- Oj głupi, głupi – mówi mi żona. I zdaje się, że ma rację.
A było tak. Idę ja sobie Alejami Jerozolimskimi, a w okolicy dawnego Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki siedzi na chodniku duży chłopak. Taki mniej więcej dwudziestoletni na oko, sportowo, ale dość ładnie i czysto ubrany. Trzyma w rękach karteczkę: „okradli mnie w metrze, zbieram na bilet do Krakowa”. Jakaś starsza pani przystanęła, ja też się zatrzymałem. - Jak to było?

Chłopak mówi, że kasował bilet, potem włożył portfel – z dowodem osobistym, prawem jazdy, legitymacją studencką i ponad 600 złotymi do kieszeni kurtki; „zapiąłem, był tłok, jak wyszedłem na peron, chciałem portfel przełożyć do kieszeni wewnętrznej, ale już go nie miałem. Telefonowałem do mamy, ale nie może po mnie przyjechać. Biletu kredytowego też nie chcą dać, bo nie mam dokumentów. Na komisariacie przyjęli zgłoszenie, ale nie mogą mi pomóc. Jestem studentem zaocznym na AWF-ie, na 4-tym roku. Ale teraz zaczęła się przerwa i już dziś nie mam miejsca w akademiku. Więc siedzę tu i zbieram na bilet”. Mówi spokojnie, ale w oczach kręcą mu się łzy. No, jest wiarygodny. Deszczyk siąpi. Chłopak siedzi na trotuarze. Zrobiło mi się go żal. Zabrałem do biura w SDP. Dałem, no pożyczyłem, na bilet 100 złotych. Po drodze telefonował z własnej komórki do… mamy. „Mama Panu dziękuje, zaraz przeleje pieniądze”. I pobiegł na pociąg… o 10:40. Ma moją wizytówkę i numer mojego konta. A ja? Ja wyszedłem na łatwowiernego naiwniaczka. Śmieją się ze mnie…
A przecież chłopak był taki wiarygodny, taki smutny i biedny.
Tysiące, setki tysięcy, (nie!) – miliony słuchają różnych słów, które mają ich przekonać do czegoś tam. Tę panią wzdęło, tamtą zaparło, zawsze to po angielsku „always”, tenor ryczy, że nie boi się zgagi, a tłok w windzie niweluje odświeżony chuch. Nie wierzycie? Kupcie i spróbujcie. Wiara czyni cuda. Wypierze się lepiej, gdy powie to popularny sprawozdawca radio-telewizyjny. Pracodawcom tegoż sprawozdawcy nie przeszkadza, że tenże występuje na przemian w ich państwowych mediach jako dziennikarz i komiwojażer. Ba, namawiają oni (a może nawet zmuszają – kto wie?) swoje gwiazdy ekranowe, by zachęcały do kupowania, telefonowania, sms-owania do własnej firmy biorąc udział w wymyślnych loteriach z „trudnymi” pytaniami w rodzaju: „stolica Polski na W?” Chodzi o to by tych impulsów było jak najwięcej. A ci „zmuszani” – bez oporu robią to, bez wstydu i żenady. I tak za chwilę mówi się do nich na wizji – „redaktorze”. Znów będę naiwny i zapytam: jeśli już „redaktorze” to jak pan tak postępować może?
Jeśli błaźni się wybitny i lubiany aktor – no cóż przykro, ale nie DZIENNIKARZ! Aktor i tak nie mówi „od siebie”, a tylko „przez siebie”. To zawsze są cudze teksty. Ale dziennikarz? Ten może być wątpliwej cnoty, ale łgać mu nie wolno. Tymczasem za reklamowe deklaracje i obietnice nikt z eminentów odpowiedzialności nie bierze. Po prostu – za pieniądze – używa się czasu antenowego.
Jeśli nie jest to PORNO albo FASZYSTOWSKI SZCZEK – to proszę bardzo. „Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść reklam…” – bla, bla itd. Miłym głosem, śliczna buzia, powolutku, wyraźnie i bardzo, bardzo przekonywująco mówi do wtulonych w poduszki na kanapie czekających na ciepłe słowo staruszków: za grosik, za centusia, za kopiejkę zapewnimy ci godny pochówek, a jeszcze do tego tysiące-tysiące złotych. Tylko wpłać, tylko przelej – troszkę, codziennie. Nie bój się, nie martw. My już wszystko „potem” załatwimy. To mówię Ci ja, taka przecież ładna i miła panienka z okienka. Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie! Przecież płacą… mediom. No, zresztą nikt nie musi im wierzyć. Wolna wola. Teraz już do niczego ludzi się nie zmusza. Ale z kolei nikt naiwnych nie zasadza, rodzą się sami.
A media publiczne maja obowiązki (czytaj: misję) i pieniądze na to muszą mieć!
Proszko - idole, gwiazdory i gwiazdeczki sami łykajcie to, co reklamujecie – najlepiej na wizji; pierzcie swoje gacie; bierzcie na zaparcie i biegiem do kasy za tę ciężką pracę, za ten brak wstydu i za pazerność. Spieszcie się! Szybko, szybko bo przysłowiowe „5 minut” minie migiem. Tylko tej biednej naiwnej babci żal!
Stefan Truszczyński
3 marca 2011
