Akurat tego dnia, kiedy Grzegorz Braun na początku kwietnia odbywał spotkanie ze studentami na KUL w Lublinie, moi nowo poznani rozmówcy w Warszawie polecali mi filmy tegoż reżysera, jako oryginalnego i dociekliwego dokumentalisty. Kika dni potem ci sami znajomi przesłali mi linki do jego filmów chodzących na YouTube. Nawał zajęć, piętrzący się podwójnie, gdy osobnik jest tak nieskoordynowany jak ja, zwany potocznie bałaganiarzem, nie pozwolił mi na obejrzenie żadnego z rekomendowanych filmów. Mimo to zaszło dziwne zjawisko. Ulotna, w dodatku nie skonsumowana percepcja jakiejś nieznanej mi części twórczości Grzegorza Brauna, sprawiła, że stał się on mi osobą bliską. Oczywiście, w ograniczonym zakresie. W każdym razie kimś, o kim myśli się ciepło. Komu by się chciało pomóc, gdyby spotkały go jakieś kłopoty, czy przykrości.

 

I oto niespodziewanie wybuchł skandal, którego głównym, niestety, negatywnym bohaterem, najczarniejszym z możliwych charakterem, okazała się moja nowa sympatia. Jeszcze nie zaczął się z nią romans w sferze intelektualno-estetycznej: artysta – jego fan, a tu taki klops.

Przyjąłem tę osobistą także porażkę z godnością.

Zdałem sobie szybko sprawę, przed jak trudną sytuacją stanęły media. Rzecz stała się tak głośna, że udawanie, iż się o niej nie wie, byłoby najgorszym z możliwych wyborów. Więc trzeba o zdarzeniu – nie chcę udawać „twardziela” lub idiotę i mówić, że to nie jest przykra dla mnie sprawa – mówić i pisać. Schody zaczynają się dopiero w chwili, gdy próbuje się pełnić funkcję sobie przypisaną –informować o wszystkim, co prawdziwe i ważne.

 

Jedna z gazet centralnych zrobiła rozmowę z ważną postacią ze świata nauki KUL. Profesor ów z ogromną pasją wypowiadał się krytycznie o wypowiedziach Grzegorza Brauna, dezawuujących niedawno zmarłego Wielkiego Kanclerza KUL, abp. Józefa Życińskiego. Ta sama gazeta udostępniła swoje łamy na rozmowę z negatywnym bohaterem, który bez żadnych zahamowań brutalnie uderzył powtórnie w zmarłego duchownego. Tę zdawałoby się wyczerpującą dawkę opisu, mówiącego o skutkach spotkania dla uczelni wzmacniał rozsądny komentarz. Wydaje się, że gazeta ta spisała się wzorowo. Stworzyła szanse wypowiedzi obydwu stron gorącego sporu i jeszcze dodała komentarz, pokazujący punkt widzenia redakcji. Można powiedzieć, że gazeta ta dochowała wierności podstawowym kanonom sztuki dziennikarskiej. Czy jednak w sytuacji, kiedy sprawca skandalu pogłębia i rozszerza jego wymiar, powtarzając niezwykle drastycznym, by nie rzec brutalnym językiem wypowiadane wcześniej w wąskim kręgu oskarżenia, należało bez żadnych barier je przytaczać? Czy nie można ich było przypomnieć w pastelowych barwach, nie tracąc nic z ich siły, ale nie dopuszczając na swe łamy dosadności ocierającej się o prostactwo? Być może taki język jest właściwy, wówczas gdy stoi się z chorągwią na barykadzie pod ogniem sił tłumiących krwawo wolnościowy zryw. Obraźliwe epitety nawet w sytuacji koślawej demokracji nie są dobrym przewodnikiem w drodze do prawdy.

Nie znaczy to, że straciłem serce do filmów Grzegorza Brauna. Może w nich wyczytam rzeczy, które mnie pokrzepią.

 

Jerzy Jachowicz

 

20 maja 2011

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl