Kto pracuje w Internecie
Ile osób zawodowo zajmuje się w Polsce Internetem? – zastanawia się Grażyna Raszkowska w „Rzeczpospolitej”. Według ostrożnych szacunków przedstawicieli branży internetowej - kilkanaście tysięcy, ale prawdopodobnie jest ich znacznie więcej.
Kilkadziesiąt zawodów i specjalności wykonuje się w bezpośrednim związku z Internetem stale. To już nie tylko „tworzenie stron internetowych, grafiki, czy rozwój handlu w sieci (e-commerce)”, ale także „pozycjonowanie witryn internetowych, marketing emailowy, marketing mobilny, e-learning, hosting ( usługa polegającą na stałym udostępnianiu stron internetowych, poczty e-mail i kont w sieci) , czy tworzenie treści dla specjalistycznych portali”.
„— W klasyfikacji zawodów przygotowywanych przez Ministerstwo Pracy są takie zawody jak np. zdun, którego dziś naprawdę trudno na rynku pracy znaleźć, za to nie ma co najmniej połowy tych zawodów, które dotyczą branży internetowej - zauważa Cezary Kaźmierczak, szef Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, do którego należy wiele firm specjalizujących się m.in w e-commerce, marketingu internetowych czy internetowych usługach reklamowych. Kaźmierczak podkreśla, że to jeszcze zupełnie „niepoliczona" branża, która cały czas się tworzy”.
Czytaj więcej:
www.rp.pl/artykul/67344,652249-Wszyscy_ludzie_Internetu.html
opr. tor
Kęskrawiec o Ziętarze
O sprawie Jarosława Ziętary trzeba regularnie i głośno krzyczeć. Tym razem w „Tygodniku Powszechnym” zabrał głos Marek Kęskrawiec. „Potrzeba było ponad 18 lat, aby środowisko dziennikarskie zaczęło się głośno domagać wyjaśnienia sprawy tajemniczego zaginięcia poznańskiego reportera Jarosława Ziętary” - zauważa.
„To niewątpliwy sukces jego dwóch kolegów: Krzysztofa Kaźmierczaka i Piotra Talagi, którzy niezłomnie walczyli, by o sprawie nie zapomniano. Kiedy jesienią 2008 r., jeszcze jako dziennikarz „Newsweeka”, poszedłem tropem ich ustaleń i napisałem duży tekst o Ziętarze, wielu kolegów po piórze pukało się w głowy i mówiło, że wierzę w spiskowe teorie. Dziś na ten sam temat pojawiają się dziesiątki publikacji, a Ziętara przedstawiany jest jako zamordowany wybitny dziennikarz śledczy i autor tekstów o największych polskich aferach. Tymczasem Jarek był młodym, inteligentnym, dobrze zapowiadającym się reporterem i jeśli go zabito, to za to, co planował napisać, a nie za to, co już zrobił. Nie trzeba dodawać mu fałszywego splendoru, by domagać się wyjaśnienia jego prawdopodobnej śmierci”.
„Ziętara wyszedł z domu 1 września 1992 r. i słuch o nim zaginął. Początkowo policja przyjęła wersję, że reporter popełnił samobójstwo albo wyjechał za granicę. Powodem miał być głęboki zawód miłosny. Jednak ciała nigdy nie znaleziono, a wyjazd na kilka dni przed wypłatą też wydawał się mało logiczny, zwłaszcza że chłopak nie był majętny i zostawił w domu paszport. Później zaczęły się pojawiać coraz dziwniejsze teorie. Ówczesny komendant poznańskiej policji sugerował, że Ziętara został zwerbowany przez UOP i pracuje za granicą. Znaczyłoby to, że tajne służby zatrudniły 24-latka, zmieniły mu tożsamość i wysłały w świat. To absurd. A jednak wątku UOP nie da się całkiem wykluczyć. Jest niemal pewne, że przed śmiercią funkcjonariusze tej służby interesowali się Ziętarą, on sam zwierzał się z tego kolegom i ojcu. Do prokuratury dotarły też anonimy, że chłopak zginął, bo trafił na trop afery kryminalnej z udziałem tajniaków. Podobne sygnały otrzymywali krewni dziennikarza w anonimowych telefonach”.
„W końcu pojawił się wątek zabójstwa na zlecenie, którego miał dokonać znany poznański bandzior. Zrobił to rzekomo na zlecenie biznesmena, którego interesy tropił Ziętara. Swoim czynem pochwalił się nawet kolegom z celi (siedział za próbę innego zabójstwa). Niestety, podczas przesłuchania wyparł się wszystkiego. Dziś wiemy, że przed wizytą śledczych ktoś go ostrzegł”.
„W tej sprawie jest wiele tajemnic. Sami koledzy Ziętary przyznają, że niektóre podrzucane im tropy wyglądały tak, jakby umyślnie chciano oddalić ich od prawdy. Kiedy dwa i pół roku temu przyjechałem do Poznania, szefowie tamtejszej prokuratury w ostatniej chwili odmówili mi zgody na rozmowę ze śledczym, który w 1998 r. bardzo dynamicznie prowadził wątek zabójstwa na zlecenie – choć on sam zgodził się na spotkanie ze mną. Do dziś utajniona pozostaje też spora część akt. Jeśli sprawa Ziętary nie ma utknąć na wieki w mrokach teorii spiskowych, trzeba odważnej decyzji na szczytach Prokuratury Generalnej o wznowieniu śledztwa i przekazaniu go poza Poznań”.
czytaj: tygodnik.onet.pl/0,62843,smierc_dziennikarza,komentarz.html
opr. tor
Czytelnicy jak partia
„Katastrofa smoleńska tchnęła życie w „Gazetę Polską”. Mamy swoje pięć minut i nie zamierzamy ich zmarnować – mówi jej naczelny i nieformalny przywódca ruchu IV RP Tomasz Sakiewicz” – czytamy w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka”. Cezary Łazarewicz w tekście „Partia GP” opisuje kluby istniejące jako integralny składnik pisma Sakiewicza i renesans, jaki „GP” przeżywa od czasu 10 kwietnia 2010 r.
„Pierwszy klub „GP” powstał 6 lat temu i jest nierozerwalnie związany z osobą redaktora Sakiewicza” – pisze Łazarewicz. „Do obowiązków klubowiczów należało dbanie o interes narodowy, suwerenność i krzewienie patriotyzmu, co w działaniu objawiało się zwracaniem uwagi na odpowiednie wyeksponowanie w kiosku „Gazety Polskiej”” – wspomina wcześniejsze lata działalności klubów. Dodaje też, że w interesie zgromadzeń było piętnowanie komunistycznych zbrodniarzy, dekomunizowanie ulic i uczestnictwo w procesach wytyczanych Sakiewiczowi przez wrogów gazety.
W artykule „Pratia GP” Łazarewicz opisuje niektóre z klubowych spotkań. Wspomina wystąpienie publicysty – Stanisława Michalkiewicza, który stojąc „między drewnianym Chrystusem a portretem Jana Pawła II” w Skarżysku Kamiennej, tłumaczył dzieje Polski najnowszej, o których nie można przeczytać w gazetach głównego nurtu. Michalkiewicz, pytany o ratunek dla zgnębionej przez Unię Europejską Polski, odpowiada: „Zabić ich albo przekonać do naszych racji” – czytamy w „Polityce”.
Cezary Łazarewicz przypomina też historię „Gazety Polskiej” od czasów, kiedy nie kierował nią jeszcze Tomasz Sakiewicz, aż do teraz, gdy – zdaniem publicysty – jest ona „tubą propagandową Prawa i Sprawiedliwości”. Wspominając dawne czasy, Łazarewicz powołuje się na wypowiedź byłego dyrektora artystycznego „GP” Krzysztofa Hejke: „ (…) w redakcji panowała zwykle atmosfera podejrzliwości. Rozmawiano o spiskach, podsłuchach, inwigilacji dziennikarzy, próbach zamachów, a te dyskusje przenosiły się później do klubów” – czytamy w najnowszej „Polityce”.
Ostatnia część artykułu „Partia GP” poświęcona jest odrodzeniu się „Gazety Polskiej” po katastrofie smoleńskiej. „Gdyby ktokolwiek próbował zrekonstruować katastrofę smoleńską na podstawie tekstów „GP”, doszedłby do wniosku, że zamachu na życie prezydenta i posłów PiS (po z publikacji trudno się dowiedzieć, by lecieli jeszcze inni) dokonali wspólnie premierzy Tusk i Putin” – ocenia działalność gazety red. Łazarewicz. Pisze, że zmieniła się także funkcja klubów, które działają pod szyldem pisma Sakiewicza. „Kluby już dawno przestały być traktowane przez redakcję jako siły szybkiego reagowania (…) Dziś klubowicze wychodzą z pochodniami na ulicę, mają własnych idoli takich jak Jan Pietrzak i przywódców jak Tomasz Sakiewicz” – czytamy w nowym wydaniu „Polityki”.
Więcej w najnowszym wydaniu tygodnika „Polityka” w artykule „Partia GP” Cezarego Łaziewicza na stronach 26-28.
Opr. OG
Wzór medialny?
„Krytyk literacki, filozof, politolog, historyk, religioznawca, ekonomista, teoretyk idei, obrońca praw człowieka itd., itp., itd. „ – pisze w najnowszym wydaniu „Polityki” Ludwik Stomma. W swojej stałej rubryce felietonista przywołuje postać Bernarda-Henrey’ego Levy, którego w ironiczny sposób charakteryzuje.
Zdaniem Stommy, Levy jest idealnym odzwierciedleniem zapotrzebowań współczesnych masmediów. Bo dzisiaj szuka się, według felietonisty, osób, które znają się na kilku dziedzinach jednocześnie. „Obecny wszędzie, w środkach masowego przekazu, na wiecach, wytwornych przyjęciach (…) staje się w konsekwencji BHL autorytetem moralnym, za chwilę zaś doradcą najważniejszych ludzi w państwie, w tym prezydenta Sarkozy’ego” – opisuje Francuza Stomma.
Felietonista odziera jego osławioną postać z medialnego blasku. Pisze o ideologii, według której BHL żyje: „Sprowadza się ona do salonowej prawomyślności. Sartre jest modny, będę egzystencjonalistą, Sartre niemodny – nie mam z nim nic wspólnego. Prawa człowieka w Libii – już lecę, w Syrii – to bardziej skomplikowane, bo tam nie ma ropy naftowej. A wszystko to, żeby tylko przypodobać się publiczności” – czytamy w felietonie Ludwika Stommy.
Publicysta „Polityki” przekłada postać francuza na polski grunt i porównuje go z Tomaszem Terlikowskim, z którym wywiad ukazał się ostatnio w „Dużym Formacie” i do którego się odwołuje. Stomma pisze w nawiązaniu i do Levy’ego i do redaktora naczelnego frondy.pl: „Mógłbym wziąć jego poglądy pod uwagę, gdyby nie rozmywały się stale, pod gust publiki, w ciepłe kluchy z sosem, w założeniu strawne dla każdego”.
Stomma wspomina też prof. Jadwigę Staniszkis, która – zdaniem felietonisty – pełni służalczą rolę wobec ludzi pokroju przywoływanego w tekście Francuza. „Kręcąc intelektualną nić z tyloma supłami, że nikt już, a ona tym bardziej, nie dotrze do sedna, zostawia miejsce właśnie dla BHL-ów, którzy mają szybką i bezpośrednią receptę na wszystko, już, tu i teraz, i do usług, zaraz służą ideami nowymi” – komentuje w swoim felietonie Ludwik Stomma.
Więcej w felietonie Ludwika Stommy „BHL i JS” na stronie 88 najnowszego wydania tygodnika „Polityka”.
Opr. OG
