Chcesz sprzedać, zaistnieć, wygrać: to płać! Kurza twoja stopa i… kurza twa mać. Chcesz być bogatym i sławnym. Sam nie wskórasz wiele. Oddaj się w ręce fachowcom. No, czasem może nie wyjść. Potrzebna cierpliwość i kasa! Kasa!
Mamy już teraz – jakby nie było – te ponad 20 lat doświadczeń. I kilku premierów się wylansowało. Yes, yes, yes! Niemało ciemnoty ciemnocie się wcisnęło. Sporo się sprzedało, jeszcze więcej za darmo kupiło.
PR wciska się przede wszystkim przez telewizyjne poranki, ale i przez konkursowe imprezy, na których nagradzani są często ci, którzy sami za laury zapłacili. Miss-ki, misterzy najpierw uiszczają, a potem pierś wypinają. Przed 20 lat rodzący się kapitalizm potrzebował promocji. Wtedy to był biznes. Ale nadal branże, ministerstwa, agencje i redakcje sypią nagrodami. Potem tłum dorodnych obywateli ustawia się do zbiorowego zdjęcia. A za rok do grona jurorów dochodzi laureat z roku poprzedniego i tak to się kręci. Nie pamiętam by poznański PRESS dał nagrodę komuś z prawicy, a warszawski biuletyn restauracyjno-hotelowy nie sadzał na swoim krześle kogoś poniżej ministra. Ot, tak przypadkiem, to przecież bynajmniej nie jest absolutnie żadne podlizywanie się do aktualnie panującej władzy.
PR-owcy mają dużo roboty. Oj, bardzo dużo: te wielkie akcje, których efekty sami podliczają; te kampanie, które odkrywają przykazania dekalogu; to wreszcie takie pomysły jak agitki rodem ze starej radzieckiej bajki o donoszeniu na rodziców tyle, że teraz chodzi o donos na własnego szefa – nie dał premii więc niech idzie do mamra! W Krakowie na rynku reporterka przypadkiem spotyka upadającego oligarchę; w Warszawie z lamusa wyciąga się i przyozdabia tytułem zapomnianego finansistę, co natychmiast rządowe sfery dostrzegają i sierotę zdobią orłem i tytułem doradcy. PR – to nowe na postsocjalistycznym rynku. Kiedyś było: „wiecie, rozumiecie – idźcie i zróbcie”. Teraz jest wszystko elegancko opakowane. Ciasteczka! Ale z łapami won! Chyba, że za odpowiednią opłatą.
PR-wocy wszystkich agencji – łączcie się. Bo to eldorado długo już nie potrwa. Z pieniędzmi trzeba coraz oszczędniej. A i w mediach coraz większa kontrola, Zresztą to jest hucpa i przewalanka, którą po prostu widać. Na całym ekranie. Tyle, że trzeba chcieć zobaczyć. Dwuetatowi pseudoredaktorzy i ich biznesowi prezesi, areopagi rozdymanych rad nadzorczych i programowych… idźcie do PR. Jeden domy buduje, drugi szyje ubrania. Agencje szukają jeleni, po jednej i drugiej stronie. Najbardziej wkurzające jest to, że PR przyczepił się do ZAWODU DZIENNIKARZ. A chciało by się, żeby słowo – DZIENNIKARZ – brzmiało naprawdę dumnie (przynajmniej my w SDP bardzo tego chcemy). Wielu jest w końcu w tym zawodzie, którzy rzeczywiście działają w prawdzie i chodzi im o sprawiedliwość. Oddają za to zdrowie, a czasem i życie. Toteż dobrze by było żeby g. odczepiło się od naszego okrętu i nie mówiło: „płyniemy razem”.
Na niektórych uczelniach wydziały dziennikarskie podłączyły PR. To skandal i nieporozumienie. Nie mieszajmy tych „zawodów”. Dziennikarz to zupełnie coś innego, to misja, pasja, zaufanie. Oddzielmy tę profesję od płatnego załatwiacza – powiedzmy delikatnie – różnych spraw.
Lobbyści w Sejmie mają podobno nosić na wierzchu etykietki: LOBBY IS MY HOBBY! PR-owcy nie powinni chować się za legitymacjami dziennikarskimi. Albo jesteś tu, albo tam. Inaczej obserwować będziemy pojawianie się tych samych tematów niemal równocześnie w serwisach informacyjnych wszystkich telewizji: w Pernambuco kogut zjadł kurę, a w Pikutkowie mysz – kota.
PR-owcy napędzają, podpuszczają, a ekipy na złamanie karku lecą zwabione sensacją, byle być pierwsze. Wydawcy z kolei bojąc się, że wyprzedzi ich konkurencja ładują bezmyślnie ten węgiel do kotła, tyle, że taka para idzie wyłącznie w gwizdek.
Chi-chi, cha-cha śmieje się PR, jeszcze raz baranów załatwiliśmy sprytnie podanym anonsem. I do kasy, do kasy. Sponsor płaci. Ale przestanie, gdzie widz telewizor wyłączy i słupek oglądalności spadnie. Manipulować można, ale do czasu. Ryba psuje się od łba. Koledzy premiera zaczynają zjadać go po kawałku. Nadzór medialny tak się już poplątał w swoich decyzjach, że prawdopodobnie już wkrótce ogłoszona zostanie jego upadłość. Ci, których zawieszono kilka miesięcy temu ponoć wrócą do władzy telewizyjnej i oczywiście zaczną wyrzucać tych, którzy niedawno ich wyrzucili. Karuzela.
Martwi się ten i ów. A już na pewno Pani, która dyrektoruje i siebie obsadziwszy w głównej roli prawie już z okienka nie wychodzi. Może to przeczucie, że owe „5 minut” już się kończy i trzeba nachapać się ile wlezie i póki co. Marne te perspektywy. I tylko PR zaciera ręce. Ustawiacze-załatwiacze są pod parą. Oni mają kumpli wszędzie. I po tej i po tamtej stronie. Ale kto stanie po stronie widza?
Stefan Truszczyński
