Kiedy pracodawca zwalnia dziennikarza z pracy wyrywa mu pióro z ręki tylko do połowy. Ostatecznie pozbawia go państwo, działające poprzez urzędy pracy. Dlaczego? Dziennikarz, który zarejestrował się w pośredniaku, musi zapomnieć o publikowaniu. Powinien od razu wbić sobie do głowy, że każdy opublikowany tekst (nawet niewielki news na portalu) oznacza utratę nie tylko prawa do zasiłku, ale i utratę statusu osoby bezrobotnej.

Z zapisów ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy wynika, że bezrobotny jest zobowiązany zawiadomić w ciągu 7 dni urząd pracy o podjęciu zatrudnienia, innej pracy zarobkowej. Kto o tym zapomni, zapłaci 500 zł grzywny. Skąd urząd może się dowiedzieć o niezgłoszonych publikacjach? Z nich samych (jeśli pismo czy program są popularne)  albo  np. z donosów, czyli tzw. głosów obywatelskich (określenie to wciąż funkcjonuje i ma się nadzwyczaj dobrze). Urzędy pracy chętnie się przyznają do takich źródeł informacji i ich weryfikowania w urzędach skarbowych.

Dziennikarzu, musisz być czujny, chociaż uśpić cię mogą zawiłości przepisów. Przychód (np. z wynajmu czy handlu na Allegro) osiągnąć można byle nie przekroczył połowy minimalnego wynagrodzenia.

Moja znajomą  pośredniaka wyrzucili. Okazało się, że "podjęła pracę" – tzn. napisała kilka tekstów do lokalnego tygodnika za kwotę niższą od ustawowej grzywny. Sądziła, że trochę dorobić może...

Status bezrobotnego, choć do zaszczytnych nie należy, ma swoje znaczenie -  wiąże się z nim dobrodziejstwo ubezpieczenia zdrowotnego. Jeśli dziennikarz to singiel to jest sens, by o taki status walczyć, bo delikwent nie może skorzystać z ubezpieczenia rodzinnego. Ubezpieczenie zdrowotne to zresztą jedyna motywacja, jaka nakłania dziennikarza do odwiedzenia pośredniaka – pracodawcy z branży nader rzadko zgłaszają tu oferty.

Ustawodawca podszedł do dziennikarskiego fachu podobnie jak do zawodu murarza czy urzędnika. Skoro oni nie mogą zarobić jako bezrobotni ani złotówki, to dlaczego lać  łzy krokodyle  nad dziennikarzem? Czy byłoby to zgodne z zasadą  równego traktowania obywateli? Jako dziennikarka nie potrafię obiektywnie odpowiedzieć na to pytanie. Wiem, jak niepoważne wierszówki płacą współpracownikom poważne gazety.  Może skoro stracił pracę, to będzie tyrał za parę złotych... Trochę pożerować można na fakcie, że dziennikarz z krwi i kości bardzo, ale to bardzo pragnie pisać.

Gdyby to ode mnie zależało, pozwoliłabym pisać bezrobotnym dziennikarzom do wysokości ustawowej grzywny 500 zł. 

Ale nie dziennikarze stanowią prawo. Mogą tylko pokombinować, jak nie stracić ubezpieczenia zdrowotnego. Jedna z metod nie jest uczciwa, ale z powodzeniem i wręcz premedytacją stosują ją ludzie fachów rozmaitych, którzy zarejestrowali się w pośredniaku. Sposób jest dziecinnie prosty: pracuje się na czarno, pozostając w rejestrze jako osoba bezrobotna. Co prawda trzeba się co kilka tygodni pofatygować na rozmowę z pośrednikiem pracy, co w przypadku dziennikarzy, kończy się stwierdzeniem, że ofert pracy nie ma. Dziennikarzowi ukrywać się jest stosunkowo  łatwo. Zgodnie z art. 15 pkt 1 Ustawy Prawo prasowe autorowi materiału prasowego przysługuje prawo zachowania w tajemnicy swego nazwiska.

Drugie rozwiązanie jest legalne, ale wcielając je w życie trzeba się nachodzić. Wynika to z specyfiki pracy dziennikarza – wolnego strzelca , który nie zarabia w sposób ciągły, a punktowy. Strategia działania jest następująca: dziennikarz wchodzi na stronę internetową pisma i odkrywa, że redakcja puściła tekst. Robi wydruk bądź kupuje gazetę i biegnie do pośredniaka, nawet, jeśli nie dostał jeszcze pieniędzy za swoje „wypracowanie”. Urzędnicy skreślają go z listy bezrobotnych. Co dalej? Następnego znów się rejestruje. I tak od publikacji do publikacji.  

Najwyraźniej w naszym kraju poszukujący pracy ma leżeć do góry brzuchem albo zostać krętaczem...

Magdalena Hodak

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl