Podsłuchane rozmowy publikowane we „Wprost” zdają się wzbudzać coraz mniejsze zainteresowanie. Teraz na topie są podsłuchy terrorystów z Donbasu nagrane po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu i wrzucane do sieci przez ukraińskie służby specjalne. W polskim Internecie jako pierwsza zamieściła je chyba publiczna TV Bielsat. Gdy niejaki Koricin dowiaduje się, że strącony samolot na 100 proc. był malezyjskim cywilem i w miejscu jego upadku leży „kupa trupów kobiet i dzieci”, komentuje to w sposób następujący: „To znaczy, że szpiegów zawozili. Po ch… latali, teraz tu wojnę mamy k…”.
Język sołdatów nie odbiega od tego używanego niepublicznie przez nasze elity polityczne, ale nie to jest porażające. Poraża raczej fragment „to znaczy, że szpiegów zawozili” i to, że jest to pierwsza, odruchowa i błyskawiczna reakcja Koricina na śmierć kilkuset niewinnych osób. Świadczy ona o swoistym sformatowaniu mózgów prorosyjskich terrorystów w Donbasie. Bez zrozumienia tego, jakże obcego Zachodowi sformatowania, Europa nigdy nie zrozumie tego co się w dawnej sowieckiej strefie wpływów dzieje i nie zdoła na to właściwie zareagować.
Kilkanaście godzin po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu z pracy w Russia Today zrezygnowała londyńska korespondentka stacji Sarah Firth. Zaprotestowała w ten sposób przeciw „brakowi szacunku dla faktów”. W marcu, po inwazji na Krym, taki sam gest wykonała jej redakcyjna koleżanka Liz Wahl oświadczając: „Nie mogę być częścią sieci, która wybiela akcje Władimira Putina”. Obie panie potrzebowały dużo czasu, ale lepiej późno niż wcale. Niestety i one dalej mylnie diagnozują sytuację. „Brak szacunku dla faktów” i „wybielanie akcji Putina” to jedynie moskiewski pijar, u którego podstaw kryje się coś groźniejszego, mianowicie wietrząca wszędzie wrogów Rosji i szpiegów nieobliczalna w skutkach, a usprawiedliwiająca każda zbrodnię mentalność czekisty.
Brak odporności na rosyjską (sowiecką) propagandę nie jest jednak jedynie problemem Zachodu. I my mamy swojego Janusza Korwina – Mikke, który niczym baron Minchausen wyciągnąwszy się za harcap z politycznego niebytu najpierw dokonał „honorowego aktu” naśladownictwa Władimira Żyrinowskiego, by teraz wbrew oczywistym poszlakom dowodzić, że malezyjski samolot strącili Ukraińcy, bo jakoby tylko oni mieli w tym interes.
Już po spoliczkowaniu Michała Boniego część polskich dziennikarzy wezwała do medialnego bojkotu chamskiego polityka. Teraz przed nami stanęło poważniejsze zadanie. Musimy zdecydować czy w imię wolności słowa mamy udostępniać swoje anteny (łamy) prorosyjsko – korwinowskiej propagandzie czy też w imię zdrowego rozsądku i dobrego smaku trzymać chamstwo i kłamstwo za drzwiami. Publiczne media mają problem, bo przecież ludzie Korwina za chwilę znajdą się w parlamencie, a w następstwie tego w radach nadzorczych i zarządach spółek publicznych mediów, gdzie będą wywierać presję, by w imię reprezentatywności poglądy ich mocodawców były właściwie reprezentowane. Już to przerabialiśmy choćby na przykładzie Samoobrony. Media komercyjne mają problem, bo przecież oglądalność to ich bożek, a nic nie sprzedaje się tak dobrze jak prostactwo, głupota i agresja. Na przykład ostatnio, by nie sięgać zbyt daleko, program „Tak czy nie” (Polsat News) uzyskał rekordową oglądalność zapraszając do studia właśnie Janusza Korwina – Mikke. Nie wróżę więc sukcesu zwolennikom skazania lidera skrajnej prawicy na medialną banicję. Szkoda.
Na koniec jeszcze drobna uszczypliwość. TVP oświadczyła, że choć transmitowanie Mundialu spotkało się ze sporym zainteresowaniem widzów, reklamodawców i sponsorów to jednak w sumie przyniosło publicznemu nadawcy starty. Za cztery lata Mundial w Moskwie. Proponuje medialny bojkot imprezy. Będzie to w dobrym stylu i z pożytkiem dla publicznych finansów. Warto spróbować.
