Kobiety w mediach
Kobiety pojawiają się w mediach bardzo rzadko, a programy dotykające tematyki kobiecej stanowią zaledwie 1,8 proc. programów spośród monitorowanych audycji radiowych i telewizyjnych. Takie dane przedstawił dziś Kongres Kobiet, który przez 5 tygodni badał udział kobiet w 5 stacjach telewizyjnych i 4 stacjach radiowych – relacjonuje Radio TOK FM.
Prof. Małgorzatę Fuszarę niepokoi "pokazywanie w niepoważnym tonie bardzo poważnych problemów" dotykających kobiet. O co chodzi? Na przykład o "Seksaferę" w Samoobronie. „Jej zdaniem, sposób przedstawiania tej sytuacji "pokazywał próbę odjęcia podmiotowości kobiet, które są ofiarami przemocy seksualnej i zrobienia z tego jakiegoś rodzaju obyczajowej ciekawostki, a nie poważnego problemu"”.
Kongres Kobiet zanalizował 7 audycji radiowych (w tym "Salon polityczny Trójki", oraz "Śniadanie w Trójce") i 18 programów telewizyjnych. W sumie zaproszono do nich „ 885 osób, w tym tylko 129 kobiet, a aż 756 mężczyzn”. „Spośród wszystkich zaproszonych gości kobiety stanowiły tylko 14,6 proc., a jak podkreślają działaczki Kongresu Kobiet - w Polsce kobiet jest 52 proc., a tylko 48 proc. mężczyzn, dlatego proporcje te powinny się zmienić”.
Agnieszka Grzybek dostrzega, że "między partiami politycznymi zapanowała swoista konkurencja, to znaczy, ze dzięki tej debacie, którą rozpętał projekt ustawy parytetowej złożony przez Kongres Kobiet, ostatecznie przyjętej jako ustawa kwotowa, partie polityczne rzeczywiście poczuły, że to nie przelewki, że opinia publiczna się interesuje tym tematem".
Partie zaczynają więc rywalizować w stosowaniu parytetu. Na ich listach SLD znajdzie się co najmniej 40 proc. kobiet. „Prawo i Sprawiedliwość chce wśród pierwszych trójek na listach wyborczych umieścić przynajmniej po jednej kobiecie. PSL, podobnie jak PO chce by na pierwszych 5 miejscach pojawiły się przynajmniej 2 przedstawicielki płci pięknej. PJN zaś podkreśla , że będzie starała się umieszczać wysoko na listach swoich liderów - a wśród nich są głównie mężczyźni”.
Puenta jest przygnębiająca. „Ile kobiet pracuje na stanowisku dyrektora generalnego lub prezesa dużej firmy? Statystycznie: jedna na 50 mężczyzn”.
Czytaj:
www.tokfm.pl/Tokfm/1,103088,9651124,Problemy_kobiet_w_mediach__Albo_o_ciuszkach_albo_o.html
opr. tor
Władza w rękach celebrytów
Kto naprawdę rządzi polską polityką? Wcale nie politycy. Zdaniem Krzysztofa Czabańskiego to celebryci trzymają w rękach wajchę, którą ruszają w zależności od politycznych upodobań. Zmiana położenia wajchy równa się, zdanien Czabańskiego, zmianie politycznej atmosfery w kraju.
„ W zależności od, nazwijmy to, stanu uczuć >>grupy trzymającej władzę<<, media dyktują nam kogo lubimy, a kogo nie. Kto jest dobry, europejski, a kto jest faszystą, antysemitą i barbarzyńcą” – czytamy w nowym wydaniu „Uważam Rze”. Jak pisze Czabański, przekazy te nie płyną wcale z informacyjnych czy publicystycznych programów. „Mówią to celebryci występujący w różnego rodzaju talk-show: Meller, Wojewódzki, Majewski, Miecugow, Lis i tego rodzaju bractwo. Ludzie w większości bardzo inteligentni i świadomi tego, w czym biorą udział. Z dziennikarstwem nie mają oni nic wspólnego, jednak trzymają rząd dusz” – ocenia Krzysztof Czabański.
Zdaniem publicysty, poszczególne stacje kreują swoich politycznych faworytów i osiągają dzięki temu dwa cele – całkowitą dowolność w kreowaniu rządu i wyrastanie na pozycję silniejszego niż jakakolwiek instytucja państwowa.
Czabański rozważa w swoim tekście również kondycję polskiej opinii publicznej, która jego zdaniem, mocno kuleje. Groźne, według publicysty, jest wmawianie społeczeństwu, że opinia publiczna to głos całego narodu. W gruncie rzeczy, jak pisze Czabański, opinia publiczna to opinia właścicieli i właścicieli mass mediów. Widzi jednak światło w tunelu, podając przykłady uczciwego dziennikarstwa: „Przedsięwzięcia internetowe i filmy dokumentalne >>Gazety Polskiej<<, portal wPolityce.pl, Niepoprawni.pl, Radiownet.pl Krzysztofa Skowrońskiego, filmy Ewy Stankiewicz i Jana Pospieszalskiego, Joanny Lichockiej, Anity Gargas (…)” – to zdaniem publicysty dowody na istnienie dziennikarstwa spoza głównego nurtu, bez cenzury salonu, poprawności politycznej i wpływów grupy trzymającej władzę.
Jak zatem uzdrowić skażone celebrytami media i przywrócić im dawną rolę? „Wystarczy zrozumienie, że gdyby wszyscy celebryci, a nawet dziennikarze służący salonowi poszli na wybory, to nie są w stanie przegłosować obywateli troszczących się o Polskę” – pisze Czabański, i apeluje: „Nie ulegajcie celebrytom. Trudno o większy obciach niż iść w sprawach publicznych za głosem służebnych wobec grupy trzymającej władzę pajaców”.
Więcej w artykule Krzysztofa Czabańskiego „Obciach polski” na str. 58-59 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.
Opr. OG
Zmierzch rozsądku Bratkowskiego?
„Trudno jest zrozumieć, jak rozsądny człowiek, za jakiego zawsze uchodził Stefan Bratkowski, dał się wciągnąć w machinę irracjonalnego budowania strachu przed prezesem PiS” – zastanawia się na łamach „Uważam Rze” Łukasz Adamski. Publicysta analizuje przemianę, jakiej uległ Bratkowski, wchodząc w nurt ludzi posługujących się egzaltowanym językiem, zarezerwowanym dotychczas dla partyjnych bulterierów i niepoważnych publicystów.
Adamski pisze, że Stefan Bratkowski porównuje Prawo i Sprawiedliwość do faszystowskiej partii, jej lidera do Hitlera i Mussoliniego, a działania Kaczyńskiego odbiera jako zamiar obalenia nie tylko państwowych instytucji, ale i demokratycznego ustroju. Adamski nie stara się jednak polemizować ze zdaniem starszego publicysty. „Polemika z takimi tezami byłaby bezcelowa, bo nobilitowałaby je bez potrzeby. Jednak gdy takie słowa padają z ust autorytetu dziennikarskiego i człowieka walczącego niegdyś o naszą wolność, to przestają one być ślepakami i istnieje groźba, że zamienią się w ostrą amunicję, z czym już mieliśmy do czynienia w Łodzi” – wieszczy Adamski.
Publicysta „Uważam Rze” zarzuca Bratkowskiemu, że przeczy obecnie temu, przeciw czemu sam niedawno występował. Przywołuje wypowiedź honorowego prezesa SDP sprzed dwóch lat: „Dziennikarze stali się członkami klasy politycznej. I biorąc aktywny udział w życiu politycznym, nie są zdolni wypełniać swoich funkcji. Widząc różnych kolegów w telewizji, niemal zawsze wiem, co powiedzą. Zamiast reprezentować opinię publiczną, stali się rzecznikami prasowymi partii”. Adamski zarzuca Bratkowskiemu, że zaangażował się teraz w jedną ze stron politycznego sporu, a w swojej gorliwości i nienawiści do Kaczyńskiego jest jednym z największych fighterów PO.
Więcej w artykule Łukasza Adamskiego „Myśli postępowego Polaka” na str. 60-61 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.
Opr. OG
Dziennikarze-samobójcy
Co jest dzisiaj największym problemem mediów? Nie brak informacji, ale brak zaufania do przekazujących je ludzi – odpowiada w nowym „Uważam Rze” Eryk Mistewicz. Pisze też, że autorytet moralny media utraciły podczas relacjonowania wojny w Iraku.
„Na plan pierwszy wyszły polityczne i finansowe uwikłania, pod znakiem zapytania stanął dobór przedstawianych informacji, zapraszanych ekspertów, sposób komentowania” – ocenia Mistewicz przekazy, jakie docierały do opinii publicznej po rozpoczęciu wojny w Iraku. Swoje tezy publicysta „Uważam Rze” buduje na twierdzeniach jednego z uczestników zjazdu specjalistów od public relations, który odbył się niedawno w Paryżu. Mistewicz powtarza za swoim kolegą z branży, że po ataku USA na Irak „media zdały się wyłącznie na profesjonalnie przygotowaną opowieść jednej ze stron o nieistniejącej broni masowej zagłady. Obrazy, fakty, nawet świadkowie byli >>produkowani<< przez armię USA w największej profesjonalnej operacji narracyjnej ostatnich lat” – pisze Mistewicz. I dodaje, że dziennikarze odegrali w tych doniesieniach rolę „pakowaczy” – opakowywali przygotowane przez innych treści i kierowali je do odbiorców.
Mistewicz pisze również, że zawód dziennikarza zajmuje obecnie 184. miejsce na liście zawodów społecznego szacunku. Skąd tak niska pozycja? Mistewicz odpowiada: media utraciły wiarygodność, dziennikarze są uzależnieni od dostarczycieli dobrych narracji, cały informacyjny świat przeniósł się do Internetu. Bo Internet – jak ocenia publicysta „Uważam Rze” – daje ludziom możliwość bezpośredniego komentowania wydarzeń, dostarcza przefiltrowanych informacji, zapewnia poczucie niezależności.
Dlaczego media są w tak opłakanym stanie? Zdaniem Mistewicza, zawód dziennikarza się wyniszcza. I zabija go nie Internet, ale to, że praca dziennikarzy przestaje mieć dla ludzi wartość. Publicysta stawia jednak pytanie, czy oby nie na własne życzenie mediów na niziny spada ich rola i wielkie znaczenie, dzięki któremu potrafiły zmieniać świat.
Więcej w artykule Eryka Mistewicza „Dziennikarze sami zabijają dziennikarstwo: na str. 96 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.
Opr. OG
Solorz-Żak gra va banque
Właściciel Polsatu postanowił kupić firmę Polkomtel – operatora sieci komórkowej Plus. Jest jednym z czterech kandydatów w przetargu. Stawka jest wysoka – Polkomtel wart jest trzy razy więcej niż majątek biznesmana – czytamy w nowym „Newsweeku”.
Miłosze Węglewski stara się w nowym wydaniu tygodnika odpowiedzieć na pytanie, kiedy Solorz-Żak połknął bakcyla telekomunikacyjnego. Pisze, że wszystko zaczęło się w 2008r., kiedy właściciel Polsatu kupił lokalnego wtedy dostawcę usług komórkowych i Internetu – firmę Sferii. Uczynił z niej ogólnopolskiego operatora i łowił kolejne oferty telekomunikacyjne, które sprawiły, że „zdobył większość oręża potrzebnego do rynkowej batalii w tym sektorze”.
Po co więc Solorzowi Polkomtel? Biznesman chciałby umasowić swoje telekomunikacyjne usługi, a do tego potrzebna jest rozbudowa infrastruktury nadawczej i stworzenie punktów sprzedaży na terenie całego kraju. „Najbardziej brakuje mu tego, co ma już Polkomtel. I dlatego czas wydaje się główną stawką w grze o przejęcie kontroli nad największym w kraju operatorem komórkowym” – ocenia Węglewski. Dodaje, że przejęcie Polkomtela byłoby dla Solorza drogą na skróty w tworzeniu potężnego koncernu medialno-telekomunikacyjnego.
Więcej w artykule Miłosza Węglewskiego „Polsat Plus” na str. 62-65 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek”.
Opr. OG
Wielka historia w plenerze
Bogusław Wołoszański – autor programu „Sensacje XX wieku” zrealizuje w plenerze „Wielki Teatr Historii” – pięć widowisk, z których jedno wyemituje Telewizja Polska. O dawnym programie, nowej inicjatywie i podejściu Polaków do historii Wołoszański opowiada w nowym wydaniu „Newsweeka”.
W rozmowie z Magdaleną Rigamontii Bogusław Wołoszański mówi o planowanej na wakacje realizacji pięciu widowisk historycznych, które sam nazywa „Wielkim Teatrem Historii”. Będą to historie o bohaterskich walkach Polaków, zaserwowane jako połączenie nietypowej sztuki z filmami, animacjami, szybką akcją - wszystko oparte na faktach. Jedno z widowisk „Miasto niezłomne” 1 września pokaże TVP.
Rigamontii stara się dowiedzieć skąd Wołoszański zdobył pieniądze na swoje historyczne przedsięwzięcie. „Zaczęło się od przypadku” – opowiada popularyzator historii. „Hirek Wrona zaprosił mnie do akcji >>Bądź świadomy<<, dotyczącej praw autorskich. Pojechaliśmy do Gdańska, z nami był szef Narodowego Centrum Kultury. Zaczęliśmy rozmawiać o edukacji historycznej inaczej widzianej, a on na to: >>Niech pan idzie do ministra kultury i o tym opowie<<. Zadzwoniłem do sekretariatu ministra, kilka dni później poszedłem, opowiedziałem” – wspomina w „Newsweeku” Wołoszański.
Rozmówcy dyskutują też o zajęciu przez widowiska Wołoszańskiego miejsca Teatru Telewizji. Twórca „Wielkiego Teatru Historii” ocenia, że Telewizja Polska widzi w jego inicjatywie nową formułę teatralnego widowiska, która łączy film, teatr, komputerowe animacje i materiały archiwalne. Wołoszański zaprzecza w rozmowie z Magdaleną Rigamontii, że jego działania mogą podgrzać antyrosyjskie czy antyniemieckie nastroje. „Wręcz przeciwnie” – zastrzega. „Poznawanie prawdziwej historii pozwala zrozumieć świat, wymazuje nienawiść, której podstawa zawsze jest ignorancja, ciemnota” – wyjaśnia.
Publicystka „Newsweeka” pyta Wołoszańskiego również o stosunek Polaków do historii. Okazuje się, że widzi on w sobie propagatora dawnych dziejów. „Ludzie często mi mówią, że otworzyłem im oczy na historię. Wykorzystałem siłę oddziaływania telewizji i rozumiałem tę siłę” – tłumaczy Wołoszański. Dlaczego więc zniknął z telewizji, z która tworzył taką zgodną symbiozę? „Doświadczenie uczy, że im bardziej skomplikowane, z większym rozmachem organizowane przedsięwzięcie, tym potężniejsze siły, które przeciw niemu działają” – mówi.
Więcej w wywiadzie Magdaleny Rigamontii z Bogusławem Wołoszańskim „Reżyser w Teatrze Historii” na str. 46-49 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek”.
Opr. OG
Chamstwo za parawanem
"Internetowe kibolstwo" jest poważnym problemem naszej sieci, dlatego konieczne jest ustanowienie ram prawnych - z jednej strony wolności słowa, ale z drugiej strony - odpowiedzialności za słowo - powiedział szef MSZ Radosław Sikorski – a cytuje go strona rp.pl
Wypowiedź nawiązuje oczywiście do pozwów, jakie Radosław Sikorski dwa miesiące temu skierował do sądów przeciwko wydawcom "Faktu" i "Pulsu Biznesu" za antysemickie i chamskie wpisy internetowe na ich forach. Wydawcy przeprosili go za "obraźliwe" komentarze, ale minister pozwów nie wycofał.
Dzisiaj minister ponownie wyjaśnia, dlaczego: „- Wytoczyłem pozwy przeciwko wydawcom, którzy tolerują groźby karalne, mowę nienawiści, oszczerstwa i antysemityzm na swoich stronach. Dążę do ustanowienia precedensu prawnego, mianowicie, że fora internetowe rządzą się nie ustawą o hostingu, o użyczaniu serwerów, tylko rządzą się prawem prasowym, w związku z tym wydawcy są odpowiedzialni za treści, które rozpowszechniają.
„Jego zdaniem, konieczne jest ustanowienie ram prawnych - z jednej strony wolności słowa, ale z drugiej strony - odpowiedzialności za słowo”.
„- Internet nie jest próżnią, jest tylko technicznym sposobem rozpowszechniania treści”. Ponadto: ”- Internet stał się często - w wykonaniu niektórych mniejszości - takim funkcjonalnym ekwiwalentem wypisywania obrzydliwości w publicznych toaletach. Wydaje mi się, że wielu z nas ma tego dosyć, bo to wpływa na nasze życie. Pracodawcy przeszukują informacje, co się pisze o kandydatach do pracy”.
Radosław Sikorski podkresla, że wytoczył pozwy po to, „by pokazać, że chamstwo za parawanem anonimowości nie jest tak naprawdę anonimowe”.
Czytaj:
www.rp.pl/artykul/118849,662674_Sikorski__potrzeba_ram_prawnych_dla_slow_w_internecie.html
opr. tor
Moskiewski PR w sprawie Smoleńska
Sensacyjne ustalenia „Naszego Dziennika”: „Do prezentacji raportu MAK w sprawie katastrofy na Siewiernym Rosjanie wynajęli najlepszą firmę PR na moskiewskim rynku, specjalistę od murowanych zwycięstw”. Oznacza to, że Anodina zapłaciła za milczenie.
„Przed konferencją prasową 12 stycznia bieżącego roku, w trakcie której Międzypaństwowy Komitet Lotniczy ogłosił główne tezy swojego raportu na temat katastrofy smoleńskiej, organizacja wynajęła znaną moskiewską firmę zajmującą się doradztwem politycznym i tzw. public relations. To jej eksperci pomogli generał Tatianie Anodinie w przygotowaniu medialnego show, jakim była prezentacja MAK” – donosi Piotr Falkowski z Moskwy.
„Patronem spółki jest symbolizujący cynizm dyplomata z Florencji okresu renesansu Niccoló Machiavelli. Biura firmy Nikkolo M zajmują dwa piętra oficyny w ogromnej kamienicy w samym centrum Moskwy. Niedaleko stąd do siedziby Dumy, na Kreml, a nawet na Łubiankę. Być może to tu wymyślono, żeby podczas prezentacji wniosków ze swoich badań szefowa MAK gen. Tatiana Anodina wspomniała o alkoholu we krwi gen. Andrzeja Błasika, a także doradzono jej, by zszokować słuchaczy odtworzeniem nagrania ostatnich sekund życia załogi polskiego samolotu. O współpracy z MAK Igor Mintusow, szef firmy, nie chce mówić, nawet formalnie jej potwierdzić. Ale kiedy kilka dni wcześniej reporterzy "Naszego Dziennika" zapukali do drzwi moskiewskiej siedziby spółki Nikkolo M, nikt się nie dziwił, gdy pytaliśmy o zlecenie Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Pracownicy wiedzieli o "projekcie dla Anodiny" i odsyłali do prezesa spółki. "O co chciałby pan zapytać"? - docieka Mintusow. "O przygotowanie tej konferencji; o zadania, jakie postawił Państwu MAK; o przewidywany odbiór konferencji w Polsce, w Rosji i na świecie. O szczegóły z tego wydarzenia" - odpowiadam. "Dochody firm zajmujących się politycznym PR składają się z dwóch równych części. Pierwsza to zapłata za pracę konsultantów politycznych, a drugie 50 proc. to zapłata za milczenie konsultantów o tym, co robili w części pierwszej. To taki biznes" - tłumaczy nasz rozmówca, dając jasno do zrozumienia, że o szczegółach kampanii dla MAK raczej nie porozmawiamy”.
„Nie ma jednak wątpliwości, że jego firma, by dobrze wywiązać się z postawionego zadania, musiała przed konferencją 12 stycznia br. znać treść projektu raportu i wiele szczegółów dotyczących katastrofy. Tymczasem jest ona wciąż formalnie objęta postępowaniem karnym Komitetu Śledczego Federacji Rosyjskiej i to właśnie ta instytucja musiałaby wydać zgodę na wgląd osób postronnych do dokumentacji wytworzonej w toku postępowań procesowych, a taką były np. ekspertyzy sądowo-lekarskie dotyczące gen. Andrzeja Błasika”.
„Powstaje również pytanie, czy jedynym mocodawcą Nikkolo M była organizacja gen. Anodiny, która spokojnie prowadzi swoją niezwykle intratną działalność i raczej nie zabiega o rozgłos. Rady firmy Mintusowa musiały zmierzać w innym kierunku, aby wywołać szok i skandal. MAK miał być na ustach wszystkich. Umiejętnie zagrano na przemawiających do opinii na Zachodzie stereotypów związanych z Polakami (brawura, alkohol). Zaskoczono wszystkich, łącznie z polskim rządem, formą przedstawienia przyczyn katastrofy z 10 kwietnia ubiegłego roku i rozmiarem tendencyjności zarzutów. Wzbudzenie w Polakach nastroju wrogości do Rosji, podgrzewanie atmosfery, przy jednoczesnym niedawaniu żadnych formalnych powodów dla politycznej kontrakcji, wpisuje się doskonale w politykę rosyjskiego rządu w stosunku do Polski.
Kiedy więc Mintusow opowiada nam o dominującym w Rosji myśleniu o rzeczywistości politycznej w kategoriach wojny i lęku przed wrogiem, najprawdopodobniej opiera się nie tylko na badaniach socjologicznych, ale i na doświadczeniu zawodowym”.
Czytaj więcej:
opr. tor
150 tysięcy Prokopa
Tabloidy zaglądają nie tylko do sypialni celebrytów, ale również do ich kieszeni. „Fakt” obliczył dochody Marcina Prokopa, dziennikarza, który pracuje (lub pracował) w TVN przy takich programach, jak „ Mam talent!”, „Dzień Dobry TVN”, „Clever – widzisz i wiesz”, „Motoszoł”, „Automaniak” i „Turbo ring” w TVN Turbo. Wcześniej Prokop był redaktorem naczelnym „Filmu” i „Machiny”, jurorem trzeciej edycji „Idola”, prezenterem MTV Polska i redaktorem działu muzycznego w tygodniku „Przekrój”. Aktualnie kieruje też magazynem „Stuff”.
Z wyliczeń „Faktu” wynika, że „na konto Prokopa co miesiąc wpływa ponad 150 tys złotych!”. „Poza pracą w telewizji śniadaniowej, Prokop prowadzi program motoryzacyjny, show „Mam talent”, jest redaktorem naczelnym jednego z męskich magazynów i często pracuje jako konferansjer na okolicznościowych imprezach. Średnio w miesiącu prowadzi 10 imprez”.
„Choć za swą pracę Prokop każe sobie słono płacić, to trzeba przyznać, że gdy bierze udział w jakimś projekcie, zawsze daje z siebie wszystko. – Miło jest pracować z takim profesjonalistą. Świetnie przygotowany, zawsze na czas, a do tego wciąż niezwykle skromny. Udział Marcina w jakimś projekcie, zawsze kończy się sukcesem – zachwala Prokopa koleżanka z pracy”.
Czytaj:
www.fakt.pl/Prokop-w-miesiac-wyciaga-150-tysiecy,artykuly,104300,1.html
opr. tor
Patriarchat w publicystyce
Kobiety stanowią zaledwie 14,6 proc. osób zapraszanych do programów publicystycznych; większość to mężczyźni - wynika z badań Kongresu Kobiet. Co ciekawe, to mężczyźni prowadzący programy chętniej zapraszają kobiety - wylicza "Gazeta Wyborcza".
„Przez 5 tygodni wynajęci przez Kongres studenci śledzili najważniejsze programy publicystyczne w największych telewizjach i rozgłośniach radiowych. Okazało się, że na 885 gości zaproszonych do programów publicystycznych w telewizji publicznej i radiu, a także w TVN 24, Radiu ZET, RMF FM i TOK FM kobiety stanowiły zaledwie 129 osób. Czyli na sześciu mężczyzn przypada jedna kobieta”.
Jaki z tego wniosek? „Kobiety nie uczestniczą u nas w kształtowaniu opinii publicznej, która jest podstawą demokracji”.
Czytaj:
opr. tor
Co z tym Lisem?
Takie pytanie stawia w nowym wydaniu „Uważam Rze” Wojciech Pawlak. Publicysta analizuje przemianę, jaką jego zdaniem, przeszedł Tomasz Lis. „Dziennikarz zapomniał, że jego siła bierze się z telewizji, gdzie jest wyjątkowy, a nie z prasy, gdzie jest jednym z wielu” – komentuje na łamach tygodnika.
Wojciech Pawlak uważa, że fenomen Lisa wynika nie z jego kunsztu dziennikarskiego, a pozycji instytucjonalnej. Wyjaśnia to na przykładzie sprawy manipulowania danymi sprzedaży, o które kierowany przez Lisa tygodnik był oskarżany. „Stawiam tezę, że gdyby Tomasz Lis nie był Tomaszem Lisem, sprawa manipulacji danymi marketingowymi >>Wprost<< pozostałaby własnością branżową” – pisze Pawlak.
Jak Tomasz Lis stał się na polskim rynku medialnym instytucją? Wszystko zaczęło się, kiedy zwolniono go z TVN pod pretekstem rzekomych aspiracji prezydenckich. „Decyzja TVN w żadnym wypadku mu nie zaszkodziła. Wręcz przeciwnie – uwolniła jego potencjał, który był stłumiony w klanowo-korporacyjnym matriksie” – wnioskuje Pawlak i przypomina dalsze losy Lisa: publikacja książki „Co z tą Polską”, program telewizyjny pod tym samym tytułem, stworzenie „Wydarzeń” Polsatu, aż do publicystyki uprawianej w Dwójkowym „Tomasz Lis na żywo”. Zdaniem Pawlaka, to właśnie program w TVP pozwolił objawić się jego gospodarzowi jako człowiekowi potrafiącemu trząść słupkami oglądalności.
Publicysta „Uważam Rze” stwierdza jednak, że nie tylko rosnąca oglądalność budowała instytucjonalny charakter Lisa. Liczyła się też asymetria, jaka narastała między rosnącymi wpływami dziennikarza, a słabnącą pozycją Telewizji Publicznej. „Tomasz Lis przekonał się, że im słabsza TVP i jej kierownictwo, tym może sobie pozwalać na więcej” – wyjaśnia Pawlak.
Na tym jednak pochwały Tomasza Lisa się kończą i pada zasadnicze w całej analizie pytanie: co stało się z charakterystycznym i wyjątkowym gospodarzem programu „Tomasz Lis na żywo”? Za przykład zdegradowania jakości publicystycznej propozycji TVP2, Wojciech Pawlak podaje „pogaduszki z celebrytami o wrażeniach z herbatki z premierem albo konfrontowanie Czesława Bieleckiego >>w przedmiocie Jarosława Kaczyńskiego<< z czterema skrajnie niechętnymi prezesowi PiS komentatorami”. Jego zdaniem Lis zagubił w swoim programie ideę dziennikarskiego obiektywizmu. Pawlak zastanawia się, czy to skutek „dostosowania linii” i czy wiąże się z objęciem przez Lisa funkcji redaktora naczelnego „Wprost”.
Więcej w artykule Wojciecha Pawlaka „Tomasz Lis wprost na żywo” na str. 30-31 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.
Opr. OG
Z radia do filmowej wytwórni
„Wizjoner, który 20 lat temu stworzył radio, właśnie podbija Hollywood” – pisze w nowym wydaniu „Wprost” Milena Rachid Chehab, prezentując sylwetkę Stanisława Tyczyńskiego – założyciela RMF-u i właściciela studia filmowego Alvernia Studios.
Publicystka przypomina początki Tyczyńskiego i moment jego zainteresowania się radiem w okresie stanu wojennego, kiedy zorganizował podziemne Radio Solidarność Małopolska. Później wyjechał, po upadku komunizmu wrócił z Francji. Za jego namową rozgłośnia Fun założyła w Polsce krajowy odpowiednik francuskiego radia. To właśnie Fun stał się przyczynkiem do powołania do życia RMF-u.
O co Tyczyński najbardziej dbał w RMF? Przede wszystkim Tyczyński stawiał na sprzęt elektroniczny i komputerowy. „Ewa Drzyzga z okazji obchodzonego w zeszłym roku 20-lecia stacji opowiadała, jak w imię nowoczesności zrezygnowano w RMF z papieru, a zespół to ją oddelegował do wywalczenia u prezesa zwykłej drukarki. – Nie chciał się zgodzić, mówiąc, że przecież czyta się z ekranu” – pisze Rachid Chehab.
Jak zapamiętali Tyczyńskiego pracownicy? „Wspominają, że prezes spędzał w redakcji całe dnie i noce, dojeżdżał taksówką, bo nie miał prawa jazdy. Nie wiedział ile ma pieniędzy i nikt nie widział go w garniturze” – czytamy we „Wprost”. Dowiadujemy się też, że najłagodniejszym określeniem, jakim charakteryzują założyciela RMF FM pracownicy jest przymiotnik „trudny”. „Przez weekend wymyślał sobie jakiś pomysł, w poniedziałek przedstawiał go pracownikom, a pod koniec dnia oczekiwał wyników, nie rozumiejąc zupełnie, że on ma te dwa dni przemyśleń w przewadze” – wspomina w nowym „Wprost” Piotr Metz.
Milena Rachid Chehab wymienia na łamach tygodnika liczne inicjatywy, które Tyczyńskiemu udało się zrealizować, kiedy zarządzał radiem RMF, z pomysłem rozszczepienie sygnału na czele. Publicystka przypomina jednak, że prezes pamiętał bardziej to, czego nie udało mu się osiągnąć. Aż w końcu sprzedał rozgłośnie i zajął się zagospodarowywaniem „kopułek” – jak nazywali je złośliwi – wzniesionych przy autostradzie z Krakowa do Warszawy. Pod „kopułkami” powstało studio filmowe Tyczyńskiego, w którym dzisiaj realizowane są hollywoodzkie produkcje. Dlaczego zrezygnował z radia? Piotr Metz twierdzi na łamach „Wprost”, że prezes po prostu się tym znudził i chciał spróbować czegoś nowego.
Jak jest naprawdę? Od samego Tyczyńskiego się tego nie dowiemy, bo – jak pisze Rachid Chehab – od lat unika on kontaktu z dziennikarzami.
Więcej w artykule „Pod kopułkami równo” Mileny Rachid Chehab na str. 42-45 najnowszego wydania tygodnika „Wprost”.
Opr. OG
