiedzy
- roszczenie do monopolu na określone usługi, akceptowane przez społeczeństwo
- posiadanie pewnego stopnia wolności zawodowej, z osobistą niezależnością głoszenia sądów
- posiadanie zestawu norm profesjonalnego zachowania
- posiadanie etyki służby wobec społeczeństwa i w „publicznym interesie”, roszczenie do bycia zawodem społecznego zaufania, związanym z odpowiedzialnością i byciem rozliczanym
(D. McQuail, Journalism and Society, Sage 2013, s. 80).
Wydaje się, że sam McQuail wątpi w możliwość ich spełnienia, choćby w zapewnienie sobie przez zawodowych dziennikarzy monopolu na informację, czy w pełną kontrolę ze strony dziennikarzy nad owocami ich pracy, nie mówiąc już o braku pełnej autonomii czy dostępie do wiedzy, itd. Jeśli tak twierdzi wybitny znawca zawodu dziennikarskiego, to nie wydaje mi się, żeby mylił się całkowicie. Próba zdefiniowania zawodu i działalności dziennikarskiej jest dzisiaj zadaniem o wiele trudniejszym niż 10 czy 20 lat temu. Pytanie, czy jest to w ogóle potrzebne. Dr Taczkowska pisze, iż „domaganie się dochowania rzetelności (od dziennikarzy – M.P.) jest możliwe dopiero wówczas, gdy w normach prawnych zostanie wskazany krąg osób zobowiązanych do spełnienia tego wymogu”. Jeżeli zatem nie określimy, kogo mielibyśmy uważać za dziennikarza, i nie przypiszemy mu określonego zakresu praw i obowiązków, to nie będziemy mogli publikujących w mediach rozliczać z ich rzetelności czy jej braku. A to z pewnością nie będzie służyć dobremu poinformowaniu opinii publicznej.
Trzy wymienione artykuły zasługują na wnikliwą lekturę przez dziennikarzy i studentów kierunków dziennikarskich. Polecałbym również artykuły, których nie wymieniłem w przeglądzie: m.in. rozważania Renaty Piaseckiej - Strzelec o metodach i technikach upowszechniania informacji przez współczesne polskie agencje informacyjne (s. 55-68), Stanisława Jędrzejewskiego o mediach publicznych w świetle konwergencji (s. 135-144), czy Alicji Jaskierni i Michała Głowackiego o kwestiach ochrony praw człowieka w internecie (s. 145-154). Lektura tych artykułów na pewno nie będzie czasem straconym.
Marek Palczewski
14 listopada 2014
*”Studia Medioznawcze”, nr 3 (58)/2014
