Polityka, która do nas dociera, jest zapośredniczona przez media – przeciętny obywatel nie ma żadnego bezpośredniego kontaktu z tym światem. Zachowania polityków, co mówi mi moje doświadczenie świadomego obserwatora, stymulowane są przez logikę mediów. Innymi słowy, na kształt dyskursu politycznego większy wpływ mają dziennikarze, nie politycy. Ci ostatni są obecni w świadomości obywateli na tyle, na ile eksponują ich dziennikarze. I tu mam problem: jak zachować balans między chłodnym osądem wynikającym z powinności badacza i odczuciami obywatelki, która ma skonkretyzowane oczekiwania wobec mediów i dziennikarzy politycznych.
Istnieje swoista poprawność polityczna nakazująca przyznawać rację tym (dziennikarzom), którzy głoszą, że dziennikarze jedynie relacjonują życie polityczne, no - nie mają wyjścia i muszą, skoro politycy dają im taki materiał. Coś na kształt słynnego powiedzenia L. Wałęsy: „nie chcem ale muszem”. Nic bardziej mylnego. W większości naukowych analiz dotyczących miejsca, roli, funkcji mediów w komunikowaniu społecznym, w tym politycznym, wyraźnie mówi się o kreacyjnej roli mediów. Nic nie muszą, za jednym wyjątkiem: muszą zarabiać na siebie. I to, w gruncie rzeczy, determinuje zachowania dziennikarzy.
Znana dziennikarka, przeprowadzając wywiad z ekspertem, zadaje pytanie (?): „ale musi Pan potwierdzić, musi Pan przyznać”. Znany dziennikarz, laureat nagrody Dziennikarza Roku miesięcznika Press, po jednym stwierdzeniu marszałka Sejmu oceniającym krytycznie zachowania przewodniczącego partii, z której się wywodzi, zaczyna swoją rozmowę od retorycznego w gruncie rzeczy pytania: „czy w partii zaczyna się bratobójcza walka o władzę?” Nie dyskusja, nie spór czy nawet konflikt, tylko bratobójcza walka. Nijak się to ma do standardów poważnego dyskursu politycznego.
Przeraża, i mówię to z całą odpowiedzialnością, poziom i standardy współczesnego polskiego politycznego dziennikarstwa telewizyjnego. Radiowego (poza nielicznymi wyjątkami) nie ma, prasowe jest na tyle zróżnicowane, że zarzuty o jego zaangażowanie są o tyle chybione, że odbiorcy mają prawie nieograniczony wybór interpretacji. Zasięg radia i prasy jest ograniczony w porównaniu z telewizją. A tu trudno mówić o rzetelnej i obiektywnej relacji. Mamy raczej do czynienia z publicznym przeżywaniem prywatnych emocji dziennikarzy, co znalazło swoje apogeum tuż po katastrofie smoleńskiej. Sankcjonowano wtedy standardy, które nie mają nic wspólnego z dziennikarstwem rozumianym jako służba publiczna, jako przybliżanie i wyjaśnianie złożonych spraw publicznych.
W refleksji nad zachowaniem dziennikarzy telewizyjnych musi pojawić się pytanie o emocjonalność (egzaltację) ich relacji. Niektórzy postrzegają to jako zaletę, dowód na zaangażowanie w dyskurs polityczny. Inni mówią o odejściu od standardów poważnego dziennikarstwa, które zgodnie z opinią pierwszego dyrektora BBC, sir Johna Reitha, powinno informować, edukować i dostarczać rozrywki (w tej kolejności). Ja, podobnie jak spora część konsumentów telewizyjnych informacji, oczekuję informacji i relacji. Nie mam ochoty uczestniczyć w publicznej psychoterapii, ekspiacji, czy psychicznym ekshibicjonizmie osób, które walczą o oglądalność.
Nie jestem zwolenniczką teorii omnipotencji mediów, która, co warto powiedzieć, nie jest potwierdzona przez współczesne badania. Jestem jednak zadeklarowaną zwolenniczką twierdzenia, że media (szczególnie telewizja) mają ogromny potencjał w kształtowaniu ram poznawczych polityki. Narzucają, albo eksponują tematy i lansują (kreują?) głównych uczestników procesu politycznego, a przynajmniej komunikacji politycznej.
Dziennikarzy telewizyjnych (mówię generalnie) cechuje hipokryzja: odżegnując się od swojej kreacyjnej roli, formatują politykę jako rozgrywkę personalną. Relacje polityczne koncentrują się na tym, co jeden polityk powiedział o drugim. Z polityki robią tandetną operę mydlaną, w której John zdradza Mary, albo Mary zdradza Johna. Muszą, twierdzą, bo tak wygląda polityka. Polityka to nie kwestia tego, kto kogo zdradza; to obszar realizowania programów rozwiązywania problemów społecznych w duchu kompromisu. W wydaniu polskich mediów informacyjnych to starcie egocentrycznych indywiduów, walczących w imię partykularnych i społecznie nieistotnych celów.
Politycy, świadomi tego, co muszą zrobić, aby przebić się przez kryteria selekcji narzucone przez media, dostosowują się do nich, co znakomicie ułatwia im życie, bo nie wymaga kwalifikacji merytorycznych. Oczywiście, należy ich za to ganić. Ale to media powinny podlegać znacznie większej krytyce, bo to one tworzą przestrzeń i kształtują standardy debaty politycznej.
Jako obywatel, konsument mediów, wreszcie, jako badacz, stwierdzam, że obserwacja telewizyjnego dziennikarstwa politycznego wymaga szczególnej odporności psychicznej. Większość jej nie ma, stąd alienacja obywateli.
Zachowanie dziennikarzy politycznych w konfrontacji z opiniami ekspertów kojarzy mi się z syndromem zdradzającego męża (zdradzającej żony): ja jestem w gruncie rzeczy bez winy – po prostu okoliczności zmuszają do tego, żeby zdradzać.
Dorota Piontek
Dr, medioznawca
