- Media nie są rzetelne – twierdzi największy obecnie ich znawca, były wicepremier, a obecnie adwokat, Roman Giertych. Ma prawo do tytułu najwybitniejszego w Polsce eksperta mediów, bo nikt, nawet Adam Michnik, nie wytoczył tylu procesów dziennikarzom, i nie straszy tyloma procesami, co właśnie dawny lider Ligi Polskich Rodzin, a dziś wzięty mecenas. Tytuł ten przysługuje mu bezapelacyjnie. To jest poza wszelką dyskusją.

Wyjątkową pozycję mecenasa Giertycha w świecie mediów potwierdza opinia zawarta zaraz na początku niniejszego tekstu. Ocena ta dotyczy głośnych od kilku tygodni taśm z nagraniami znanych postaci życia politycznego i społecznego w Polsce. Dotychczas prezentowane w mediach taśmy, wszystkie w tygodniku „Wprost”, były nagrywane bez wiedzy ich bohaterów. Dlatego uznano je za nielegalne. Nie jedyny to powód, dla którego taśmy wzbudziły sensację i oburzenie części opinii publicznej. Wstrząsem dla wielu Polaków była treść tych rozmów, odbywanych podczas biesiadowania w najdroższych restauracjach stolicy. Jedno z tych wielu opublikowanych nagrań szczególnie bolesne była dla Romana Giertycha, ponieważ przedstawiało rozmowę jego przyjaciela Radosława Sikorskiego, szefa polskiej dyplomacji z Jackiem Rostowskim, wtedy byłym już ministrem finansów i wicepremierem w rządzie Donalda Tuska.

Zaprezentowany przebieg tej rozmowy był, jak się okazuje, krzywdzący dla Sikorskiego i Rostowskiego, ponieważ ujawniono tylko polityczne wątki poruszone przez obydwu panów. Tymczasem spotkanie było niezwykle bogate w wymianę myśli. Omawiano wiele problemów niezwykle ważnych dla obywateli naszego kraju. Okazało się, że nie zarejestrowane na nagraniu fragmenty rozmowy, przedstawiają obydwu mężów w niebywale korzystnym świetle. Jako polityków i jako ludzi. Światłych, wrażliwych na okrutną dolę niektórych zwierząt, ściśle ptaków. A także okazujących szerokie serce i zrozumienie dla najuboższych warstw społeczeństwa w naszym kraju, szczególnie emerytów i rencistów.

Jakże ten obraz odbiega od stereotypowych wyobrażeń rozpowszechnianych przez nierzetelne – o czym była mowa na początku – media.

Pierwsze, dosadne akcenty głębokiego humanitaryzmu, którym przesiąknięci okazali się obydwaj rozmówcy, ujawniły się przy okazji konsumpcji niektórych dań. Dla porządku przypomnę tylko, że podczas spotkania politycy w restauracji „Amber Room” w Pałacu Sobańskich, spożyli w kolejności: zupkę z dyni, następnie krwistą polędwicę wołową, foie gras i comber z królika.

Właśnie przy okazji foie gras, zwanej inaczej pasztetem strasburskim, zobaczyliśmy prawdziwe twarze obydwu dostojników państwowych.

 - Foie gras to wątróbka kaczki lub gęsi, specjalnie tuczonych – rozpoczął Jacek Rostowski.

- Ale tylko określonych ras – dorzucił Sikorski. Najsmaczniejszy jest z kaczki mulard, czyli niepłodnego mieszańca kaczego, uzyskanego ze skrzyżowania kaczora kaczki piżmowej z pekińską.

- Niezłe są też z gęsi landes lub tuluskiej – wtrącił Rostowski. I kontynuował - O wiele bardziej by mi smakowały, gdyby nie świadomość, że hodowcy 10 – krotnie w sposób sztuczny powiększają ptakom wątrobę. Młode kaczki i gęsi przeznaczone na foie gras trzymane są w ciasnych klatkach, w których mają ograniczone do minimum możliwości ruchu. Kaczki dwa razy dziennie, a gęsi nawet cztery razy, mają wtłaczaną na siłę lekko obgotowaną, zmieloną i natłuszczoną kukurydzę. Dwa kg. dziennie. – Tak wiem, to barbarzyństwo, proszę sobie wyobrazić, że tak torturują biedne ptaki przez trzy tygodnie przed ubojem – współczującym tonem dodał Sikorski, aby pokazać, że los zwierząt nie jest mu obojętny. Rostowski, krojąc delikatnie pasztet, z zadowoleniem dorzucił z ulgą: - Całe szczęście, że w Polsce to okrucieństwo jest zakazane.

Równie zaskakujące uwagi padły przy okazji popijania combra z zająca czerwonym winem.

–Ależ bukiet ma to wino – z zachwytem mówił Sikorski, wciągając jego zapach.- Warte jest te 800 zł. Pełne rozkoszowanie się jego smakiem zakłóca mi jednak myśl, że za taką sumę kilka milionów emerytów i rencistów musi w Polsce przeżyć cały miesiąc – podzielił się swoją refleksją szef MSZ.

- Tak, to naprawdę smutne. Dziękuję, że mi pan o tym przypomniał – powiedział Rostowski, odstawiając wypity kieliszek. Twarz mu skamieniała, aż kelner zaniepokoił się, czy byłemu wicepremierowi nic się nie stało.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl