31,5 miliardów zł z abonamentu. Niemożliwe? Możliwe, ale to nie u nas tylko w Republice Federalnej.

Kilka dni temu w swojej siedzibie KRRiT spotkała się z przedstawicielami Zentrale Beitragsservice To organizacja odpowiedzialna za pobieranie opłaty na media publiczne w Niemczech. Krajowa Rada postanowiła dowiedzieć się jak przebiega wprowadzenie w RFN półtora roku temu zmiany opłaty abonamentowej na opłatę audiowizualną. Tak to przynajmniej u nas się nazywa.

To miło, że Rada zanim coś w tej sprawie uradzi to chce się poradzić kogoś kto w tej sprawie ma już jakieś doświadczenie. Problem jednak w tym, że Krajowa Rada nie ma inicjatywy ustawodawczej i może jedynie co nieco radzić tym, którzy ją mają. W tym wypadku sprawą zajmuje się Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które za czasów ministra Bogdana Zdrojewskiego postawiło właśnie na dziedzictwo, a nie na modernizację czyli utrzymało słabo ściągalny abonament zamiast wprowadzić wielokrotnie obiecywaną opłatę audiowizualną. Efekt? Do kasy KRRiT (z przeznaczeniem dla wszystkich mediów publicznych) wpłynie w tym roku zaledwie 700 mln zł, co i tak jest dużo, bo zdarzały się lata znacznie chudsze. Tymczasem według prezesa Brauna sama telewizja potrzebuje przynajmniej 2 mld.

Były już minister, a obecnie europoseł Bogdan Zdrojewski przyznał, że do przygotowania nowej ustawy o finansowaniu mediów publicznych „zabrakło woli politycznej”. Może nawet nie jemu, ale na pewno jego partii. Minister się zmienił, ale koalicja rządząca nie i nic nie wskazuje na to, by zmieniła się jej słaba siła woli do naprawy medialnych finansów. Co do woli pani minister Małgorzaty Omilanowskiej to niewiele wiadomo, ale chyba nie jest najlepiej, bo na wspomnianym spotkaniu z Niemcami ministerstwo reprezentowali dyrektor Departamentu Własności Intelektualnej i Mediów oraz ministerialny specjalista ds. prawa medialnego. Nie oczekiwałem koniecznie obecności samej pani minister, ale gdyby sprawę nowej ustawy traktowano w resorcie jako priorytetową, to może by się jakiś wiceminister jednak pokazał. Szkoda.

Szkoda, bo będzie to ze szkodą dla wielu aspektów naszego życia medialnego. Nie tylko radiowo – telewizyjnego. Po pierwsze zaszkodzi to oczywiście programowi TVP, bo ta dalej będzie musiała stawiać na dochody z reklam. Nie będzie więc więcej informacji zza granicy, no bo widzowie nie chcą tego oglądać. Nie będzie teleturniejów, w których należy wykazać się wiedzą, bo obserwowanie zgadywanki na chybił – trafił jest bardziej emocjonujące i dla każdego widza przystępne. Nie będzie nowego „Kabaretu starszych panów”, za to będzie wielki przegląd przaśnych letnich festiwali kabaretowych z nad jezior i nie tylko. Nie będzie 40 premier Teatru TV rocznie, a jedynie przeniesienia zgranych już spektakli we scen warszawskich. Nie będzie też seriali mogących popularyzować naszą skomplikowaną historię, bo będziemy musieli się zadowolić przygodową strzelanką na poziomie „Czasu Honoru”. Będzie natomiast dużo miłości na dużą literę „M”, bo to coś co można zrobić po tanich kosztach a chce to oglądać ponad 6 mln Polaków. Tak naprawdę myślę, że będzie jeszcze gorzej.

Brak stałego i nie pochodzącego z reklamy źródełka finansowania TVP i publicznej radiofonii zaszkodzi także nadawcom komercyjnym, ale również wydawcom prasy, tygodników i portali internetowych. Już dziś jesteśmy w Europie krajem szczególnym, gdzie większość rynku reklamowego to reklama telewizyjna. Z kolei jedną trzecią udziałów w rynku telewizyjnym ma 12 kanałów TVP. Gdyby miały publiczne źródło przyzwoitego finansowania, moglibyśmy oczekiwać rezygnacji z reklam lub ich ograniczenia. Te trafiłyby do stacji komercyjnych, a ponieważ czas na ich emisję jest ustawowo ograniczony, zyski z ich emisji zapewne by wzrosły, a część reklam i dochodów zasiliłaby inne media elektroniczne i drukowane.

To nie są żadne złote myśli. Skutki dziedziczenia przez kolejne zarządy TVP dziedzictwa finansowej mizerii są powszechnie znane od lat. No ale cóż robić skoro brakuje woli zamiany takiego stanu rzeczy. Szkoda więc, że minister Omilanowska nie wpadła do siedziby KRRiT choć na krótką chwile wystarczającą, by się dowiedzieć chyba najważniejszej rzeczy: jak to się stało, że niemieckiemu ustawodawcy nie zabrakło woli politycznej? Resztę, czyli samą ustawę mogliby już napisać prawnicy wsparci dobrymi radami Krajowej Rady.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl