Zaczęły się transmisje kolarskie. Prawie 300. kilumetrowy wyścig dookoła Flandrii to nie tylko gratka dla kibica sportów rowerowych, ale i okazja, by zobaczyć kraj po którego – tym razem – wąskich i kociołbiastych drogach się ścigano. Kamera przed, za, z boku, a nawet z góry – z helikoptera – pokazuje nie tylko zawodników, ale przy okazji wszystko dookoła. Dla mnie – przyznaję – te wspaniałe i długo ciągnące się widoki Holandii, Francji, Hiszpanii, czy Włoch to magnes silniejszy niż obserwowanie pedałowania. Dzięki – „Euro Sporcie”. Dzięki też za komentatorów, którzy dotychczas w sposób dość niebanalny wzbogacali sportową relację.

Ale po przerwie zimowej coś się niedobrego stało. Już na początku sezonu panowie Krzysiu i Tomek – bo tak też do siebie na antenie szczebiotają – popadli w daleko idący „luz”, a nawet „luzik”. Przez pewien czas było to do wybaczenia, ale gdy zaczęli chwalić kolegów dziennikarzy rozdając cenzurki, gdy przeszli do tematu narzeczonych – tego już za wiele. Może by ktoś w tym „Sporcie” trochę kolesiów zmitygował: luzik – luzikiem, ale uwaga - bo bełkocik o krok.

Krzysiu i Tomek nie są wyjątkami. Paplanina radiowa po godzinie 9-tej w „Jedynce” publicznej – to już norma. W studio się bawią, a słuchacze – mniej. I do tego jeszcze te ogłupiające konkursy, których pytania wymyśla się specjalnie na poziomie inteligentnego przedszkolaka, żeby uruchomić jak najwięcej „mądrali” i nabijać kasę.

Luz, improwizacja jest możliwa dopiero wówczas, gdy przekaz jest kompletny i ciekawy. Radio przez dziesiątki lat podśmiewało się z telewizji, która była „dla wszystkich”, podczas gdy radio – dla wybranych. Juliusz Owicki, Stefan Wysocki przewracają się w grobie – ach czemuż im to robicie młodzi klepiący byle co i byle szybciej. Spoko! Wyluzujcie. Jest dość różnych komercyjnych stacji, które prześcigają się w bełkocie. „Jedynka” – już z samej nazwy to zobowiązuje.

Oczywiście zaraz ktoś powie, że to nie dla starych nudziarzy, bo młodzież, młodzi…itp. Nieprawda. Te szczebiotki, ci „szczebiocińscy”, których słucham to znowu nie taka młodzież. Czasem zresztą dają nam znać o tym – mówią o dzieciach, o rodzinach. Ale wybór tematów, zakres jest ubogi. Nie czuje się, że nasi radiowi przewodnicy czytają książki, oglądają filmy, chodzą do teatru, że się rozwijają. Boją się za to jak ognia spraw ważnych. Boją się powiedzieć po prostu co myślą, Nie chodzi oczywiście o agitację. Chodzi o osobowość. Choćby jej cząstkę.

Poza niechęcią do solidnego przygotowania się przed programem waży to, ze biegają między radiem i telewizją – tu trochę i tam też. Ple, ple; luz-blus i do kasy. Zbyt duża ufność w swoje otrzaskanie, rutynę, ch-cha-cha z koleżanką – a w sumie zimna „de”.

A gdzież tam pochowali się redaktorzy odpowiedzialni? Radio zawsze miało wspaniałych nauczycieli. Wymagających. Nie wpychali się na fonię, ale baczyli, by ci dopuszczeni doceniali wyróżnienie. W końcu przecież mówią „na żywo” do setek tysięcy ludzi. Ciągle cierpliwych i jeszcze ufnych, że to ich radio jest ważne i mądre. Cierpliwości lepiej nie nadużywać.

Polityczne nominacje na szefów źle służą. Kiedyś mówiło się, że rządzą „wicie-rozumicie”. Dziś jest z kogo wybierać. Ale trzeba wybierać. Za niedługo już otrzymamy nowych prezesów telewizji publicznej. Wybiera się ich w tej chwili w szczelnie zamkniętych konkursach. Spółki spółkują za spółkowymi radami. Nadzorcy nadzorują nadzorowanych, którzy jeszcze przed chwilą byli nadzorującymi. Romans toczy się w tym samym gronie. A wiadomo, że plemię, które kotłuje się stale w tym samym kręgu - to i geny ma coraz słabsze, a osobniki szybko się degenerują.

Czy nadal ma być tak jak jest? Mandaty zależą - od uznania szefów partii, miejsca w radach, zarządach – tym bardziej. Jeszcze by taki jeden z drugim wyskakiwał potem z jakimś rewelacyjnymi zmianami. Nie wygra niestety znowu tego konkursu ten, który ma pomysł co zrobić z niewydolnym monstrum. Wygra grzeczny i spolegliwy luzak, luzaczek, spolegliwy koleś. Dalej będzie się publicznie klepać o ważności misji. Narady, wywiady. I nadal będzie obowiązywać ręczne sterowanie. To woda na młyn komercyjnej konkurencji, która wykupi najpierw z telewizji publicznej reklamy oferując za nie stały ryczałt, a potem pożre całą TVP, jak to wkrótce zrobi z regionalnymi ośrodkami.

A abonament? A pies go drapał. Będzie tego trochę – to i przyda się, ale poważnie przecież nikt się nie będzie tym zajmował. Posłowie, ministrowie mają tyle roboty z samym sobą. Muszą śledzić bez przerwy co przeciwnik powie i natychmiast ripostować. Ważne by szybko. Jutro będzie już nowa afera.Partyjne lizuski jak harcownicy wysuną się o długość przed szereg. Ale tylko na chwilę, na moment by wyręczyć szefa. I do szeregu. Nie wychylać się. Tak jak w Radiu, tak i w Telewizji: na luzie, na luziku…

A kraj za oknem? Łąki i pola, miasta, miasteczka, drogi asfaltowe i żelazne – to wszystko jest przecież drugoplanowe. Będzie tak, jak we Flandrii: kolarze kręcili pedałami przez 6 godzin, a wygrał w końcu ten, co najlepiej się przyczaił. Tak samo jak w polityce, w telewizji wygra nie najlepszy, a „ustawiony”. Znowu – nawet po coraz krótszym czasie – usłyszymy jęk zawodu. I puste gadanie – pytanie: dlaczego nie wybrano fachowca - dziennikarza, pisarza, twórcę; z dorobkiem, nazwiskiem, odwagą. Dlaczego przez wyborem znowu nie pokazano nam tych panów (bo Pani tam chyba w ogóle nie ma)?

Dlaczego? Bo nie! Bo tak się nie robi! – twierdzą miłośnicy korporacyjnych statusów specjalnych. Zasłaniają się kodeksem handlowy. I tak znowu wracamy do poziomu fabryki śrubek. Telewizja publiczna znowu będzie się głównie martwić o tele–loterie i nowele. A jej gwiazdy będą wykonywać każde zadanie, które wyznaczy szef (mający oczywiście swojego szefa). Bo politycy od mediów się nie odczepią: władzę – oddamy, ale mediów – nie!

Stefan Truszczyński

6 kwietnia 2011

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl