Dawniej, żeby zebrać tłumy manifestujących trzeba było chodzić od drzwi do drzwi i wyciągać ludzi na ulice używając słowa lub pięści. Dziś się twittuje.
Dawniej dziennikarz, aby dostarczyć swojej redakcji zdobytą informację zapisywał ją na kartce, wręczał gońcowi, a ten gnał po błotnistych drogach, zajeżdżając kolejne wierzchowce. Później zaczęto używać telegrafu. Dziś wysyła się e-maile, albo się twittuje.
Tunezyjski satrapa Ben Ali i egipski prezydent Mubarak doświadczyli na własnej skórze siły oddziaływania twitujących, a na dodatek wkurzonych, mieszkańców swojego kraju. Następni w kolejce czekają: Kaddafi w Libii, Saleh w Jemenie, Assad w Syrii czy władcy Arabii Saudyjskiej lub Jordanii.
Ludzie „ukąszeni” przez internet zaczynają więcej widzieć, więcej rozumieć, ale przede wszystkim szybciej się komunikować. Truizm? Wszyscy to wiedzą? Niby tak, ale chyba każdy z nas był pod wrażeniem zdjęć z placu Tahrir w Kairze – setki metrów kabli od przedłużaczy, mrowie ładowarek do telefonów komórkowych, Egipcjanie z wytęsknieniem czekający, aby za pomocą swoich komórek twittować. I obalić reżim. Tak to się teraz robi: kilkadziesiąt znaków napisanych na profilu portalu społecznościowego wystarczy, żeby zorganizować rewolucję. Zresztą, sami tego doświadczyliśmy kiedy Dominik Taras zwołał kontrmanifestację wymierzoną w „obrońców krzyża”.
Jak powinni na to zareagować dziennikarze? Cóż, musimy sobie wszyscy uświadomić, że żyjemy w świecie banalnie prostego dostępu do informacji, w świecie, w którym każdy może być zarazem źródłem i przekaźnikiem informacji, w świecie, w którym tradycyjnych dziennikarzy śledczych zastępuje WikiLeaks, a korespondentów zagranicznych Twitter i Facebook. Oczywiście, dziennikarze trzymają się nieźle – prowadzą blogi, czy pracują wykorzystując wspomniane portale. Ale i tak wciąż najwięcej pary idzie w wydawanie gazet i emitowanie telewizyjnych programów. Może warto przesunąć akcenty?
Powstają już dzienniki funkcjonujące wyłącznie w sieci, dorównujące poziomem prasie papierowej. Na rynku obecne są internetowe czasopisma, które mają grono wiernych odbiorców. Działają telewizje i rozgłośnie radiowe. Nie trzeba wymyślać Ameryki. Trzeba mieć za to otwartą głowę i nie „obrażać się na internetowe gadżety” - jak powiedział Adam Szostkiewicz.
Ratunkiem dla dziennikarstwa jest pełna akceptacja i eksploracja nowych technologii. Każdy dziennikarz powinien mieć konto na Fcebooku albo Twitterze. A w każdej redakcji nad drzwiami do gabinetu redaktora naczelnego powinna wisieć tabliczka z napisem parafrazującym motto Legii Cudzoziemskiej (czyż dziennikarska brać nie jest do niej podobna?): „Twittuj albo giń!”.
Paweł Luty
