Dziwię się czasem, dlaczego zacni goście zaproszeni do telewizji znoszą protekcjonalne traktowanie przez „miejscowego”, prowadzącego rozmowę. No, jest on panem sytuacji: zaprosił, przedstawia – może to zrobić sympatyczniej lub nie. Jest gospodarzem, ale gdy nadużywa swojej władzy i stara się robić wrażenie, że jest ważny i niezwykle mądry – to oczywiście traci w oczach widza. Szefowie – najwyraźniej ślepi - tolerują bufona. Nie chce im się szukać i kształcić nowych, są często z nim w różnych powiązaniach mniej lub bardziej formalnych.

Całe szczęście, że jest jeszcze natura – fizyczność i czas. Gdy płynie, idol na ogół tyje, brzydnie i sam się eliminuje. Jest zwykle tak zajęty, że nie czyta, nie pisze (bo… występuje). I w tym samozadowoleniu tkwi. Nie przyjmuje prawdy oczywistej, że nawet gdyby krowę pokazywano bez przerwy miałaby szansę na miss-missek.

Tak więc bufon (ale oczywiście również i „bufonka”) nie tylko traci na urodzie, ale do tego głupieje. Częste występowanie, poklask tłumu, popularność to w konsekwencji – przy pozornie coraz lepszej sprawności i szybkości – prosta droga do klepania komunałów, zadawania banalnych pytań, śmiania się ze swoich pseudodowcipów jeszcze przed wywołaniem śmiechu u widza. Jeśli nawet przygotują mu pytania, dostarczą informacji do poruszanego tematu – to płytkość i tak wylezie na wierzch. Bez skupienia, refleksji, jeśli nie traktuje się gościa w studio podmiotowo dostajemy potok słów, bulgot nawet intensywny, ale wlatujący jednym uchem a wylatujący drugim.

Gdyby to była miła szczebiocąca panienka, albo babcia – pogodna i ciepła - to można by niekoniecznie słuchać, a zadowolić się sympatycznym widokiem. Ale cóż jest atrakcyjnego w chłopie lub chłoptasiu, w panience – którzy mówią to, co i tak już wiemy – z miną odkrywcy, naburmuszonego mędrca, blefującego pokerzysty. Śmiesznie i straszno zarazem.

Ale niech tam. Wiele można wybaczyć. Gdyby wiedza płynąca z coraz szerszego ekranu była proporcjonalna do przyrostu jego cali. Ale nie jest. Jakby płynęła z jednego kranu. Z jednego źródła. Bo research to też ekranik - tyle, że mniejszy. Nie są to zdobywane, wybiegane informacje. Nie jest to z wysiłkiem zdobyta reportersko-publicystyczna wiedza, ale z kliknięć siedzących na d.… leniwych kompilatorów. Nie z życia, które wartko toczy się tuż obok. Łatwiej jest przecież z Internetu.

Na szczęście gwiazdy spadają. Na niebie – i to jest piękne. Ale i z ekranu – to na szczęście normalność i prysznic na nadętych, niesłusznie cieszących się popularnością. Zachowajcie umiar krótkosezonowi.

Stefan Truszczyński

P.S. to na marginesie kpiącej rozmowy – w TVP Info z przedstawicielami ziemiaństwa i bractwa kurkowego, a także wielu innych codziennych doświadczeń medialnych.

9 lutego 2011

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl