Spotkał mnie znajomy i powiedział: „nie bądź psem ogrodnika”. Zacząłem się obwąchiwać, bo do tej pory wydawało mi się, że byłem psem stróżującym – watchdogiem, a teraz nagle miałbym być „dogiem in the manager”? Niestety, znajomy miał rację.
„W sklepie LM (skróty pochodzą od autora felietonu - mp) skórzane kurtki będzie można kupić za połowę ceny. O 30 proc. obniżona będzie odzież dla kobiet marki M. i torebki L.M.” „Panowie ucieszą się z oferty P. (60 procent zniżki na wybrany asortyment) i P. – o 20 proc. taniej”. Nigdzie nie ma wyjaśnienia, czy artykuł (podpisany z imienia i nazwiska) o tych zakupach został wydrukowany na stronach redakcyjnych, czy może już reklamowych? Czy płaci za niego redakcja, czy sponsor?

Niedawno toczyliśmy spór jakiego dziennikarstwa potrzebujemy: dziennikarstwa poważnego czy tabloidalnego? Teraz wiem: chcemy dziennikarstwa, na którym się zarabia. A zarabia się na reklamach, więc po co się buntować? Pies ogrodnika – sam nie zje, drugiemu nie da. Tak jak ja.
Dawno, dawno temu dziwiłem się. Dziś już się nie dziwię, ale sam zjeść nie potrafię. Najwyżej ugryźć i zaszczekać, tak jak teraz. Ale ta karawana i tak pojedzie dalej, a nawet jeszcze dalej.
Znam wielu dziennikarzy-reklamiarzy. Pisał o nich w felietonach Stefan Truszczyński. Ale niech tam, niech przynajmniej nie ukrywają, że reklamują. A tu, na normalnych stronach, stronach nieodróżnialnych od redakcyjnych: „To dobry moment na zakup zegarka – w STZ niektóre modele będą tańsze od 20 do 40 procent”. „ Cygara marki D mają kosztować już od 17 złotych”. A po ile wierszówka? Kto udaje, że niczego nie reklamuje: gazeta, dziennikarz, firma, wszyscy? I kto nas robi w konia? Przepraszam – w psa ogrodnika.
Kilka lat temu w dużym mieście wojewódzkim leżącym w promieniu 120 km od stolicy nocną porą skoczek ekstremalny wykonał skok z budynku w samym centrum miasta. Następnego dnia poważna gazeta dziesięciokrotnie podała w tekście artykułu informację o marce kombinezonu, który miał na sobie ów skoczek, i trzykrotnie powołała się na wypowiedź rzecznika tej firmy odzieżowej (D), który „oczywiście” nic o skoku nie wiedział. Był to naprawdę mistrzowski skok.
Gazeta, w której ukazały się wymienione wyżej teksty ma swoją własną kartę etyczną, a w niej można przeczytać, że „jest miejscem, w którym pracownicy są dobrze wynagradzani, najlepsi zaś - bardzo dobrze”. Czy dlatego, że piszą teksty jak z folderu reklamowego? Czy muszą to robić, żeby zarobić?
Pies ogrodnika, wiadomo, sam nie zje i drugiemu nie da, choć tyle dobra marnuje się dookoła. A przecież każdy – zapewnia autor artykułu - kto wyda w K. więcej niż 30 złotych dostanie „firmową deseczkę na notatki”. Na upominek mogą też liczyć ci, którzy zrobią zakupy w drogerii.
Szkoda, że tylko pies ogrodnika nic nie dostanie, bo pisać nie umie i ma pieskie życie, a w ogóle to niech siedzi w budzie, skoro taki głupi. Fucking dog!
Marek Palczewski
19 maja 2011
