Kogo jeszcze trzeba aresztować, żeby Muammar Kadafi pozostał przy władzy? Niektórzy dyktatorzy zamykali w więzieniach opozycjonistów i demonstrantów, niektórzy próbują przekupić naród, dając każdej rodzinie równowartość 8 tysięcy złotych. A co robi Kadafi? Kadafi aresztuje media!
Ale, z drugiej strony, wkładu dyktatora w dziedzinie mediów nie sposób przecenić. Dwie publiczne stacje Al-Dżamahirija 2 i Al-Shababia , splądrowane przez tłum manifestantów, znowu nadają i wolne, Kadafiego słowo płynie w eter. Jak długo jeszcze? Nikt inny, nikt z satrapów: Egiptu, Tunezji czy Bahrajnu, nie zrobił dla współczesnych mediów tyle, co Kadafi. To on zabronił wjazdu obcym dziennikarzom do swojego kraju, to on odciął Internet, zabija twitujących i zagłusza telefony komórkowe.
Kadafi rozumie nowoczesne technologie, ich rewolucyjną potęgę. Co chwila pojawia się w telewizji i przemawia. Ale jego słowo słabnie. John Simpson z BBC, jednej z trzech telewizji obecnych w Libii, powiedział, że zwolennicy Kadafiego wspierają go w mediach, ale „posłuszeństwo i całkowita cisza nałożona na naród jako całość, dobiegła końca ". W tej samej niemal chwili Polska Agencja Prasowa informuje: oficjalna telewizja libijska podała, że siły porządkowe zatrzymały w Trypolisie "obce elementy posiadające nowoczesny sprzęt, za pomocą którego mogły przesłać dane wrogim stacjom satelitarnym". Media przemówiły językiem wojny.
Wrogiem – dla Kadafiego – nie jest wojsko, wrogiem nawet nie są demonstranci, wrogiem jest sprzęt – kamera, mikrofon, telefon - który Kadafi rekwiruje fizycznie, bądź uniemożliwia jego działanie. Pewnie wierzy, że to wystarczy do zabicia ducha zrewoltowanego społeczeństwa. Jak XVIII - wieczny filozof, La Mettrie, ducha znajduje w maszynie, odhumanizowuje człowieka, dlatego z taką łatwością do niego strzela, a jednocześnie próbuje usidlić maszynę – złowrogiego demona, z którym musi walczyć jak z obcą armią. Siła mediów jest dla niego największym zagrożeniem.
Pamiętamy czasy RWE, Głosu Ameryki, Radia Solidarność. Komunistyczna władza obawiała się mediów, zagłuszała ich emisję, poszukiwała nadajników. Podobnie było w filmie „Jakub kłamca” - o łódzkim getcie z Robinem Williamsem w roli głównej - w którym naziści usiłowali wszelkimi sposobami wykryć radioodbiornik rzekomo ukryty na terenie getta. I jedni, i drudzy, przegrali swoją historię. Nie docenili, że oprócz mediów istnieje coś, czego aresztować nie można – nie można aresztować wolnej myśli. To wolna myśl sprawiła, że manifestant na Placu Perłowym w stolicy Bahrajnu powiedział agencji AP: "Nawet jeżeli włożą pistolet w moje usta I każą opuścić to miejsce, to nie opuszczę. Zostanę tu dzień i noc”.
Tymczasem Zbigniew Hołdys opuścił „Wprost”, lecz zanim opuścił, to napisał tekst – o polskich politykach i ich heroicznych wystąpieniach w mediach w obronie zabijanych krwawo w północnej Afryce. Kto wie, na co ich jeszcze stać? Bo co się może zdarzyć?
Może jeszcze przez chwilę słabnący dyktator będzie pojawiał się w poddańczej stacji telewizyjnej i krzyczał, że prędzej zostanie męczennikiem, aniżeli się podda. Może jeszcze będzie handlował ropą z Włochami, a Berlusconi będzie całował go po rękach. Może kanały ekonomiczne polskich telewizji będą się trwożyć, że spada kurs złotego. I może znowu zbudzi się we mnie wielbiciel nieśmiertelnej frazy wielkiego poety, który chciał, byśmy nie byli chochołami:
Niech na całym świecie wojna,
byle polska wieś zaciszna,
byle polska wieś spokojna.
I kto to mówi? DZIENNIKARZ do Czepca – a wesele trwa.
Przekaz z Polski jest wyraźny, a przekaz z Libii? W środę późnym wieczorem, kiedy piszę te słowa czytam na Twitterze korespondencję Anjali Kamat ze stacji telewizyjnej Democracy Now: „Libia jest teraz w 15% wolna, a my jesteśmy w wyzwolonej strefie, kontrolowanej przez naród”.
Uff, oby libijska wieś spokojna, może ropa będzie po 4,75.
Marek Palczewski
23 lutego 2011
