Skąd ten raban?
Pod koniec zeszłego miesiąca Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ogłosiło kto dostanie pieniądze w ramach jednego z programów ministerstwa noszącego nazwę „Priorytet 5 Wydarzenia Artystyczne: Czasopisma”. W zeszły poniedziałek na portalu SDP pojawiła się rozmowa z Igorem Janke – autorem listu otwartego do ministra Zdrojewskiego, w którym Janke zadaje pytanie dlaczego w decyzji o dotacjach zachwiany został pluralizm. Publicysta „Rzepy” prosi także Bogdana Zdrojewskiego o ponowne zastanowienie się czy „Fronda” i „Pressje”, które nie znalazły się na liście dotowanych czasopism, może jednak dostaną ministerialne fundusze. Okazało się później, że pieniądze się znalazły.
Z kolei w połowie lutego Bronisław Wildstein, Piotr Semka, Tomasz Terlikowski, Rafał Ziemkiewicz, Anita Gargas, Joanna Lichocka, a nade wszystko Ewa Stankiewicz i Jan Pospieszalski podnosili raban, że wolność słowa w Polsce jest zagrożona, gdyż wspomnianym ludziom podziękowano za współpracę z Telewizją Publiczną i Polskim Radiem. Co prawda podczas zorganizowanej przez konserwatywnych dziennikarzy konferencji prasowej nie padło słowo „pluralizm”, to jednak mówiono o niedopuszczaniu do głosu wyrazicieli pewnej „wrażliwości”, która różni się od „wrażliwości” mainstreamowych mediów, takich jak „Gazeta Wyborcza” i TVN. Cokolwiek miałoby to znaczyć.
Z dwóch przytoczonych wyżej faktów można wywnioskować: w Polsce ogranicza się swobodę wypowiadania prawicowo – konserwatywnych dziennikarzy, nikt nie dba o pluralizm mediów, części opinii publicznej knebluje się usta.
A jak jest w rzeczywistości? Przypomnijmy, że pieniądze dla faworyzowanych przez Igora Jankego redakcji się znalazły. (Na marginesie, dla „Krytyki Politycznej” znalazło się 140 tys. zł, dla „Frondy” znalazło się 80 tys. zł, a dla takiego „Liberte!” czy „Kultury Liberalnej” nie znalazła się ani złotówka). Dalej, należąca do Skarbu Państwa „Rzeczpospolita” (a konkretnie jej wydawca Prespublica) wydaje od niedawna nowy tygodnik, na łamach którego wypowiadają się tacy publicyści jak Rafał Ziemkiewicz, Bronisław Wildstein czy Piotr Semka. O internetowej aktywności tych dziennikarzy nie będę wspominał, bo każdy wie, że portal Salon24 cieszy się dużą popularnością, podobnie jak witryna fronda.pl czy strona „Gazety Polskiej”. Zatem, jeśli ktokolwiek związany światopoglądową z polską konserwatywną prawicą chce się wypowiedzieć to ma taką możliwość. I to w należących do państwa mediach.Problemem jest rzeczywiście Telewizja Publiczna, ale to temat na osobne, bardzo długie rozważania. Poza tym, pojawiły się pomysły powrotu Pospieszalskiego do TVP, więc chyba aż tak tragicznie nie jest.
Z kolejnych przytoczonych faktów może zatem wynikać, że pluralizm w Polsce może i owszem jest zagrożony, lecz nie jest marginalizowana ani prawica ani lewica, lecz liberalne centrum. Konkludując, oburzenie środowisk związanych z „Rzeczpospolitą”, „Uważam Rze” (swoją drogą, czy tytułem tego tygodnika nie powinna zająć się Rada Języka Polskiego? Pomysł niby ciekawy, ale zgrzyt pozostaje, a i młodzież może utrwalić sobie ortograficzne błędy) i „Gazetą Polską” jest dla mnie niezrozumiałe. Skoro, jak twierdzą konserwatywni dziennikarze, osoby podzielające ich wizję rzeczywistości są „cichą większością” w Polsce to odbiorcy ich programów i czytelnicy ich gazet nie pozwolą im zginąć. Platform (to chyba niefortunne słowo w tym kontekście, ale felietony mają też przecież prowokować) do publicznego wypowiadania się jest wiele, a i pamiętać należy, że tradycyjne media – prasa drukowana, telewizja, radio – tracą na znaczeniu kosztem mediów elektronicznych. A przecież prawica w sieci trzyma się nieźle, zatem skąd ten raban?
Może po prostu wygodnie jest przedstawiać siebie jako pokrzywdzonego niż jako beneficjenta systemu. Współczucie dźwignią handlu?
Paweł Luty
Redaktor portalu sdp.pl
