Ukazał się kolejny numer pisma „Studia Medioznawcze”, wydawanego przez Instytut Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Na okładce widnieje zeskanowany fragment pierwszej strony „Merkuriusza Polskiego” z roku 1661 - pierwszego pisma periodycznego w Polsce. Jest coś znamiennego w fakcie, że rocznica 350-lecia powstania „Merkuriusza Polskiego” przeszła w środowisku dziennikarskim niemal zupełnie niezauważona. Dopiero medioznawcy przypomnieli, że polskie dziennikarstwo też ma swoich protoplastów i poświecili temu pismu kilka stron w SM.

44 numer SM otwiera artykuł redakcyjny prof. Marka Jabłonowskiego, w którym autor podkreśla świeżość nauki o mediach w Polsce, gdzie musi ona wciąż walczyć o swoją tożsamość. Na naszych oczach powoli – stwierdza autor – zarysowuje się samodzielność metodologiczna oraz teoretyczna dyscypliny. W tym kontekście prof. Jabłonowski wspomina „Merkuriusza”, który określa jako tygodniową gazetę ogólnoinformacyjną. Periodyk miał spełniać ważną funkcję propagandową; miał wpływać na szlachtę, by zaakceptowała reformy planowane przez króla Jana Kazimierza. Po klęsce reformatorskich projektów pismo uległo likwidacji. Autor zauważa, że „’Merkuriusz’ otwiera trzy i półwiekową perspektywę polskiej prasy”. Trwanie polskiego czasopiśmiennictwa nazywa „istotnym elementem dziedzictwa polskiej kultury”.

Historyczny aspekt prasy łączy się z jej wpływami w postaci tzw. czwartej władzy. Modelowe ujęcie działania prasy – przypomina autor – „zakładało, że prasa może wywierać lub że wywiera realny wpływ na bieg życia państwowego, w tym podejmowane decyzje”. Jeszcze 20 lat temu był to ideał trudny do zrealizowania, tymczasem dziś – podkreśla prof. Jabłonowski – doszło do jakościowej zmiany i dzięki rozwojowi nowoczesnych technologii każdy może przekazywać informacje innym: „Informacje z blogów pojawiają się w codziennych serwisach mediów elektronicznych i traktowane są podobnie jak agencyjne, a obywatele online kontaktują się nie tylko z mediami , ale przede wszystkim bezpośrednio ze sobą”.

W omawianym artykule autor stawia przed czytelnikiem problem czy nowe informacje są tak samo ważne dla publiczności jak te, które są tworzone przez dziennikarzy, czy portal WikiLeaks jest organizacją terrorystyczną, czy przykładem w pełni wolnego medium. Te inspirujące pytania pozostawia bez odpowiedzi, sugerując, iż może doczekamy się na ten temat dyskusji w czasie sesji naukowej, którą organizuje Instytut Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego w dniach 16-17 czerwca 2011 roku.

Najnowszy numer „Studiów Medioznawczych” został podzielony na 10 części. Dotyczą one m.in. badań nad polskimi dziennikarzami, zagranicznych dzienników, historii polskiego felietonu, Internetu, fotografii prasowej i czarnego PR. Dwa duże działy zawierają sprawozdania z konferencji naukowych i recenzje książek poświęconych zagadnieniom public relations, marketingowi, nauce o dziennikarstwie i komunikacji społecznej, społeczeństwu sieciowemu oraz polskiemu reportażowi i wybitnym reportażystom (w tym Ryszardowi Kapuścińskiemu). Pokrótce przedstawię kilka z wyżej zasygnalizowanych artykułów.

Na naszych łamach omawiałem w felietonowej formie artykuł Agnieszki Stępińskiej i Szymona Ossowskiego „Dziennikarze w Polsce: wartości, priorytety i standardy zawodowe”. Jego autorzy przebadali grupę 329 dziennikarzy pracujących w mediach o zasięgu ogólnopolskim – w gazetach codziennych, tygodnikach, miesięcznikach, w radiu i telewizji oraz w agencjach prasowych i w internecie. W ankiecie oprócz pytań dotyczących profilu demograficznego dziennikarzy znalazły się pytania o staż pracy, formę zatrudnienia, przynależność do organizacji i stowarzyszeń dziennikarskich, różnych aspektów życia, zadowolenia z pracy, stopnia autonomii oraz zadań, jakie widzą dla mediów i dziennikarzy w społeczeństwie.

W badaniu 59,3 procent grupy badanej stanowili mężczyźni, a 40,7 procent kobiety. Średnia wieku badanych wynosiła 28 lat (mediana – 34 lata). Ponad 55 procent pozostawała w związku małżeńskim. Więcej niż 70 procent pochodziło z dużych miast. Deklarowany staż wynosił średnio 10 lat, co może nieco dziwić zważywszy na podaną wcześniej średnią wieku. 84,2 procent ankietowanych posiadało wyższe wykształcenie, a 31,6 proc. wykształcenie wyższe dziennikarskie. W 2009 roku najwyższy odsetek absolwentów kierunków dziennikarskich był wśród dziennikarzy telewizyjnych (44,2 proc.), a najniższy w grupie pracujących dla radia (21,3 proc.)

W niewielkiej liczbie respondenci należeli do organizacji i stowarzyszeń dziennikarskich – tylko 14,3 procent deklarowało taką przynależność. Autorzy stwierdzają, że „członkami stowarzyszeń są przede wszystkim pracownicy prasy codziennej i stacji radiowych oraz mediów internetowych i agencji informacyjnych”. Wśród młodych ludzi, poniżej 35 roku życia do organizacji (i stowarzyszeń) dziennikarskich należy tylko 7 proc. badanych, a powyżej 35 roku – 21 procent. Autorzy nie komentują tych wyników, a wydaje się, że dodatkowe pytania i ewentualne odpowiedzi mogłyby odkryć ciekawe motywacje za lub przeciw wstępowaniu do tych organizacji. Wydaje się, że skoro średnia wieku osób badanych mieściła się w przedziale do 28 roku życia, a przynależność do organizacji deklarowały osoby starsze niż 35-letnie, to uzyskane rezultaty nie mogły być inne, gdyż były wyznaczone przez rozkład wieku ankietowanych. Oczywiście, nie jest to jeszcze odpowiedź na pytanie dlaczego młodzi unikają organizacji. Moja intuicja i własna obserwacja podpowiada dość proste rozwiązanie tej zagadki: redakcje niechętnie zatrudniają działaczy związkowych czy stowarzyszeniowych, a jeśli tacy działają na terenie redakcji, to są szykanowani lub eliminowani z zespołu. Piszę to również w oparciu o własne doświadczenia szefa Syndykatu Dziennikarzy Polskich w TVP SA w Łodzi. W latach 2000-2002 zostali zwolnieni z pracy wszyscy członkowie zarządu Syndykatu w liczbie 5 osób.

Duża zmiana – jak wynika z przeprowadzonych badań, omówionych w artykule – nastąpiła w porównaniu z poprzednią dekadą, jeśli chodzi o formy zatrudnienia dziennikarzy. Kiedyś w większości etatowi, dziś stali się wyrobnikami, pracującymi na umowach – zleceniach lub umowach o dzieło ( (20 proc. dziennikarzy w ogóle i 60 proc. telewizyjnych!). Najwięcej procentowo osób na pełnym etacie pracuje w agencjach informacyjnych (100 proc. spośród badanych pracowników agencji). Co zatem nie dziwi, 100 procent pracowników agencji jest bardzo zadowolonych lub zadowolonych ze swojej pracy. Z pracy w telewizji bardzo zadowolonych jest zaledwie 4,7 procent.

W ankiecie znalazło się również pytanie o stopień autonomii panujący w redakcjach. Mimo, że autorzy mogli się odwoływać tylko do subiektywnych odczuć respondentów, to uzyskane przez nich wyniki wydają się wiarygodne i są zgodne z potocznym punktem widzenia, mianowicie o największym stopniu swojej autonomii przekonani są dziennikarze agencji informacyjnych, a o najmniejszym – dziennikarze telewizyjni. Te dwa bieguny dziennikarskiej profesji często powtarzają się w omawianych badaniach.

Co jeszcze liczy się dla dziennikarzy? Wynagrodzenie – dla od 54,3 do 80 procent badanych (zależnie od medium), perspektywa rozwoju (dla 86,9 proc. dziennikarzy radiowych), możliwość pomagania ludziom (77 proc. dziennikarzy radiowych). Według autorów dziennikarze mniejsze znaczenie przykładają do bezpieczeństwa swojego zatrudnienia (48 proc. dziennikarzy telewizyjnych i 56,6 proc. dziennikarzy tygodników) i do polityki redakcyjnej (np. 55,8 proc. dziennikarzy tv). W tych dwóch ostatnich przypadkach interpretacja nie jest dla mnie w pełni przekonująca, mimo niższych odsetkowo wskazań niż chociażby w pytaniu o ważność wynagrodzenia. Moja wątpliwość bierze się stąd, że nie wiem dokładnie jak brzmiały zadane pytania. Jeśli w ten sposób: „czy bardzo ważne/ważne/mało ważne jest dla ciebie bezpieczeństwo zatrudnienia?”, to pracownicy telewizji, którzy żyją w ciągłej obawie przed zwolnieniem przez kolejną upolitycznioną ekipę zarządców (szczególnie w centrali), nie będą zwracali uwagi na ten aspekt pracy, bo faktycznie nie mogą liczyć na bezpieczeństwo zatrudnienia i zdają sobie z tego sprawę. Zatem czym innym będzie stan faktyczny, a czy innym sfera marzeń i chciejstwa.

Mimo tych kilku drobnych uwag krytycznych artykuł jest godny polecenia wszystkim, którzy chcą poznać stan społecznej świadomości dziennikarskiej w Polsce A.D. 2009. Te badania stanowią interesujące uzupełnienie ankiety Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z roku 2010. Jednakże zastosowana metodologia i różnice w wyborze grup badawczych nie pozwalają na adekwatne porównanie obydwu ankiet.

Kolejny artykuł z ostatniego numeru SM, który chciałbym zaprezentować dotyczy pozornie tylko reklamy, ale w istocie jest analizą konstruktu pojęciowego jakim jest społeczeństwo obywatelskie. Autorka artykułu „Skargi do Rady Reklamy (2007-2008) jako przejaw demokracji konsumentów w Polsce”, Anna Gruhn, przyjmuje założenie, że przejawem istnienia społeczeństwa obywatelskiego jest „nie tylko działalność różnego rodzaju organizacji pozarządowych, ale także aktywność pojedynczych obywateli we wszystkich sferach, które ich dotyczą”. Za takową autorka uznaje działalność konsumentów na rynku reklam, polegającą na wnoszeniu skarg na przekazy reklamowe, kierowane do instytucji regulujących (Rada Reklamy, itp.)

Materiał do badań stanowiły wszystkie skargi, skierowane przez konsumentów do Rady Reklamy w latach 2007-2008. Było tych skarg 527. Badano treść skarg i samego skarżącego konsumenta. Najwięcej skarg w 2007 roku dotyczyło reklamy tv (65 proc.). Wśród skarżących przeważały osoby prywatne (95 proc.), częściej kobiety niż mężczyźni (66 proc. wobec 34 proc.), mieszkańcy dużych miast. Negatywnym bohaterem skarg był operator komórkowy Play, a następnie producent znanego napoju Red Bull. Jako przyczyny skarg podawano: zły wpływ reklamy na dzieci i młodzież (12 proc. skarg), nieetyczność reklam (9 proc.) i obrazę uczuć religijnych (9 proc.) Rok później wzrósł odsetek osób prywatnych (do 98 proc.) wśród wszystkich skarżących. Atak skierowany był (63 proc. skarg) na kampanię reklamową marki odzieżowej House. Drugie miejsce w tej niechlubnej klasyfikacji zajęła reklama operatora telefonicznego Mobilking. Jako przyczyny skarg wskazywano tym razem głównie obrazę uczuć religijnych (35 procent). Na marginesie, drobna uwaga: szkoda, że w artykule nie ma choćby zdawkowego przypomnienia treści omawianych reklam.

W podsumowaniu autorka stwierdza, że skargi są wyrazem aktywności obywatelskiej i przejawem demokracji konsumenckiej. Jako argument na potwierdzenie tej tezy podała rosnąca ilość skarg w latach 2006-2009 (wzrost prawie 40-krotny). Skarżący odwoływali się do przepisów prawa, organizowali protesty i stosowali bojkot konsumencki. Anna Gruhn zauważa, iż „w istocie to konsument może mieć większy realny wpływ na rynek niż obywatel na scenę polityczną”. I aczkolwiek, na pierwsze wrażenie, ten wniosek może wydawać się zbyt śmiały i wymagający dalszych wszechstronnych badań, to jednak sama jego rewolucyjność prowokuje i skłania do głębszego zastanowienia.

Na zakończenie tego krótkiego przeglądu czasopisma medioznawczego chciałbym odnotować artykuł o fotografii prasowej „Fotografią po oczach. O fotografii na pierwszej stronie ‘Gazety Wyborczej’ i ‘Rzeczpospolitej’”. Autorka, Joanna Szylko – Kwas rozpoczyna rozważania od stwierdzenia, ze „obraz staje się niezbędnym kodem w procesie komunikowania za pośrednictwem prasy i telewizji” (nawiasem mówiąc, dodałbym do tej dwójki internet). Rośnie liczba i rola fotografii w prasie drukowanej, zdjęcia nabierają nowych funkcji. Te zmiany – zauważa autorka - wychodzą poza obszar przynależny magazynom ilustrowanym i prasie masowej. Przykładem są polskie tygodniki opinii, „gdzie obok funkcji informacyjnej i poznawczej […] zaczyna przeważać funkcja estetyczna i marketingowa”. Joanna Szylko – Kwas stawia pytanie: czy te same procesy zachodzą w ogólnopolskich dziennikach?” I analizie poddaje fotografie w „Gazecie Wyborczej” i w „Rzeczpospolitej” w okresie od 1989 do 2010 roku.

Autorka zauważą, że istnieje odmienność szaty graficznej obu gazet. Różnice są widoczne na jedynkach GW i RZ. „Gazeta” w 1989 r. umieszczała na pierwszej stronie 2 duże fotografie lub grafiki. Później, już w 1990 roku fotografia ma mniejsze znaczenie, niektóre numery na pierwszej stronie nie mają w ogóle zdjęć. W tamtym okresie „Rzeczpospolita” wyraźnie różni się od GW. Układ pierwszej strony jest mniej dynamiczny, zaś artykuły – dłuższe. Prawie każdy numer zawiera dwie fotografie na pierwszej stronie, a dodatkowo pojawia się tam również reklama. Słowem, „Rzeczpospolita” wykorzystuje więcej zdjęć.

Dziesięć lat później oba tytuły wyglądają całkowicie inaczej. Jednak w dalszym ciągu GW ma bardziej dynamiczna pierwszą stronę. Na pierwszej stronie znajduje się jedna fotografia lub rysunek satyryczny, albo jedna fotografia duża, a druga mniejsza. Wykorzystuje też fotografię jako zajawkę do artykułu wewnątrz. Podobną fotografią posługuje się „Rzeczpospolita”.

W 2010 roku to „Rzeczpospolita” jest bardziej niż GW odmieniona w stosunku do swojego wyglądu sprzed 10 lat. Zmieniła się winieta, która teraz zawiera dużo elementów obrazkowych. W obu gazetach fotografie są większe niż poprzednio. Autorka odnotowuje, że „Ich liczba nie zmieniła się, nadal jest to jedno duże zdjęcie oraz ewentualnie jedno lub dwa mniejsze, ale stosunek elementów graficznych do tekstu zwiększył się na korzyść obrazu”. „Rzeczpospolita” zrezygnowała z drugiego zdjęcia głównego, ale na jej pierwszej stronie mimo to wyraźna jest dominacja obrazu i koloru.

Autorka zdjęcia z pierwszych stron dzienników porównuje do zdjęć okładkowych z tygodników; wszystkie one mają sprzedawać gazetę. Jeśli natomiast głównego artykułu nie można zilustrować fotografią, to jest on wyróżniony graficznie poprzez wielkość i rodzaj nagłówka. Te ostanie uwagi wydają się zapewne oczywiste dla dziennikarzy, wydawców, czy grafików gazet. Z tego też powodu mają dla środowiska profesjonalistów mniejsze znaczenie niż wcześniej zaprezentowane przeze mnie treści artykułu.

Analiza Joanny Szylko – Kwas przynosi wiedzę na temat przemian szaty graficznej GW i RZ w ciągu ostatnich 20 lat. Pokazuje jak się one zmieniały i jakie oraz ile miejsca zajmowała fotografia na pierwszej stronie w obu dziennikach. Należy tylko żałować, że autorka pominęła w swoim artykule analizę samej treści fotografii prasowych i głębszych związków pomiędzy fotografią a treścią artykułów; jakie są ich wzajemne odniesienia, czy się uzupełniają, ilustrują, itd. Niewątpliwie wzbogaciłoby to zawartość cennej analizy i pozwoliło odpowiedzieć na postawione na początku artykułu pytanie o zmiany zachodzące w funkcjach fotografii prasowej, od informacyjno - poznawczych do estetyczno-marketingowych.

Ocena końcowa

Pierwszy tegoroczny numer „Studiów Medioznawczych”, który właśnie pojawia się na rynku, zasługuje z pewnością na uwagę środowisk medioznawców i dziennikarzy. Czytelnicy znajdą w nim różnorodność i bogactwo tekstów, począwszy od artykułów o historii mediów, badaniach PR, a skończywszy na recenzjach reportaży. Oprócz wyżej omówionych polecam również inne artykuły, o których nie sposób było wspomnieć w tak krótkiej recenzji.

Marek Palczewski

7 kwietnia 2011

Ps. Autor recenzji jest medioznawcą i dziennikarzem.



 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl