Walczą z chamstwem: „WPROST” po „Fakcie”
Po koncernie Ringier Axel Springer Polska, wydawcy „Faktu”, także tygodnik "Wprost" postanowił czasowo zablokował możliwość dodawania komentarzy pod materiałami redakcyjnymi w serwisie www.wprost24.pl – informuje na swojej stronie internetowej wydawca. Czasowo zablokowane są również fora funkcjonujące na stronie www.wprost24.pl.
„Decyzja wydawcy podyktowana jest faktem, iż nie zamierza on udostępniać łamów portalu Wprost24.pl autorom chamskich, wulgarnych i rasistowskich tekstów - czytamy w komunikacie.
Michał M. Lisiecki, prezes AWR "Wprost", wydawcy tygodnika "Wprost" wyjaśnia to tak:
„- To, co się dzieje na forach internetowych, nie różni się specjalnie od tego co się dzieje na stadionach. Jeżeli nadal będziemy przymykać na to oko, liczba negatywnych komentarzy będzie rosła, a powszechne przyzwolenie na chamstwo będzie powodowało, że niektórzy internauci nie będą mieli poczucia istnienia jakichkolwiek granic”. Dodaje, że „brak zahamowań użytkowników sieci to efekt panującej w niej anonimowości”.
Czytaj:www.wprost.pl/ar/243979/Wprost-walczy-z-chamstwem-w-internecie/
opr. tor
Empik kupił gry-online.pl
Grupa EMF, właściciel m.in. Empiku i Smyka, kupiła pakiet kontrolny właściciela serwisu gry-online.pl. Żadna ze spółek nie podaje wartości transakcji – informuje wyborcza.biz.
„To już drugi zakup właściciela Empiku w tym roku. W lutym EMF przejął 61 proc. akcji spółki e-Muzyka, największego gracza w dystrybucji muzyki cyfrowej na polskim rynku. Spółka miała też ochotę na Merlin.pl, największy internetowy sklep z książkami. Na fuzję nie zgodził się jednak Urząd Antymonopolowy. Dlatego EMF zadowolił się sprzedawcą e-booków i audiobooków Virtualo”.
„Gry-online to jeden z najpopularniejszych w internecie serwisów o tematyce gier. Istnieje na rynku od 11 lat i ma 3 mln unikalnych użytkowników miesięcznie”.
Czytaj:wyborcza.biz/biznes/1,101558,9570635,Empik_przejal_serwis_internetowy_gry_online_pl.html
opr. tor
Medal za „przełom w dziennikarstwie”
Założyciel demaskatorskiego portalu Wikileaks, Australijczyk Julian Assange, otrzymał złoty medal Fundacji Pokoju w Sydney za "wyjątkową odwagę w dążeniu do poszanowania praw człowieka" – poinformowało Radio TOK FM.
Dyrektor Fundacji Pokoju, afiliowanej przy Uniwersytecie w Sydney od 14 lat, prof. Stuart Rees powiedział: "Uważamy, że pan i Wikileaks doprowadziliście do przełomu w dziennikarstwie i w dziedzinie swobody informacji, a potencjalnie także w polityce".
Medal wręczono Assange'owi w Londynie, gdzie Australijczyk walczy w sądzie „przeciwko ekstradycji do Szwecji, gdzie zarzuca mu się przestępstwa seksualne”.
Przed Assange'em medal Fundacji Pokoju dostali: Nelson Mandela, Dalajlama XIV i japoński przywódca buddystów Daisaku Ikeda.
Czytaj:
www.tokfm.pl/Tokfm/1,103088,9574366,_Przelom_w_dziennikarstwie___Assange_dostal_australijska.html
opr. tor
Nie ma Saddama Husajna, a dziennikarze zagrożeni
Demokratyczne władze Iraku aresztują dziennikarzy i atakują demonstrantów z nie mniejszym zapałem niż dyktatorzy sąsiednich państw. 23 lutego o drugiej w nocy komandosi wtargnęli do biura Obserwatorium Wolności Dziennikarskiej w Bagdadzie. Skonfiskowali komputery, kamery, telefony, dokumenty, a nawet kamizelki kuloodporne i hełmy z napisem "prasa" – informuje „Gazeta Wyborcza”.
„- To był wyraźny sygnał, że mamy przestać wspierać dziennikarzy - mówił szef tej organizacji Ziad al-Adżili współpracownikom Human Rights Watch (HRW)”.
„Dwa dni później służby bezpieczeństwa aresztowały 300 dziennikarzy, prawników, artystów i intelektualistów, którzy tego dnia relacjonowali lub popierali protesty przeciw korupcji i nieudolności władz”.
„Od obalenia Saddama Husajna w 2003 r. Amerykanie przeznaczyli na rozwój irackich mediów co najmniej pół miliarda dolarów. Za te pieniądze powstała m.in. proamerykańska telewizja Al-Hurra, która miała być konkurencją dla Al-Dżaziry, ale okazała się fiaskiem. Media w oswobodzonym spod jarzma dyktatury Iraku nie dały się kontrolować i rozkwitły jak rośliny po deszczu na pustyni”.
"Przed wojną w Iraku było 14 gazet, obecnie jest ich ok. 150" - pisałem z Bagdadu cztery miesiące po wojnie. "Wszystkie gazety są krytycznie nastawione do Saddama Husajna i optują za demokracją. Różnią się za to co do tego, czy Amerykanie powinni odejść natychmiast, czy trochę później; czy są tak samo źli jak Saddam, czy jednak trochę lepsi...".
„W pierwszych latach największym zagrożeniem dla dziennikarzy były ataki Al-Kaidy i pogrobowców Saddama. Dziś jest nim demokratyczny, wspierany przez USA rząd. Irackie siły bezpieczeństwa są szkolone przez Amerykanów, także w zakresie wykorzystania mediów i internetu. HRW alarmuje, że irackie władze namierzają i prześladują internetowych krytyków”.
"Nawet przed lutowym wybuchem przemocy pogarszająca się sytuacja irackich mediów zwracała uwagę obserwatorów" - pisze w raporcie Sherry Ricchiardi, ekspert od mediów na Bliskim Wschodzie. Prześladowania trwają. Na początku kwietnia aresztowano m.in. Alę Nabila, szefa jednej z obywatelskich grup protestu. Związano mu ręce z tyłu i pobito go.
„Lokalna organizacja praw człowieka Metro Center w ciągu ostatnich dwóch miesięcy naliczyła 150 przypadków atakowania dziennikarzy w irackim Kurdystanie”.
Czytaj:
wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,9574007,Irak_knebluje_krytykow.html
opr. tor
Telewizja misyjna, nie misjonarska
Która partia rządzi w TVP? Jak zreformować Telewizję Publiczną? W jaki sposób ją finansować? Co powinno znaleźć się w ofercie programowej? Juliusz Braun, nowy prezes TVP odpowiada na te i inne pytania w rozmowie z Janiną Paradowską na łamach najnowszej „Polityki”.
Braun w „Rozmowie Polityki” przedstawia swoją wizję Telewizji Publicznej, mówi o reformach, które trzeba przeprowadzić, żeby stała się ona instytucja niekojarzoną z partiami politycznymi i uznaną przez odbiorców. „Jeżeli media publiczne maja istnieć, a ja uważam, że powinny, to mają sens tylko wtedy, kiedy będą inne niż komercyjne. Musza więc pokazać, czym się różnią w sferze programowej” – wyjaśnia prezes TVP. Dodaje, że trzeba przerwać „błędne koło”, które napędza działanie zasady: skoro nie ma pieniędzy, komercjalizujmy program. Braun wspomina też, że niezbędna jest scentralizowana odpowiedzialność na program, co w Telewizji Publicznej obecnie nie obowiązuje. „Zarząd (…) musi zdecydować się na zasadnicze zmiany organizacyjne, zmniejszenie liczby przeróżnych jednostek, które latami się tu rozbudowywały, dzieliły, rozmnażały, obrastały w dyrektorów, zastępców, doradców (…) Nie może być tak, jak to zapisano dotąd w różnych regulaminach, że każdy członek zarządu odpowiadał za jakąś antenę” – przekonuje w rozmowie z Janiną Paradowską prezes Telewizji Polskiej.
Juliusz Braun odpowiada też w wywiadzie „O telewizji misyjnej, a nie misjonarskiej” na pytania o strategię programową i wyjaśnia, że dla niego najważniejsza jest w telewizji integracja. „TVP ma być wspólnym przedsięwzięciem, a nie wyścigiem dyrektorów wyrywających sobie fragmenty rynku. Nie rywalizacja, ale koordynacja” – podkreśla. W kontekście misji publicznej prezes zastrzega: „Program ma być misyjny, a nie misjonarski”.
Janina Paradowska pyta prezesa również o model finansowania mediów publicznych, za jakim się opowiada. „Finansowanie musi być niezależne, więc za jakąś formę abonamentu, chociaż nie może on być samodzielną opłatą, ten model już nie wróci” – mówi na łamach „Polityki” Braun i dodaje, że jakimś pomysłem jest połączenie opłaty abonamentowej z licznikiem elektrycznym.
Paradowska i Braun podejmują też temat ośrodków regionalnych. Co, zdaniem prezesa, należałoby zmienić w oddziałach TVP, żeby ich programy mogły być eksponowane? W zasadzie wszystko – „od mebli i wyposażenia poczynając, a na osobach kończąc”. „Brak pieniędzy, ludzie nadzwyczaj marnie opłacani, umiejętności często słabe” – kwituje w „Polityce” Braun.
Janina Paradowska w rozmowie z prezesem Telewizji Polskiej pyta także o ewentualne zmiany personalne na antenie, jakich zamierza dokonać. Braun wyraża swoją opinię na temat powrotu Jana Pospieszalskiego na antenę. „(…) jest niewątpliwie osobowością telewizyjną i uważam, że powinien mieć program. Rozmawiałem z nim i jesteśmy blisko takiej decyzji” – wyjaśnia prezes.
Więcej w rozmowie Janiny Paradowskiej z Juliuszem Braunem „O telewizji misyjnej, a nie misjonarskiej” na str. 70-72 najnowszego wydania tygodnika „Polityka”.
Opr. OG
Być w sieci znaczy tworzyć język
Obecność milionów Polaków na portalach społecznościowych prowadzi do powstawania swoistego rodzaju internetowej łaciny. Prawdziwy język modyfikuje się na skutek przeniesienia się komunikacji międzyludzkiej do sieci – dowodzi raport o zatracaniu się wspólnej polszczyzny, który w nowym numerze drukuje „Polityka”.
12 milionów użytkowników Naszej Klasy, 10 milionów Facebooka, do tego YouTube, Twitter, My Space albo Flickr – „serwis społecznościowy określa naszą przynależność do pewnej grupy – tej, która komentuje rzeczywistość” – pisze w „Polityce” Bartek Chaciński. Na skutego tego komentowania rodzi się słownik polszczyzny aktualnie stosowanej, bo to właśnie w sieci znajduje się centrum językowych zmian jakie zachodzą w rodzimej mowie.
Chaciński przypomina kilka kluczowych słów, które współczesnemu użytkownikowi serwisów media social umożliwiają komunikację międzyludzką, czyli komunikacje w sieci, bo tam przeniosło się całe życie towarzyskie: „status”, „profil”, „album”, „ściana” i „post”. Autor stara się wytłumaczyć etymologię tych słów, sięgając do czasów starożytnego Rzymu i kwituje ironicznie: „Jeśli dodamy, że najważniejszym symbolem Facebooka jest uniesiony do góry kciuk, będziemy mieli pełny obraz wpływów starożytnego Rzymu w Internecie XXI w.”.
W artykule mowa również o słownikach społecznych, jakie tworzą internauci. Chaciński przypomina kwietniowy artykuł brytyjskiego „Guardiana”, który pisał o szybkości przenikania mowy wytworzonej przez sieć do języka codziennego i przejmowaniu przez słowniki internetowe funkcji książkowych zbiorów. „Przykład? Kiedy tylko media zajęły się sprawą staczającego się w alkoholowe i seksualne skandale aktora Charliego Sheena, Urban Dictionary (słownik języka angielskiego istniejący od 12 lat i mający coraz większy wpływ na rzeczywistość – red.) wprowadził nowe słowo „sheening”, opisujące kilkudniowe seksualno-alkoholowe ekscesy, często kończące się w szpitalu” – autor podaje jeden z przykładów opisanych w „The Guardian”.
Jaki wniosek płynie z internetowego słowotwórstwa, które tak łatwo przenika do realnego życia? Zdaniem Chacińskiego to sygnał, że „społeczność sieci próbuje przejąć kompetencje językoznawców – i nie jest bez szans”. Dodaje, że żaden redaktor papierowych wydań słowników potocznej polszczyzny nie obędzie się w swojej pracy od przewertowania zbiorów nowomowy, która rodzi się w sieci.
Więcej w artykule „Język 2.0” Bartka Chacińskiego na str. 20-22 najnowszego wydania tygodnika „Polityka”.
opr. OG
