Po co nagrodę? Wykwit, czy uwiąd?

Są dla nagradzanych, czy dla nagradzających? Z lat początków naszej transformacji pamiętam chłopaka, no – młodego mężczyznę, który przyjechał do Warszawy z małego miasteczka i wymyślił SUPER NAGRODĘ dla BIZNESMENÓW - z tym, że wpisowe do „Konkursu” było niemałe. A z drugiej strony obietnice kuszące: występy w telewizji, wywiady. Agitował zręcznie kandydatów na MISTERÓW, a na drugą nóżkę wziął się za decydentów – większych, mniejszych – medialnych. Tych pierwszych (częściej „pierwsze”) uwodził przebojowością i wdziękiem, tych drugich – drobnymi prezentami, kolacyjkami… ze śniadaniem itd. I zadziałało. Konkurs przybrał wagę ogólnopolskiego. Zwycięzców zaczęto nagradzać w największych historycznych salach warszawskich zamków i pałaców. Przybywali na nie „I-si”, artyści i celebryci (choć wtedy jeszcze tak się ich nie nazywało).

Lipa! Owszem, ale i sukces. Już nie „rąsia, klapa, buźka” – ale kamera i medialny szum. To napędzało interesy, przyspieszało otrzymanie kredytu. Wszyscy byli zadowoleni: chcesz być sławny i bogaty – najpierw zapłać.

Potem wymyślono jeszcze lepiej: PRESTIŻ! No jasne – trzeba nagrodzić kogoś wybitnego ze świata! Że nie przyjedzie? Spoko. Przyjeżdżali. Nawet ci z najbardziej pierwszych stron najważniejszych periodyków of the World. Wypinali pierś, a polski juror (bezstronny – tj. taki, który na stronach ważnych nie bywał) wręczył im złotą statuetkę. (Myślę, że forsy chyba nie? Choć kto wie?). Podobno nawet prezydent Reagan nie pogardził czekiem od polskiego neo-biznesmena; przed wręczeniem niewiele o owym biznesmenie słyszano, ale gdy przyjął go sam b. Prezydent USA i wziął money na swoją bibliotekę – no to usłyszeliśmy o nim przynajmniej w Polsce. Pecunia non olet!

Tak więc pomysł młodego człowieka był prosty. Na nieszczęście dla niego nie mógł być niezauważony – zresztą wszystko robił, by zauważonym być. Ale pojawili się naśladowcy. Konkursy zaczęły się mnożyć. Biznesmeni już się dorobili i zaczęli wręcz ukrywać swoje sukcesy. W szranki ruszyli aktorzy (w tym klepacze serialowych tekstów), pacykarze dwu i trzy-wymiarowi, pół- i ćwierć-redaktorzy, a także idole – wodzireje, politycy – wygadani i przegadani (notabene – wychodzący z użycia i kurczowe jeszcze i trzymający się brzytwy). Kupa luda.

Rosły też szeregi jurorów. Bo zwycięzcy stawali się decydentami w roku następnym. Przez co konkursy zaczęły być „mono” – wyniosły do nagród ludzi tylko z tej samej opcji politycznej, z tego samego środowiska lub sitwy. Dywan stawał się ważniejszy niż ci, którzy po nim dreptali.

Wiadomo, że kobieta włoży na siebie wszystko – byle się wyróżnić. Teraz „chłopy” zaczęli zdejmować wszystko, byle się pokazać. Fu! „Big Brother” przełamał opory. Wprawdzie się szybko znudził, ale jednak przynajmniej strażnik porządku wskoczył do Sejmu. Siedzi cicho i przynajmniej nie szkodzi. Panienki, które wpuszczały do najbardziej pożądanego wówczas baraku, też porobiły kariery.

A więc zacząć karierę od kiczu nie zawsze okazuje się takie głupie. (Ciekawe co bracia Mroczkowie będą w przyszłości robić? Choć może ich „M jak M” będzie forever). Szmira jest nieśmiertelna.

Niech więc żyją konkursy! Sam zatem ogłaszam teraz „burzę mózgów” w tej sprawie i zgłaszam:

  1. Konkurs na speakera-prowadzącego telewizyjnego, który ma najgorszą dykcję (albo np. mówi „z amerykańska” by przypomnieć, że był, studiował w USA)

  2. Konkurs na rekordzistę, który zaliczył najwięcej rad nadzorczych

  3. Konkurs na dziennikarza, który jest bardzo, bardzo „wzięty”, choć jeszcze bardziej nadęty

  4. Konkurs na dziennikarkę – która najczęściej przerywa i zaprasza gości jedynie po to, by im powiedzieć co myśli, a wcale jej nie obchodzą poglądy zapraszanych

  5. No i na koniec – niech też będzie – konkurs na miłego, sympatycznego, kompetentnego, obiektywnego i życzliwego ludziom odpytywacza radiowo-telewizyjnego; obojętne czy go widać, czy tylko słychać. Nagrodą będzie możliwość napisania felietonu na naszą – tą tu właśnie stronę internetową (sdp.pl). Z nie do odrzucenia propozycją, by honorarium przekazać na biedne, wyjące z tęsknoty bezpańskie psy.


 

Stefan Truszczyński

1 kwietnia 2011

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl