Niedawno jechałem pociągiem. Nic w tym dziwnego. Ale żeby zaraz rozmawiać o Heglu?
O Heglu – poważnie - przedostatni raz rozmawiałem z ks. prof. Józefem Tischnerem w 1994 roku. Nagrywałem program dla regionalnej telewizji. Program „Kim Pan Jest?” był wywiadem. A ksiądz Tischner mówił w nim o swojej fascynacji niemieckim filozofem.
Dialektyka: „kot ma dwie nogi z przodu i dwie z tyłu” – tak mój kolega na pograniczu paranoi określił sposób heglowskiego myślenia. Zapomniał o całości. Bo dla Hegla liczy się całość. Jest teza, potem anty-teza, następnie synteza, która staje się kolejną tezą, i tak dalej, w spiralnym procesie ku coraz wyższym stopniom wtajemniczenia i ewolucji Absolutu. Porzucę myśl o Absolucie, by porozmawiać o miłości.
Z kolegą w pociągu rozmawiamy o miłości i nienawiści. Kolega, politolog, wskazuje, że bez tego wzajemnego przyciągania i odpychania nie byłoby polityki. Chyba ma rację. W kontekście Smoleńska jest to oczywiste. Ale czy nie byłoby też telewizji?
W telewizji jej pełno – „M jak miłość”, „Prosto w serce”, „Kocham Cię Polsko”. Na drugim biegunie nienawiść – wzajemna nienawiść polityków do siebie – z upodobaniem. W czas rocznic nienawiść wybucha jasnym płomieniem, a telewizja ten płomień podsyca, nie gasi. Może warto by na odwrót?
Upodobanie do nienawiści rodzi zależność. Rodzi niewolnictwo. I znów przychodzi z pomocą Hegel w słynnej rozprawie o Panu i Niewolniku. Niewolnik potrzebuje Pana, żeby istnieć, tak jak Pan Niewolnika. W tym wzajemnym uzależnieniu zamieniają się rolami – Pan staje się Niewolnikiem. Politycy w telewizji opluwający się nawzajem, bo bez tego żyć nie mogą. Nie byłoby Pana X, Y, Z, gdyby nie jego niewolnicze alter – ego anty-X, anty-Y, czy anty-Z. Wszystko pozostaje w kręgu nienawiści. W tym kręgu istnieje teza (Ja) i antyteza (mój przeciwnik, czyli nie-Ja). Ale nie ma syntezy. Bo nie ma kompromisu, bo politycy nie dostrzegają , że zamieniają się w swoje przeciwieństwa; pan N. staje się panem K. i odwrotnie, i obaj nie mogą bez siebie istnieć. Dialektyka polityki. Dialektyka nienawiści.
Mój kolega w pociągu mówił o nienawiści, a Adam Krzemiński w „Polityce” napisał o mediokracji. Media – wg tej tezy – wymuszają na politykach określone zachowania. Znowu winne są media, a politycy jak psy spuszczone ze smyczy rzucają się na przeciwnika w programach Moniki Olejnik, Bogdana Rymanowskiego, czy Tomasza Lisa. Niewinne baranki podpuszczone przez dziennikarskie „hieny”. Pan X mówi A, pan Y mówi B, i obaj MUSZĄ mieć rację i nigdy nie może być tak, żeby prawdą było AB.
Hegel rozumiał dialektykę jako ścieranie się idei, Arystoteles jako dysputę filozoficzną. Obaj mogliby być wzorcem dla brylujących w mediach rozmówców. Nie kto inny bowiem jak Arystoteles wymyślił etykę złotego środka, gdzie skąpstwo i rozrzutność godzone były przez hojność, a zuchwalstwo i tchórzostwo przez męstwo. Poszukiwanie środka jest odrzuceniem skrajności, które kruszeją w poszukiwaniu prawdy, bo ta –jak głosi znane porzekadło – zawsze leży po środku.
Ale czy taka zasada mogłaby być środkiem do władzy? Od Arystotelesa i Hegla lepsi będą Machiavelli i Schopenhauer. Cel jest najważniejszy, a sztuka rozmowy polega na takim zmanipulowaniu faktami, żeby wyszło na moje. Dziennikarze też wiedzą, że kompromis mało kogo interesuje. Dlatego nie pamiętamy dziś o tych, którzy mądrze dyskutowali, a chętnie sięgamy po środki prowadzące prosto do celu.
Marek Palczewski
27 kwietnia 2011
