Nie śledzę zbyt pilnie sporów wokół przyczyn katastrofy smoleńskiej, ale wczoraj obejrzałem niespodziewaną telekonferencję rosyjskich ekspertów lotniczych w Moskwie. Z jakiegoś powodu najbardziej wsłuchiwałem się w to, co mówił ekspert Smirnow. A więc, że nie jest uwikłany w politykę, że jest po prostu fachowcem, który ileś tam tysięcy godzin spędził w powietrzu, że obchodzą go tylko fakty. Naprawdę. Szczerze. Serce na dłoni. Wierzcie mu, kiedy mówi, że rosyjscy kontrolerzy ruchu lotniczego na lotnisku Siewiernyj nie mieli wpływu na to, co się stało. Równie dobrze w wieży kontrolnej mogłyby siedzieć szympansy. Lądowanie zależało wyłącznie od polskich pilotów. Dlaczego ja mu nie wierzę? Nie tylko dlatego, że moje pokolenie prawdopodobnie nigdy w pełni nie zaufa Rosjanom z jego pokolenia, nawet, jeśli wypierają się związków z obecnym establishmentem. Kiedyś należeli do establishmentu sowieckiego i to w nich zostało. Po uszy tkwią w etosie czekisty nakazującym oszukać przeciwnika, a przeciwnikiem jest każdy, kto nie jest z nimi.
Nie wierzę Smirnowowi przede wszystkim, dlatego, że dawno temu mój ojciec pracował w kontroli lotów na wojskowym lotnisku Bemowo w Warszawie i często powtarzał, że gdyby coś się stało (wypadek lotniczy - przyp. mój), to jego pierwszego zamkną w pudle. Odpowiedzialność, która na nim ciążyła była źródłem permanentnego stresu i w końcu choroby.
Jeśli małpy mogą pracować w wieżach kontrolnych, to dlaczego strajki kontrolerów paraliżują od czasu do czasu największe lotniska świata? Dlaczego w takich sytuacjach dyrekcje kontroli lotów nie zwracają się o pomoc do ogrodów zoologicznych? To są moje pytania do eksperta Smirnowa.
Marek Pieczyński
