Czytam w „Dzienniku – Gazeta Prawna” kilka dni temu: „Urząd Komunikacji Elektronicznej chce ukrócić proceder organizowania SMS-owych loterii i wyłudzania pieniędzy od właścicieli telefonów”. I dalej dowiadujemy się, że chodzi o zablokowanie wiadomości z wszystkich numerów o podwyższonych płatnościach. No, mały kroczek. Ale idźmy dalej: jak ukrócić nachalną ogłupiającą propagandę, która wymyślając najłatwiejsze i najgłupsze pytania liczy na reakcję milionów naiwniaczków. Taki samochód - nagroda to w końcu „tylko” kilkadziesiąt tysięcy złotych, a te kilkaset tysięcy skuszonych, to zysk właśnie (ilość telefonów razy dwa, trzy złote). Tylko co to ma wspólnego z programem publicznych mediów, żeby już nie powtarzać wyświechtanego słowa misja.

Zarobić, zarobiłem, muszę zarobić – klepią zmieniający się jak w kalejdoskopie prezesi. Ja! Moja telewizja… ble, ble. Pomieszanie z poplątaniem. Przede wszystkim takiego (no, taką), takich - należałoby wybrać, którzy mają pomysł na telewizję i radio.
Jeden z kręcących się wokół tego ponętnego biznesu, tak zwany specjalista, mówi mi: „najpierw ustalmy, co chcemy mieć, określmy czym mają być media, a ludzi dobierzemy do wykonania tego zadania”. Ale on reprezentuje producentów, więc „pod producentów” ustawić chce publiczną TV i Radio. Inny mówi głośno komunały, ale czuwa, by zostali wybrani ludzie z jego partii. Z kolei partia kombinuje, blokuje, judzi i obśmiewa. PAT! Mówią, że PAT lepszy niż SZACH-MAT. Zobaczymy. Powszechne szach(a)rowanie to już nie jest wstydliwa sprawa.
Ostatnia okładka „Polityki” pokazuje wszystkie najważniejsze w publicznej TV buzie. To oni! Oni są odpowiedzialni. Czyżby tylko oni? Oczywiście, przede wszystkim odpowiedzialni są za to, że się zgodzili zostać prezesami. Choć to przecież inteligentni ludzie i doskonale wiedzieli na co się decydują. Ale zrobili to. Najpierw mały chłopczyk bawi się samochodzikami, potem chce rower, motocykl, ba samochód. Super jest dopiero, gdy dostanie gazetę. A jeszcze lepiej – radio. No, ale telewizja – to jest dopiero coś. Jakież możliwości manipulowania ludźmi, ich losem, jakiż podziw i czołobitność ze wszystkich stron. Doprawdy trzeba być naprawdę uczciwym i mieć charakter by nie ulec pokusom. Czy te buźki z okładki „Polityki” takie są?
Nie ma monarszego, wielorządowego dziedziczenia, nie ma dozgonnych posad, ale są apetyty. I tak trudno się rozstać. Już nawet dyplomy nie decydują. Można je sobie wieszać nad łóżkiem lub w toalecie. Pokaż co potrafisz, przekonaj, że potrafisz. Ale do TV-Radio dostaniesz się tylko z rekomendacji. Nepotyzm, protekcja są mniejszym złem dla tych „na dole”. Ale mianowanie „szefów” to już później straty i koszty bolesne i ogromne.
Przed kilku laty zaczęły się te niewyobrażalne dla wybranych (czytaj: swoich) odprawy nawet za bardzo krótkie okresy pracy. Kontrakty do dziś gwarantują pseudo-niezastąpionym pieniądze jeszcze przez lata, mimo odsunięcia od stanowisk. W Łodzi jest „specjalistka”, która najpierw chroniła przed krytyką swoich prywatnych dobroczyńców, a teraz, gdy już zupełnie nic dla telewizji nie robi – nadal bierze szmal, bo ma kontrakt. A z czego to brać? Jeszcze niedawno najwyższe władze mówiły telewidzom: nie płaćcie abonamentu. Teraz kręcą i znowu przygotowują jakiś zastępczy twór, czyli zmienioną nieco ustawę. Wypierają się tego, że ośmieszały płacenie abonamentu… itd. itd.
Dopływy finansowe wysychają. I stąd takie pomysły: idole, gwiazdeczki zachęcajcie do udziały w głupawych quizach i loteriach: wystarczy wysłać sms. Ale dlaczego robią to „redaktorzy” telewizji! To przecież podkopywanie i tak już ich wątłego autorytetu dziennikarskiego. Jak mają być wiarygodni i słuchani potem, kiedy zadają pytania lub dyskutują z gośćmi przed kamerami. Toż to „chłopcy na posyłki”. Szefostwo każe zadawać ludziom głupie pytania, telewizja naciąga na kosztujące kilka złotych sms-y – no to oni grzecznie wykonują polecenia. I co? Nico? Związki zawodowe, które powinny m.in. bronić pracowników przed molestowaniem, lobbingiem i zwykłym ośmieszaniem – nie interweniują, choć jest ich w telewizji kilkadziesiąt. Niektórzy z prezesów tych związków swoje funkcje pełnią już po kilkanaście lat. I co? Nico. Parkinson i pretensje wszystkich do wszystkich. A ryba psuje się oczywiście od łba!
Na honorowym tronie sadza się ludzi, którzy na początku szeroko ogłaszają, że coś zrobią, ale przedtem „przekonsultują”, naradza się. I trwa to miesiące. Najczęściej jednak ich rządzenie trwa krócej. I tak wkoło Macieju. Czas przerwać ten chocholi taniec. No, ale jak?
Oczywiście, że można: poprzez otwarty, pokazywany w telewizji (choćby po 12-tej w nocy) konkurs-program. Chcemy zobaczyć i posłuchać tych orłów, którzy mieli odwagę zaproponować siebie. Chcemy ich poznać. A jeszcze bardziej dowiedzieć się, co mają konkretnie do zaproponowania. Jak wyobrażają sobie „1-kę”, „2-kę”, programy lokalne, „Polonię” i kanały tematyczne. „Orły” wystąpcie przed kamerami „na żywo” zanim złożycie to swoje „jojo”. Niech będzie świeże. Nie chcemy już zbuka!
Ludzie czego wy się boicie? Żeby wyszła i wylała się z ekranu niewiedza, wrodzony strach i nabyte asekuranctwo. Oglądający was nie będą głosować. Ale tylko zapamiętają – kogo zobaczą i co usłyszą. Niemniej decydenci – jacy by nie byli – będą musieli liczyć się z tym, co na wierzch wylezie. Będą się wstydzić wybrać kompromitująco, pod wpływem nacisku towarzyszy. Taki konkurs – wybory przy otwartej szeroko kurtynie mógłby być bardzo atrakcyjnym programem telewizyjnym. Rywalizacja byłaby wszak nie o pietruszkę, ale o konkret. I to nie byle jaki. Emocje, ambicje, pomysły wszystko by iskrzyło. I na pewno odnotowalibyśmy niezwykle ciekawe odkrycia. Należałoby potraktować konkurs, jak rywalizację wręcz sportową. Dlaczego kapturowe wybory odbywać się mają nadal w zamkniętym kręgu tych samych osób, które klepią w kółko recytację o swoich osiągnięciach i karierze. Niech wygra ten, który zaproponuje najlepsze rozwiązania na dziś i jutro. „Wczoraj” się już zresetowało!
Stefan Truszczyński
21.03.2011
