Jak zarabia się w KGHM i żąda podwyżki

Trzej związkowcy KGHM, którzy są członkami rady nadzorczej firmy, zarobili łącznie w ubiegłym roku ponad 700 tys. zł. W przyszłym tygodniu mają negocjować z zarządem spółki podwyżki wynagrodzeń – donosi „Gazeta Wyborcza”.

„KGHM Polska Miedź SA opublikował kilka dni temu raport za zeszły rok. Wynika z niego, że trzej związkowcy - Józef Czyczerski, przewodniczący miedziowej "Solidarności", oraz dwaj wiceprzewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego Leszek Hajdacki i Ryszard Kurek - zarobili w sumie 716 tys. zł brutto. Niemal tyle samo zarobili w 2009 r., zmieniła się jedynie wysokość zarobków każdego z nich”.

„Najwięcej zarobił w 2010 roku Ryszard Kurek - aż 265 tys. zł, Leszek Hajdacki - 263 tys. zł, a Józef Czyczerski - tylko 189 tys. zł. W wynagrodzenia wlicza się diety, które związkowcy dostają za zasiadanie w radzie nadzorczej KGHM. Rocznie to ok. 85 tys. zł dla każdego”.

„Związkowcy niechętnie ujawniają wysokość swoich zarobków. Przepisy każą jednak publikować zarobki członków rady nadzorczej, w której zasiada trzech związkowców. Odejmując od ich wynagrodzeń diety z tytułu zasiadania w radzie, okazuje się, że średnio każdy z nich zarabiał miesięcznie w ubiegłym roku od 8,6 do 14,4 tys. zł brutto”.

„Średnia płaca w 2010 r. w KGHM była najwyższa w historii i wyniosła ok. 8,7 tys. zł brutto. Dlaczego tak dużo? Bo to aż 18 pensji, w tym obligatoryjna trzynastka i czternasta z okazji dnia górnika lub hutnika oraz cztery dodatkowe, które wypłaca się z nagrody z zysku. W ub.r. też był bardzo wysoki - 4,7 mld zł. Analitycy szacują, że z powodu rekordowych cen miedzi na światowych rynkach w tym roku może być on wyższy nawet o 2 mld zł”.

„Bardzo wysokie zarobki mieli też członkowie zarządu KGHM. Prezes spółki Herbert Wirth otrzymał 1,3 mln zł, a jego zastępca Maciej Tybura - 1 mln zł”.

„W przyszłym tygodniu związkowcy z KGHM mają rozmawiać z zarządem w sprawie podwyżek. Na stronie związku Ryszarda Zbrzyznego można przeczytać, że to "spotkanie ostatniej szansy". Wcześniej związki przeprowadziły referendum strajkowe w oddziałach spółki. Zdecydowana większość załogi była "za" w przypadku niespełnienia postulatów. Najważniejszym jest żądanie podwyżki dla wszystkich o 300 zł”.

Czytaj więcej:

wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,9389924,Jak_zarabiac__to_w_KGHM.html

opr. tor

 


W rocznicę katastrofy: dokument za dokumentem

Dziś w TVN i TVN 24 "W milczeniu" Ewy Ewart. W sobotę w TVP 2 "Katastrofa" Artura Żmijewskiego. A wczoraj TVP 1 pokazała "Smoleński lot" Moniki Sieradzkiej - wylicza "Gazeta Wyborcza".

„Rocznica katastrofy samolotu Tu-154 w Smoleńsku stała się pretekstem do przygotowania wielu materiałów, w tym także projekcji telewizyjnych”.

"Zdecydowałam się na to z różnych powodów, po części osobistych. W wersji polskiej wypowiadają się tylko rodziny ofiar, natomiast w wersji brytyjskiej jest komentarz i są politycy" - mówi Ewa Ewart, która przygotowała dokument dla TVN-u. Początkowo chciała nawet uzyskać komentarz Władimira Putina, ale natychmiast dostała odmowę”.

"Filmowaliśmy trochę jak dziennikarze, trochę jak antropolodzy" - twierdzi z kolei Artur Żmijewski, autor filmu dla TVP. I dodaje: "W pierwszych dniach po katastrofie trudno było przewidzieć, że żałoba skończy się walką o krzyż pod Pałacem Prezydenckim".

Czytaj:

wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,81048,9390764,_Gazeta_Wyborcza___Wysyp_dokumentow_o_katastrofie.html

opr. tor

 


Polskie Radio milknie za Bugiem

Polskie Radio odwróciło się od Polaków żyjących na Wschodzie. Władze spółki wbrew swoim deklaracjom pomniejszają grono odbiorców audycji skierowanych do żyjących tam rodaków – ocenia portal niezalezna.pl.

Najpierw wątek historyczny. Jak według niezależnej.pl było? „Polskie Radio dla Zagranicy rozwijało nadawanie dla społeczności rodaków żyjących na Wschodzie. Zwiększyło swoją obecność programów Polskiego Radia w Izraelu. Rozpoczęto nadawanie m.in. w Dyneburgu na Łotwie. W reakcji na głosy płynące od Polaków na Białorusi uruchomiono nadawanie audycji w Pińsku przez nadajnik w Dąbrownicy na Ukrainie i wielu innych miejscach na Wschód od Polski. To wszystko czas przeszły. Tak było gdy w zarządzie PR byli Krzysztof Czabański i Jerzy Targalski. Wówczas PR współpracowało z ponad dwudziestoma rozgłośniami komercyjnymi i publicznymi na Ukrainie”.

A jak – według niezależnej.pl – jest teraz? „Obecny zarząd z Jarosławem Hasińskim na czele, zamknął projekty nadawania audycji dla polskich społeczności na Wschodzie. Zerwano sieć nadawczą, która miała 9 mln słuchaczy tygodniowo, na Ukrainie wielu kontrahentów zastąpiono jednym. Wyłączność na nadawanie polskich audycji ma teraz ERA FM, komercyjna sieć stacji, której udziałowcem jest deputowany prorosyjskiej Partii Regionów i absolwent szkoły KGB im. Feliksa Dzierżyńskiego – Andrij Derkacz. Podpisanie odnośnego kontraktu odbyło się w ostatnich dniach roku 2010. Wcześniej PR nie przedłużało umów z dotychczasowymi kontrahentami i w końcu podjęło decyzję dającą monopol na nadawanie swoich audycji właśnie sieci Era. Po podpisaniu umowy okazało się, że ukraiński nadawca wprowadził listę zakazanych tematów w PRdZ. Zakazem objęte zostało komentowanie relacji ukraińsko-rosyjskich, oceny funkcjonowania Cerkwi Kiryła na Ukrainie. Polskie audycje nie mogą też informować o klanowych układach na Ukrainie”.

„Ponadto z zapowiedzi audycji nadawanych na Ukrainie wynika, że są one wspólną produkcją Polskiego Radia i Ery, co powoduje powstawanie pytań o sposób finansowania takich produkcji. O wyjaśnienie poprosiliśmy dyrektora PRdZ Marka Cajznera. – Gotowe programy wysyłane są z Warszawy i nadawane dokładnie tak, jak zostały wyprodukowane – przekonywał nas Cajzner. – Era tylko je rozpowszechnia. Nie ma żadnego udziału w tworzeniu audycji – dodał. To z kolei jednak budzi wątpliwość natury prawnej. Ustawa medialna na Ukrainie nie zezwala bowiem na emitowanie przez rozgłośnie tego kraju audycji, która w całości powstała zagranicą”.

„Pracy redakcji PRdZ od 2009 r. wciąż towarzyszy napięcie. Wstępujące wówczas władze spółki w pierwszej kolejności zwolniły Andrzeja Rybałta z funkcji dyrektora anteny bez podania merytorycznych powodów tej decyzji. Niezrozumiałe dla pracowników stacji były także kolejne decyzje powołania na szefa PRdZ Marka Cajznera a na jego zastępcę Rafała Kiepuszewskiego. Po informacjach, że nowy szef kanału zawiesił kierownika redakcji ukraińskiej Wiktora Benia, jej pracownicy wystosowali list otwarty zarzucając Cajznerowi „podejmowanie decyzji godzących w interesy Polskiego Radia na Ukrainie i polską rację stanu”.
 

„Dziennikarze PRdZ, którzy nie chcieli się godzić na ograniczanie nadawania programów skierowanych do odbiorców na Wschodzie, czują się zastraszani. Są przekonani, że zwolnienia dokonywane przez kierownictwo spółki miały charakter czystek politycznych”.

„Protestowali nie tylko oni. Ostrzeżenia przed likwidacją audycji dla Polaków na Wschodzie zataczały szersze kręgi i docierały do MSZ, w tym wiceministra Jana Borkowskiego. Polskie Radio ma z resortem umowę, która obliguje nadawcę publicznego do nadawania audycji dla rodaków żyjących na terenie dawnego ZSRR; wszystko to - bez żadnej reakcji resortu. Podobnie było z listami w sprawie ograniczania nadawania audycji kierowanymi do ministra Radosława Sikorskiego”.

„W styczniu i w lutym br. Polacy z terenów regionu pińskiego na Białorusi nie mogli odbierać audycji Polskiego Radia. Dyrektor PRdZ Marek Cajzner, jak i jego zastępca Rafał Kiepuszewski i sekretarz programu Alicja Duraj, twierdzili zgodnie, że audycje są transmitowane”.

„Nie doczekało to się żadnej reakcji ze strony MSZ. Nawet, gdy podczas spotkania z Borkowskim Polacy mieszkający na Białorusi wykazywali, że jest inaczej, niż twierdzą przedstawiciele Radia. Wiceszef MSZ uspokajał jedynie, że programy będą nadawane w przyszłośc”.

Co na to władze Polskiego Radia? „Niezależna.pl zapytała o zaprzestanie nadawania audycji polskich na Białorusi dyrektora Cajznera. – Wygląda na to że były przerwy – stwierdził Cajzner. Dodał, że sprawa jest wyjaśniana z kontrahentem, z którym podpisano umowę na nadawanie. – Jest to dokładnie ten sam nadawca, który nadawał w poprzednich latach. Bardzo trudno dojść z nim do porozumienia. Na Ukrainie w ogóle jest ciężko się porozumieć – mówił o negocjacjach dyrektor . Stwierdził też, że przerw w nadawaniu mają być zrekompensowane dodatkowym czasem antenowym dla polskich audycji”.

„Nie wiadomo, czy ze wspomnianego pośpiechu w podpisywaniu umowy z ukraińską Erą, że nie zagwarantowano również by nazwa ery informowała, że na antenie nadawane są audycje Polskiego Radia. Występują one pod nazwą „Polsza” nie informującej o rozgłośni, w której powstały. – Nie wiem jak nazywa się to pasmo, ale jeśli jest istotnie taka nazwa, trzeba będzie zwrócić Erze na to uwagę – skwitował to w rozmowie z nami Marek Cajzner”.

Czytaj:

niezalezna.pl/8655-dla-kogo-nadaje-polskie-radio

opr. tor

 


Król nie chce ugody

Czy były wydawca "Wprost" zapłaci córce Cimoszewicza 5 mln dol. odszkodowania? – zastanawia się „Dziennik Gazeta Prawna” (za PAP) i informuje: „Jest możliwość ugody w sprawie o uznanie przez polski sąd wyroku sądu w USA, który zasądził 5 mln dolarów odszkodowania od "Wprost" za zniesławienie Małgorzaty Cimoszewicz-Harlan, córki b. premiera Włodzimierza Cimoszewicza”.

„W środę przed Sądem Okręgowym w Warszawie zaczął się precedensowy proces o uznanie wykonalności wyroku amerykańskiego sądu w Polsce. Oznaczałoby to konieczność zapłaty przez b. wydawcę tygodnika i jego b. naczelnego Marka Króla takiego odszkodowania - normalnego w USA, a niespotykanego w Polsce. Będą się toczyć negocjacje adwokatów powódki z b. wydawcą "Wprost"; Król nie weźmie w nich udziału”.

„Proces w USA dotyczył artykułu tygodnika z 2005 r. pt. "Konspiracja Cimoszewiczów". Autor Jan Fijor oskarżył w nim mieszkającą w USA córkę Cimoszewicza i jej rodzinę o rzekome nadużycia finansowe w związku z zakupem za pośrednictwem ojca akcji PKN Orlen. W 2005 r. Cimoszewicz-Harlan i jej mąż Russell Harlan zaskarżyli "Wprost" - początkowo do sądu w Karolinie Południowej, gdzie mieszkają, a następnie do sądu w Chicago. W 2009 r. media podały, że ława przysięgłych w Chicago orzekła, że informacje tygodnika były nieprawdziwe i znieważyły powodów. Zasądzono 5 mln dolarów odszkodowania”.

„Po informacji o tym wyroku w polskich mediach wskazywano, że tak wysokie odszkodowanie oznaczałoby ruinę dla tygodnika. Podkreślano, że by przełożyć wyrok zagranicznego sądu na polski system prawny, trzeba wszcząć postępowanie o uznanie wykonalności wyroku w Polsce; nie dotyczy ono już meritum sporu, tylko kwestii formalnych. Strona, dla której wyrok był niekorzystny, zwykle dowodzi przed polskim sądem, iż obcy sąd nie miał legitymacji prawnej do rozpatrzenia sporu i dlatego jego wyrok nie może być uwzględniony. Do czasu decyzji polskiego sądu zagraniczny wyrok nie jest wykonalny”.

„Wnioskodawczyni (której nie było w środę w sądzie) wnosi o nadanie klauzuli wykonalności całemu wyrokowi z USA. Jej pełnomocnik mec. Maciej Jóźwiak powiedział sądowi, że rysuje się szansa na jej ugodę z Agencją Wydawniczo-Reklamową (ówczesnym wydawcą "Wprost") i poprosił o odroczenie sprawy na czas negocjacji ugodowych. Według Jóźwiaka, jest szansa na "zaspokojenie roszczeń" jego mocodawczyni. Drugi uczestnik postępowania Marek Król oświadczył, że nie widzi możliwości ugody i nie przyłączy się do rozmów ugodowych, o których dowiedział się na sali sądu”.

Czytaj więcej:

www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/502852,czy_byly_wydawca_wprost_zaplaci_corce_cimoszewicza_5_mln_dol_odszkodowania.html

opr. tor

 


Kolejne zatrzymanie Poczobuta

Korespondent "Gazety Wyborczej" i działacz nieuznawanego przez władze w Mińsku Związku Polaków na Białorusi Andrzej Poczobut został zatrzymany w Grodnie. Jak poinformował, jest wieziony do prokuratury – o kolejnym zatrzymaniu Poczobuta informuje „GW”.

„Poczobuta zatrzymano, gdy miał jechać do Mińska, by wziąć udział w połączeniu z przedstawicielstwa Komisji Europejskiej przez telełącze z delegacją Parlamentu Europejskiego ds. Białorusi”.

„Na posiedzeniu delegacji dziennikarz "GW" miał opowiedzieć o sprawie, którą wszczęła w związku z jego publikacjami prokuratura obwodowa w Grodnie. Poczobut jest podejrzany o znieważenie prezydenta Białorusi w tekstach z lat 2010-11 opublikowanych m.in. w "Gazecie Wyborczej". Za znieważenie głowy państwa grozi kara do dwóch lat pozbawienia wolności”.

„Poczobut ocenił, że zatrzymanie go w tym momencie to próba zablokowania jego udziału w telemoście”.

Czytaj więcej:

wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,9389702,Andrzej_Poczobut_znow_zatrzymany_w_Grodnie.html

Opr. tor

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl