Prokuratura zmienia stosunek do przecieków
Warszawska prokuratura umorzyła pierwsze dwa z kilku śledztw o przecieki ze sprawy smoleńskiej. Bo śledztwu smoleńskiemu nie zaszkodziły. A dziennikarze mają prawo do ujawniania informacji w sprawach ważnych dla opinii publicznej – informuje Bogdan Wróblewski w „Gazecie Wyborczej”.
Tak wynika z umorzeń dwóch śledztw przeciekowych. Nowy trend w prokuraturze? Zamiast ścigania docenienie społecznej roli dziennikarzy? – zapytuje dziennikarz „GW”.
Jedno śledztwo dotyczy publikacji Macieja Dudy na portalu tvn24.pl, drugi fragmentów książki Michała Krzymowskiego i Marcina Dzierżanowskiego, jakie ukazały się we „Wprost”. Duda ujawnił część „ekspertyzy biegłego Rosyjskiego Centrum Ekspertyz Sądowo-Medycznych z identyfikacji ofiar katastrofy z 10 kwietnia 2010 r.”. Natomiast „Wprost” „przedrukowało fotokopie kilku dokumentów i fragmenty zeznań. Jak obliczyła prokuratura - ponad 30 świadków”.
W tej ostatniej sprawie prokuratura wojskowa wydała ostry – jak nazywa go Bogdan Wróblewski – komunikat: „ Opublikowanie niezweryfikowanych jednoznacznie, wybranych ustaleń śledztwa, nie tylko w sposób negatywny rzutuje na jego bieg czy też dezinformuje opinię publiczną (...) zawarte w artykule niektóre stwierdzenia stanowią de facto wskazanie osób rzekomo winnych katastrofy, jeszcze przed zakończeniem pracy organów państwa".
Cytowana przez „GW” Monika Lewandowska, rzecznik prokuratury, twierdzi:” - Nie stwierdzono, by te publikacje w jakikolwiek negatywny sposób wpłynęły na przebieg śledztwa wojskowej prokuratury”.
„W uzasadnieniu umorzenia prokurator Arkadiusz Dura napisał, że po publikacji "Wprost" żaden z wymienionych w tekście świadków nie odmówił zeznań. Nie spowodowała ona żadnej innej szkody w śledztwie smoleńskim".
Ale najważniejsze jest to, że prokuratura w ocenie przecieków dokonała zwrotu o 180 stopni, gdyż „dostrzegła społeczną rolę dziennikarzy”.
Bogdan Wróblewski pisze: „W obu umorzeniach można doczytać się zrozumienia dla roli dziennikarzy, a zwłaszcza dziennikarzy śledczych. Prokurator przywołuje art. 1 prawa prasowego, który stanowi o tym, że prasa "urzeczywistnia prawo obywateli do ich rzetelnego informowania, jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki". Odwołuje się do orzecznictwa Trybunału w Strasburgu na ten temat. W końcu podkreśla wyjątkowe zainteresowanie opinii publicznej śledztwem smoleńskim. I w tym kontekście widzi rolę dziennikarzy śledczych, ich prawo do własnych poszukiwań, równoległych do śledztwa prokuratury. Pisze wprost, że Krzymowski i Dzierżanowski kierowali się chęcią odsłonięcia nieznanych kulis śledztwa smoleńskiego. I nie jest to motywacja zasługująca na potępienie”.
Czytaj więcej:wyborcza.pl/1,75248,9492560,Prokuratura__Szacunek_dla_dziennikarzy.html
Opr. tor
Jacek Żakowski o szacunku dla pani poseł
W dzisiejszej „Gazecie Wyborczej”, w felietonie „Szacun, Pani Poseł” Żakowski przypomina wypowiedź posłanki Iwony Śledzińskiej – Katarasińskiej w rozmowie na łamach „Rzeczpospolitej” z Małgorzatą Subotić. Oceniając ostatnie wybory do RN i zarządu TVP posłanka powiedziała: „Przegrałam na całej linii”.
Jacek Żakowski komentuje tę ocenę następująco: „Chciałoby się powiedzieć: 'Pani poseł, niech się pani nie martwi. Świat się jeszcze nie kończy. Życie toczy się dalej'. Ale mam wrażenie, że tym razem już tak mówić nie ma powodu”.
Zdaniem autora felietonu w GW, Śledzińska – Katarasińska „wybrała taki wariant nowelizacji ustawy medialnej, który mimo pozorów nowości (wskazywanie kandydatów do rad nadzorczych przez uczelnie akademickie) w czytelny od początku sposób zmierzał do zachowania status quo (bo wyboru dokonywała upartyjniona Krajowa Rada). Istotą tej nowelizacji było odebranie mediów publicznych PiS-owi przy utrzymaniu zasady partyjnej kontroli i obowiązującej od dawna reguły traktowania ich przez polityków jak łupu - zdobycznej broni, za pomocą której jedne partie dokładają innym”
Żakowski pisze, że zmarnowano szansę na odpartyjnienie mediów, mimo, iż jeszcze rok temu poważnie dyskutowano o dającym taką możliwość projekcie przygotowanym na zlecenie Kongresu Kultury przez Komitet Obywatelski Mediów Publicznych.
Ów projekt – stwierdza Żakowski – nie doczekał się uczciwej debaty, albowiem „zamiast niej zafundowano mu klasyczny czarny PR, wmawiając opinii publicznej oderwane od rzeczywistości kłamstwa. Tłumaczono, że jest to "skok na media", "ustawa producentów", "tworzenie Bizancjum", choć nad projektem pracowali przedstawiciele kilkudziesięciu organizacji społecznych, a koszty administracyjne byłyby znacznie niższe niż teraz”.
Puenta felietonu wskazuje na rolę pani poseł w przygotowaniu i przeforsowaniu nowelizacji ustawy medialnej – autor pisze: „Stało się dokładnie to, co zostało zaprojektowane w ustawie, którą pani przeforsowała. Niesione przez projekt społeczny ryzyko uobywatelnienia mediów udało się pani oddalić. W nowym rozdaniu pani partia ma dużo do powiedzenia. A przecież o to chodziło! Czyli pani akurat ma sukces. Głowa do góry. I szacun, jak mówi młodzież”.
Więcej czytaj: wyborcza.pl/1,75968,9492786,Szacun__Pani_Posel.html
opr. mp
Trudna i nudna lekcja historii
„Ułani oraz ich żony i kochanki w nieustającej żałobie – nowe polskie seriale historyczne są bezgranicznie smutne” – czytamy w najnowszym numerze tygodnika „Newsweek”. Cezary Michalski analizuje w artykule „Wojna i nuda” współczesne historyczne produkcje („Czas honoru” i „1920. Wojna i miłość”), które jego zdaniem, nie przypominają w niczym opowieści w klimacie płaszcza i szpady serwowanych w „Czterech pancernych i psie” czy „Stawce większej niż życie”.
„Z bólem trzeba przyznać, że PRL-owskie produkcje z gatunku płaszcza i szpady były znacznie lepsze” – pisze Michalski. „Czas honoru” i „1920. Wojna i miłość” to Sienkiewicz pozbawiony Zagłoby (…) Kompletnie wyprany z humoru, który pozwalał bez bólu oglądać nie tylko „Przygody pana Michała” lecz także Gustlika w „Czterech pancernych” (…) Na tym tle oba sztandarowe seriale telewizji publicznej są bezgranicznie smutne. (…) Oba seriale wyjątkowo dobrze pasują do posmoleńskiej Polski, gdzie o klimacie społecznym decyduje martyrologia zaprawiona jadem” – diagnozuje publicysta „Newsweeka”.
Zdaniem Michalskiego problemem współczesnych produkcji historycznych jest nieodpowiedni dobór aktorów i ich przyzwyczajenie do kreacji sprzed lat. Razi też brak odnalezienia się odtwórców ról w rekonstruowanych realiach. „Historia ich przerasta. Jej twórcami są w tych filmach Rosjanie, Niemcy, czasem alianci; Polacy są jedynie bezradnymi ofiarami. Żyją w grupie koleżeńskiej, czasami w rodzinie, ale w historii świadomie i podmiotowo w ogóle starają się nie uczestniczyć” – pisze Michalski.
Zdaniem publicysty w polskich serialach brak jest miejsca na humor i śmianie się z narodowych niedoskonałości. Nie ma też przestrzeni do głębszej analizy wydarzeń historycznych. „Wygląda na to, że jeśli ktoś traktuje swoją historię poważnie, to umie z niej także szydzić. Jeśli jednak w stosunku do własnej historii stać go wyłącznie na seriale płaszcza i szpady, jeżeli czuje się tylko ofiarą historii tworzonej za niego i dla niego przez innych (…) wówczas nie może sobie pozwolić na najbardziej nawet niewinny żart ze swoich osiągnięć czy klęsk” – czytamy w najnowszym wydaniu „Newsweeka”.
Co zatem zrobić, żeby polskie seriale przeszły od smutnych opowieści zamierzchłych czasów w ciekawe historie sprzed lat? Zdaniem Cezarego Michalskiego trzeba nie tylko odejść od obowiązującej konwencji produkcyjnej, ale też zmienić spojrzenie Polaków na własną historię.
Więcej: na stronach 96-99 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek” w tekście „Wojna i nuda” Cezarego Michalskiego.
Opr. OG
Szybkość kosztem rzetelności
„Dziennikarze urośli do roli mędrców i każdego dnia muszą mieć coś do powiedzenia. Informacja – rozumiem, ale opinia ważna jeden dzień to nonsens” – alarmuje na łamach nowego wydania tygodnika „Wprost” Marcin Król. Założyciel „Res Publiki” w swojej cotygodniowej rubryce porusza temat zaniku tworzenia rzetelnej, pełnej informacji na rzecz gorącego, sensacyjnego newsa.
Zdaniem Króla obywatel jest dobrze poinformowany dopiero wtedy, kiedy równocześnie zadziałają dziennikarstwo śledcze i monitorujące. Obok wiadomości muszą pojawić się, zdaniem publicysty, analityczne wnioski. „Dziennikarstwo śledcze ogranicza się do poszukiwania haków na polityków, a dziennikarstwa monitorującego w ogóle nie ma” – autor diagnozuje sytuację w Polsce. „Dziennikarstwo (prasowe czy telewizyjne) monitorujące wymaga nie tylko nakładu pracy, ale także wiedzy, której na ogół tak zwanym adeptom sztuki dziennikarskiej brakuje. (…) Rozumiem potrzeby stacji komercyjnych, jednak skąd media wiedzą, że obywatel woli ciągle nowe i ciągle sensacyjno-śledcze niepogłębione wiadomości – zastanawia się na łamach „Wprost” Król.
Publicysta w rubryce „Ad rem” ubolewa nad niską jakością współczesnego dziennikarstwa, obecnego zwłaszcza w telewizji publicznej. Zdaniem Króla w Polsce „fachowość nie jest w cenie”, a pracuje się według prostego schematu: „(…) szybkość i zdolność zamknięcia gęby rozmówcy po możliwie najkrótszym czasie” – to zdaniem autora obowiązujący standard zawodu dziennikarskiego.
Razi, zdaniem Króla, pomijanie ważnych wydarzeń, które dzieją się równocześnie do „newsa dnia”. Prowadzi to, według publicysty „Wprost”, to ogłupiania obywateli. „Bez tej wiedzy dziennikarze są głupi, a w konsekwencji my także. A przecież chyba nie o to w całym interesie medialnym chodzi? Ja nie narzekam, ja proszę, błagam – więcej analizy, mniej sensacji! – apeluje w najnowszym wydaniu tygodnika Marcin Król.
Więcej: na stronie 38 najnowszego wydania tygodnika „Wprost” w tekście „Dziennikarze, chcemy wiedzieć!” Marcina Króla.
Opr. OG
Kwiatkowski z Czarzastym ograli Tuska?
Nie ustają spekulacje wokół nowych władz TVP. Do dyskusji publicznej na ten temat włączył się także dziennik Polska The Times. Powołując się na anonimowych „rozmówców z Wiejskiej” Joanna Miziołek pisze: „ to ostateczny etap zawiązania koalicji między ludźmi kojarzonymi z obozem prezydenta a tymi kojarzonymi z lewicą” i - co najważniejsze – „w TVP pozbawione jakiegokolwiek wpływu na kształt telewizji zostały osoby sympatyzujące z premierem”.
„- Z moich obserwacji wynika, że wiele programów jest pozytywnych dla PO, ale przeciwko Tuskowi. To efekt walk frakcyjnych w partii - mówi nasz informator z lewicy. Jego zdaniem Bronisław Komorowski i Grzegorz Schetyna są o wiele bardziej przychylnie nastawieni do nawiązywania relacji z SLD. I zapewne dlatego, zdaniem naszych rozmówców, to lewica objęła prawie wszystkie kluczowe stanowiska w mediach publicznych. Wyjątki to przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Jan Dworak i prezes TVP Juliusz Braun - a to osoby znane z dobrych relacji z prezydentem”.
„- Platforma ugrała mniej w mediach, bo nie są tak sprawni organizacyjnie jak my. Poza tym nie mają swoich ludzi, którzy mieliby tak duże doświadczenie medialne jak nasi - mówi nasz informator. "Nasi", czyli kto? Na to pytanie śpieszy z odpowiedzią inny rozmówca. - Ze strony lewicy głównymi rozgrywającymi w mediach są niezmiennie Robert Kwiatkowski i Włodzimierz Czarzasty – twierdzi”.
Czytaj więcej: www.polskatimes.pl/stronaglowna/396409,tusk-bez-wplywu-na-tvp-jak-lewica-z-prezydentem-ograla-po-w,id,t.html
opr. tor
Handlujesz w Internecie? Płać podatek!
Osoby, które sprzedają różne rzeczy na portalach internetowych, to łatwy i łakomy kąsek dla urzędu skarbowego. Często nie wiedzą, że muszą płacić podatek – przypomina o tym „Rzeczpospolita”.
Urzędy skarbowe dokładnie analizują dochody uzyskiwane z tytułu sprzedaży internetowej.
Potwierdza to radca prawny Elżbieta Mucha: „– Ostatnio wzrosła liczba kontroli podatkowych w tym zakresie”.
Jak to jest w przypadku sprzedaży w Internecie książek? Radca prawny Beata Kuczek-Maruta z krakowskiej kancelarii Kuczek-Maruta wyjaśnia: „jeśli sprzedaż jest okazjonalna, obejmuje książki kupione lub otrzymane ponad pół roku wcześniej i o wartości do 1 tys. zł łącznie, nie ma podatku. Od sprzedaży pojedynczej książki za więcej niż 1 tys. zł kupujący będzie musiał zapłacić podatek od czynności cywilnoprawnych w wysokości 2 proc. ceny”.
„– U sprzedającego natomiast podatek dochodowy może się pojawić w razie sprzedaży książek relatywnie nowych – tłumaczy Beata Kuczek-Maruta. Jeżeli nie minęło jeszcze sześć miesięcy od końca miesiąca, w którym nastąpił zakup, sprzedaż jest opodatkowana na zasadach ogólnych”.
„Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy podatnik sprzedaje częściej. Działanie takie może być uznane za prowadzenie ukrytej działalności gospodarczej z konsekwencjami karnymi skarbowymi włącznie”.
Czytaj więcej:
www.rp.pl/artykul/6,648772-Handlujesz-w-Internecie----uwazaj-na-fiskusa.html
opr. tor
Polskie Radio cenzuruje artystów
Pisze o tym w najnowszym „Newsweeku” Robert Ziębiński. Przytacza przykład jednej rozgłośni, która nie puściła piosenki z powodu słowa „porzygał”. Powiedział o tym sam wykonawca piosenki. Od Muńka Staszczyka autor artykułu dowiedział się o innych perypetiach artystów. Rozmowa ta uświadomiła mu, „że dożyliśmy dziwnych czasów, w których nie istnieje instytucja cenzury, mamy wolność słowa i przekonań, a mimo to nie jakość muzycznego produktu się liczy, lecz jego trudna do zdefiniowania poprawność”. Autor tekstu w dzisiejszym „Newsweeku” wyciąga też wniosek, że cenzura ma się całkiem dobrze. Muzycy skazani są na dobry lub zły humor dyrektorów muzycznych stacji.
W dalszej części artykułu Ziębiński przybliża m.in. historie utworów Maćka Maleńczuka i Sylwii Wiśniewskiej, której piosenki „12 łez” nie chciało grać żadne polskie radio.
Autor porównuje polski rynek z brytyjskim, gdzie można znaleźć większość nowości i posłuchać zarówno alternatywnych debiutantów , jak i gwiazd pop. W Polsce jest inaczej. - Smutne, bo w wolnej Polsce moglibyśmy mieć już pierwsze pokolenia wolnych ludzi wychowanych na wolnej muzyce – podsumowuje Ziębiński w artykule „Radiopapka dla mas”.
Czytaj: „Newsweek”, 17/2011 z dnia 1.05.2011.
opr. mp
Kosztowny sygnał cyfrowy
„Super Express” straszy emerytów, że rząd odbierze im telewizję. Strachy na lachy? Niezupełnie. Gazeta zwraca uwagę na planowaną przez Ministerstwo Infrastruktury cyfryzację telewizji. „Aby móc odbierać nowy rodzaj sygnału telewizyjnego” trzeba będzie wymienić „telewizory na nowe, albo zakupić specjalne dekodery, których ceny wahają się od 300 do 500 zł”.
Projekt ustawy o wdrożeniu naziemnej telewizji cyfrowej zakłada, że 31 lipca 2013 roku nie będzie już możliwości odbioru telewizji analogowej. Sygnał cyfrowy wymusza Unia Europejska. Już dziś wykorzystuje go większość telewizji kablowych i platform cyfrowych, ale ci, którzy mają antenę naziemną i stary typ telewizora nie będą mogli odbierać sygnału. „Super Express” szacuje, że nowej telewizji nie będzie mogło odbierać „kilkanaście milionów telewizorów”. Aby działały, trzeba dokupić dekoder za 300-500 zł. „-To jakiś koszmar” – komentuje dla gazety Elżbieta Arciszewska, kierująca Polskim Związkiem Emerytów, Rencistów i Inwalidów.
Czytaj więcej:
www.se.pl/wydarzenia/kraj/emerycie-zabiora-ci-telewizje_182237.html
opr. tor
