Kiedy dziennikarz jest przy mikrofonie, to jest panem i władcą – powiedział jeden z polityków w radiu Zet w audycji „7. Dzień Tygodnia”. Uff, dech mi zaparło. I chciało by się rzec: „I kto to mówi”. No to dożyliśmy czasów, kiedy politycy wreszcie zrozumieli i docenili pracę dziennikarzy. A rzecz dotyczyła dziennikarza PAP-a, którego szef kancelarii premiera poprosił, by premierowi nie zadawał niewygodnego pytania. Ażeby mieć pewność, że pytanie nie padnie, to pan Arabski zadzwonił (z Izraela zresztą) do szefa PAP-a , by przypilnował dziennikarza. Ale sprawa się rozniosła i mleko się wylało.
A teraz politycy bronią dziennikarza! To niebywale, koniec świata, bo front jest jednolity, i nawet politycy PO w tym froncie. Bo wydawałoby się, że politycy w centrali już się pogodzili, że muszą odpowiadać na trudne pytania, a jeśli nie będą , to się albo wyda (wtedy ohyda, gdy się wyda), albo obróci przeciwko nim. Tak jest, albo ma być w centrali. A na prowincji?
Znam redakcje regionalnych telewizji, gdzie o takich standardach nawet się nie śni. Jeszcze rok temu pewien dyrektor konsultował programy z politykami. Dla niego sprawa zadania takiego, czy innego pytania, to pikuś mały. Bo nie pytania się liczą, lecz programy, lub szerzej – schemat zarządzania. I to jest klucz do mediów, o czym wiadomo nie od dziś. Telefony w tym schemacie też się liczą, gorąca linia między dyrektorami a politykami musi się grzać. I szczególnie dobrze o tym wiedzą na prowincji, więc o co cały ten rwetes w Warszawie? O co cały ten jazz?
Nie pytania, lecz programy zmieniać trzeba! I nie działo się to w publicznej telewizji tylko za PO, PiS, czy SLD, ale przynajmniej od połowy lat 90. Pamiętam też, jak wiosną 2002 roku prezydent dużego miasta, po programie z jego udziałem powiedział do redaktora - niezadowolony z własnego występu - „tego programu już więcej nie będzie”. Słowa były prorocze, bo za miesiąc program spadł z ramówki. Pytania mu się nie podobały, a że nie mógł zmienić dziennikarza, to…Ten jasnowidz był z SLD, ale kilka lat później inny polityk, tym razem prawicowy, powiedział dokładnie to samo, bo tematy też były dlań niemiłe. I miał rację. Tym razem posuniecie dyrektora było mądrzejsze, bo dyrektorzy też się uczą: dziennikarzowi podziękowano za współpracę. Po co zatem tracić forsę na telefony, po co wydzwaniać do tego, czy owego, by nie zadawał jakichś tam pytań, przecież można zlikwidować program lub wyrzucić dziennikarza. Zapewniam, że dwie ostatnie metody są skuteczniejsze i tańsze. O wiele. I to są standardy godne powielenia i powielane również w Warszawie.
Dziwi mnie zatem bardzo, że niektórzy politycy nie chcą kontrolować pytań dziennikarzy, wtedy wszystkim byłoby łatwiej, bo odpowiedzi byłyby z góry znane. Tak było w pewnym mieście, gdzie dziennikarze chodzili na dywanik do polityków i ustalali pytania. Czasami też wyręczali ich w tym kierownicy redakcji, wysyłając do polityka z pytaniem, przygotowanym wcześniej przez kierownika. Dziennikarz nawet nie musiał zadawać pytania, bo polityk już w progu dawał odpowiedź. I jak tu nie wierzyć w jasnowidzenie?
Śmieszą problemy w Warszawie: ktoś komuś nie pozwolił zadać pytania. To chyba dobrze, bo po co zadawać politykowi nieodpowiednie pytania? Na prowincji już dawno o tym wiedzą! Przecież tam dziennikarz to pan i władca…
Marek Palczewski
Ps. 1. A w Warszawie znany polityk jednak pokazał klasę: gdy prowadząca zadała mu pytanie, na które nie chciał odpowiedzieć, to po prostu wyszedł ze studia. Brawo Panie przewodniczący! Moja wiara w polityków dzięki takim gestom nie zaginie.
Ps. 2. Trudno dziś o obiektywizm dziennikarski, ale na szczęście są jeszcze politycy, którzy stoją na jego straży!
28 lutego 2011
