Pat w SDP – może się podzielimy?
Seweryn Blumsztajn proponuje podzielenie SDP. Stwierdza, że aczkolwiek dawno już zrezygnował z członkowstwa w Stowarzyszeniu, to przecież „pozostaje ono jedyną organizacją z przyzwoitą tradycją i reprezentuje polskich dziennikarzy za granicą. Nie jest więc dla nikogo w tym środowisku obojętne kto SDP rządzi”. Jednakże podziały w środowisku dziennikarskim są na tyle radykalne, że nie ma – zdaniem autora artykułu w „Gazecie Wyborczej” - możliwości wybrania takich reprezentantów, których wszyscy by zaakceptowali.
Blumsztajn nie wyobraża sobie obecności w jakimkolwiek stowarzyszeniu z Sakiewiczem, czy Ziemkiewiczem. Dlatego, jeśli nie możemy być razem to może się podzielmy – proponuje Blumsztajn.
Chce się też dogadać, co do użytkowania wspólnego majątku SDP, bo jego zdaniem łatwiej dogadać się w sprawie pieniędzy niż ideologii.
„Powołajmy więc dwa odrębne stowarzyszenia. Ja w każdym razie przyrzekam, że do takiego umiarkowanego, liberalnego i proeuropejskiego zapiszę się natychmiast. Nie będę się specjalnie kłócił o szczegóły deklaracji ideowej i składki też zapłacę” - pisze Seweryn Blumsztajn.
Czytaj: http://wyborcza.pl/1,75968,9732748,Pat_w_SDP___moze_sie_podzielmy.html
mp
O zjeździe SDP i kondycji dziennikarzy pisze Agnieszka Romaszewska na salonie24.pl
No i mamy pasztet - stwierdza autorka. - Nie ma nowego prezesa SDP, choć ostatecznie mój wniosek o zmianę regulaminu obrad i uznanie głosów wstrzymujących się (przeciwko obu kandydatom) za nieważne - przeszedł z wielką ulgą zgromadzonych, choć po krótkich i dramatycznych bojach z upartymi zwolennikami prawa do destrukcji.
Autorka opisuje zmagania wyborcze Grzegorza Cydejko z Krzysztofem Czabańskim. Róznica w liczbie oddanych na nich głosów w kolejnych wyborach była niewielka, wciąż jednak nie uzykiwali oni wymaganej bezwzględnej większości 50 procent plus jeden. Romaszewska komentuje postawę wstrzymujacych się od głosów, stwierdzając: "Zjawisko było o tyle interesujące, że pokazywało słabość demokratycznej kultury: koledzy nie byli bowiem w stanie zgłosić żadnego innego kandydata. Krzysztof Skowroński ostatecznie się nie zgodził. Ale nie było też mowy by "ogólnie niezadowoleni" uznali werdykt pozostałych. Bronili prawa do liberum veto jak niepodległości."
Romaszewska omawia podziały wśród delegatów i zauważa, że to, co przeciwnicy ze zwalczających się obozów wyobrażają sobie na swój temat "przekracza bujną wyobraźnię bajkopisarzy". Poziom wzajemniej nieufności - jej zdaniem - podnosi włosy na głowie.
Mimo to autorka zauważa pozytywne aspekty zjazdu: zaangażowanie delegatów, wytrwalość, fakt, że do ostatniego głosowania dotrwali niemal wszyscy delagaci przybyli na zjazd. Ponadto nikt nie zakwestionował - pisze Romaszewska - opinii, że "nie można się potulnie zgadzać na to by nasz zawód sprowadzał sie do płatnej prostutucji na usługach polityków i biznesu"
czytaj:aromasze.salon24.pl/313172,zjazd-sdp-i-kilka-slow-o-kondycji-zawodu
mp
Prawica omal nie wzięła SDP
W artykule w „Gazecie Wyborczej” Wojciech Czuchnowski opisuje wybory nowego prezesa SDP. Pisze, iż zjazd „poprzedziła mobilizacja dziennikarzy prawicowych i wspierających PiS, którzy zapisywali się do Stowarzyszenia, otwarcie mówiąc, że chcą przejąć w nim władzę”.
W czasie zjazdu prawica (określenie użyte przez W. Czuchnowskiego – red.) miała 60 delegatów, którzy poparli Krzysztofa Czabańskiego w wyborach na szefa Stowarzyszenia.
Krzysztof Czabański – podkreśla GW - w czasach rządów PiS kierował Polskim Radiem, a w latach 90. był naczelnym "Expressu Wieczornego", gdy właścicielem tej gazety było Porozumienie Centrum - partia Jarosława Kaczyńskiego.
Przeciwko Czabańskiemu stanął Grzegorz Cydejko, publicysta magazynu "Forbes" i szef SDP w Warszawie.
„Gazeta” cytuje Krzysztofa Bobińskiego, który stwierdza, że „Nie tylko nie udało się wybrać nowego prezesa, ale wybory zabrały nam czas na uchwalenie ważnych rezolucji, które dotyczyły wsparcia dla siedzących w więzieniach dziennikarzy tureckich, dla opozycji białoruskiej i dla Andrzeja Poczobuta [uwięzionego na Białorusi korespondenta "Gazety Wyborczej]”
Zdaniem autora artykułu „W ostatnich latach SDP skłaniało się coraz bardziej ku prawej stronie sceny politycznej. Popierało lustrację środowiska i nie broniło dziennikarzy usuwanych z pracy w czasach rządów PiS. Dopiero ostatnio do głosu zaczęli dochodzić tam działacze umiarkowani”
Czytaj: wyborcza.pl/1,75478,9730240,Prawica_omal_nie_wziela_SDP.html#ixzz1OTjSVXgH
mp
Ziemkiewicz do Wielowieyskiej: Rządzące Polską nomenklatury cię gotują
„Gdzie u was szacunek dla prawdy? Gdzie zwykła ludzka przyzwoitość? Gdzie zawodowa misja?” – pyta w nowym wydaniu „Uważam Rze” Rafał Ziemkiewicz. Pytanie kieruje przede wszystkim do Dominiki Wielowieyskiej, ale i do całego jej środowiska, które jego zdaniem, propagandowo służy rządowi.
Ziemkiewicz twierdzi, że Wielowieyska wpisuje się w środowisko dziennikarzy rządowych, zapominających o zawodowej etyce, realizujących strategie propagandowe PR-owców. Publicysta „Uważam Rze” punktuje dziennikarkę „Gazety Wyborczej”: „Nie zaprotestowałaś, kiedy Twoje środowisko zabrnęło w monstrualne kłamstwo o sprawie przeszłości Lecha Wałęsy. (…) Szydziliście z „rozpylania mgły”, a sami wytwarzacie propagandową mgłę, która ma ukryć odpowiedzialnych za tragedię (katastrofę smoleńską – red.). Wyprodukowaliście i wpuściliście w publiczny obieg szereg oczywistych kłamstw” – wylicza Ziemkiewicz. I wnioskuje, że Wielowieyska należy do grupy dziennikarzy, którzy z medialnych kibiców PO zamienili się w „pracowników aparatu propagandy”.
Taki stan rzeczy, zdaniem Rafała Ziemkiewicza, przywołuje dylemat z czasów PRL-u czy obecnej Białorusi: być dziennikarzem rządowym czy opozycyjnym? W kontekście Wielowieyskiej publicysta ironizuje: „Nie wystarczy, że przecież Ty osobiście wykonujesz swój zawód przyzwoicie i nigdy nie skłamałaś. Oprócz ludzi takich jak Czuchnowski, panie Kublik i Wiśniewska czy inni dziennikarscy >>cyngle<<, partia potrzebuje także tych przyzwoitych – jak Ty – po to, aby milczeli. Aby mówili tonem wyważonym o sprawach nie najważniejszych” – pisze Ziemkiewicz.
Na koniec publicysta „Uważam Rze” zastanawia się, dlaczego Wielowieyska i tacy ludzie jak ona, „wolą miejsce w salonie od niewygodnej służby własnemu sumieniu”. I przejawia nadzieję, że dziennikarka „Gazety” zdąży wycofać się z tego środowiska, zanim zostanie ugotowana, jak żaba ze znanego powiedzenia.
Więcej w tekście Rafała Ziemkiewicza „Do Dominiki Wielowieyskiej list bardzo otwarty” na str. 60-61 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.
Opr. OG
IAR ściągnął z niezależnej
Informacyjna Agencja Radiowa a następnie Program I Polskiego Radia, powołując się na główne wydanie „Wiadomości” TVP 1 oraz dziennik „Polska”, opisał sprawę odtajnionego meldunku ws. Nangar Khel. Tymczasem skan dokumentu oraz szeroką informację na ten temat pierwszy ujawnił portal niezalezna.pl o godz 17.34 - dwie godziny przed „Wiadomościami” – informuje niezalezna.pl.
„Po tej publikacji, powołując się na niezalezną.pl, informację na temat meldunku ministra Antoniego Macierewicza zamieściły inne portale m.in. rp.pl i salon24.pl o czym Polskie Radio nawet nie wspomina”.
„Dodatkowo informacja zamieszona na www.polskieradio.pl została zmanipulowana – podano tylko jedną wersję zdarzeń opisaną w meldunku, dodając jedynie, że w sumie było ich cztery”.
„Portal niezalezna.pl zamieścił skan dokumentu oraz jego pełny opis. Wynika z niego jednoznacznie, że SKW sprawę potraktowało profesjonalnie i obiektywnie. Stoi to w całkowitej sprzeczności z tym co twierdzili m.in gen. Waldemar Skrzypczak i były szef WSI gen. Marek Dukaczewski, że za sprawą Nangar Khel stoi Antoni Macierewicz i jest to spisek PiS-u”.
Czytaj:
niezalezna.pl/11568-manipulacja-polskiego-radia
podał do druku: tor
Zadyszka w pogoni za cyfryzacją
„U nas nad naziemną telewizją cyfrową od kilku lat się debatuje. Usługa w końcu powoli rusza. Ale w chaosie. Bez ustawy ani nawet rządowego koordynatora” – czytamy w nowym wydaniu „Uważam Rze”. Magdalena Lemańska pisze o zacofaniu polskiego rynku telewizyjnego i braku przygotowania kraju do powszechnej cyfryzacji.
Lemańska przypomina, że według czekającej w parlamencie ustawy cyfryzacyjnej, analogowe nadawanie telewizyjne zostanie w Polsce wyłączone 31 lipca 2013r. „Do tego roku stopniowo będziemy na nie przechodzić, a nadawcy będą prowadzić tzw. simulcast, czyli równoległe nadawanie” – pisze publicystka i dodaje za jedną z ekspertek KRRiT, że pakiet cyfrowej telewizji obejmującej cały kraj musi ruszyć w tym roku. W przeciwnym razie, odbiorcy nie zdążą przestawić się na nową usługę.
Obecna oferta cyfrowej telewizji naziemnej (dwa istniejące pakiety) nie jest zbyt bogata i można ją odbierać tylko gdzieniegdzie. W jednym z pakietów nadaje TVP, a w drugim programy dostarczają prywatne grupy mediowe: TVN, Polsat, TV4 i Puls. „Nikt nie spieszy się jednak z uatrakcyjnianiem cyfrowej oferty naziemnej” – ocenia Lemańska i stara się odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? „Start kanału z własnymi programami wymaga jednorazowych nakładów na poziomie kilkunastu milionów złotych” – wyjaśnia. „Do tego dochodzi rozłożona na lata umowa z firmą, która technicznie umożliwi jego odbiór i roczna opłata za wykorzystywane do nadawania stacji częstotliwości radiowe oraz koszty produkcji” – wylicza dalej. Lemańska szacuje, że takie przedsięwzięcie to koszty przekraczające 20 milionów złotych potrzebnych w pierwszym roku nadawania.
Problem tkwi, zdaniem publicystki „Uważam Rze” nie tylko w wysokich kosztach samej inwestycji, ale i w za małych pieniądzach, jakie przeznaczono na kampanię informacyjną. Zdaniem Lemańskiej błędem jest też wycofanie się rządu z dofinansowania dekoderów najbiedniejszym Polakom oraz brak działań edukacyjnych na temat cyfryzacji w szkołach.
„Zaskakujące, że mimo iż wprowadzamy usługę z ogromnym opóźnieniem, w małym stopniu wykorzystujemy rozwiązania podpatrzone w innych państwach. Większość pomysłów bazujących na sprawdzonych ruchach wykonanych w innych krajach szybko przepadła z powodu rozmaitych sporów” – opisuje Lemańska sytuację w Polsce, nieprzygotowanej jej zdaniem na przeprowadzenie cyfryzacji telewizji z rozmachem.
Więcej w artykule Magdaleny Lemańskiej „Cyfrówka bez szału” na str. 84-85 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.
Opr. OG
Media boją się Twittera
O tym, że Twitter nie jest zagrożeniem dla polityków, którzy radzą sobie z nim coraz lepiej, ale dla mediów, które przez społecznościowy portal tracą kontrolę nad przekazem, przekonuje w nowym wydaniu „Uważam Rze” Eryk Mistewicz.
Twitter zmienia politykę, powoduje wzrost poczucia podmiotowości obywateli i przekształca warunki pracy ludzi związanych z PR – wylicza w tygodniku Eryk Mistewicz. Pokazuje też, że istnieje grupa osób, których rozwój i upowszechnianie się Twittera, uwiera. „Media z Twitterem mają dziś większy problem niż politycy i marketingowcy” – ocenia Mistewicz. Jego zdaniem, serwis umożliwia im wymianę poglądów i newsów bez konieczności podporządkowywania się wydawcom. I to główna przyczyna, za sprawą której media „tracą rząd dusz”.
Mistewicz przypomina też sytuację z Francji, gdzie doradca Dminique’a Straussa-Kahna podczas procesu szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego nie zajmował się pracą z dziennikarzami na miejscu, bo jak tłumaczył: „To byłoby bez sensu. W Nowym Jorku sprawą zajmuje się 80 dziennikarzy, z których 77 kopiuje wpisy z Twittera swoich kolegów”.
Mistewicz ironizuje, że media będą chwytać się wszelkich sposobów, aby ograniczyć wpływy Twittera i podobnych serwisów, np. przez cenzurowanie wpisów internautów, bo przecież „ktoś zainwestował już w drogie studia telewizyjne, satelity nadawcze, koncesje i relacje z politykami, którzy bez niego nie mogli zrobić ani kroku”.
Więcej w artykule Eryka Mistewicza „Wirtualna kampania i tradycyjne media” na str. 96 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.
Opr. OG
Kubańska cyberprzestrzeń pod płaszczem władzy
Kto na Kubie ma dostęp do Internetu? „W domu mogą go mieć tylko wysocy rangą funkcjonariusze partii i garstka zaufanych: lekarzy, naukowców, dziennikarzy. Oficjalnie do Internetu ma dostęp każdy Kubańczyk – i to za darmo” – pisze w nowym „Newsweeku” Jan Techera. W relacji z Hawany opisuje, jak w państwie Fidela Castro strzeże się cyberprzestrzeni.
W rzeczywistości z Internetem na Kubie nie jest tak łatwo. „Licencje na posiadanie komputera z modemem, korzystanie z Internetu, poczty elektronicznej lub innych mediów wydaje Agencja Kontroli i Nadzoru” – wyjaśnia Techera. Co jest głównym zadaniem Agencji? Cenzurowanie sieci i wyłapywanie osób korzystających z niej nielegalnie.
„Oficjalnie do Internetu ma dostęp każdy Kubańczyk – i to za darmo – za pośrednictwem jednego z 607 Młodzieżowych Klubów Komputerowych rozsianych po całej wyspie” – opisuje korespondent „Newsweeka”. „Tak naprawdę jednak w klubach można jedynie korzystać z e-maila i surfować w wewnętrznej sieci kontrolowanej przez państwo, bez dostępu do zagranicznych witryn” – dodaje. Dostęp do takiej państwowej sieci ma 13% Kubańczyków. Ale istnieją alternatywy dla komputerowych klubów – nieliczne cyberkafejki czy specjalne punkty ENET (które należą do jednej z państwowych spółek, która w grudniu 2010r. ostrzegała przed korzystaniem z Facebooka, oficjalnie – w obawie przed rozwojem biznesu seksualnego). Jest jeszcze jedno wyjście: nielegalne połączenie z Internetem. Na jaką skalę rozpowszechnione na wyspie Castro? Nie wiadomo.
Techera informuje, że mimo wszelkich restrykcji panujących na wsypie, przez kraj przetacza się prawdziwa rewolucja. Publicysta przywołuje blog „Generacja Y”, założony przez filolożkę z Hawany Yoani Sanchez, który przetłumaczono na 17 języków. „Jego autorkę Fidel Castro zaliczył do swoich osobistych wrogów, a magazyn >>Time<< do grona stu najbardziej wpływowych ludzi świata” – tłumaczy na łamach „Newsweeka” Jan Techera.
O jakich działaniach kubańskiej cyberbezpieki pisze publicysta? Ma ona za zadanie przede wszystkim filtrować, czyli wyławiać kluczowe słowa i blokować witryny lub całe domeny. Cały czas sieć monitorowana jest w celu znalezienia stron, blogów i opinii krytycznych wobec władzy. „Reżim nie poprzestaje na wirtualnych represjach” – pisze Techera. „W 2009r. skazano blogera na 3 lata więzienia za rozpowszechnianie wrogiej propagandy. Yoani Sanchez z innym blogerem zostali wciągnięci do samochodu i pobici przez agentów bezpieki” – wylicza.
Więcej w artykule Jana Techery „Sieć marzeń” na str. 68-69 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek”.
Opr. OG
Królowa Oprah schodzi z tronu
„Na emocjach zbiła fortunę, bo są szczere. Nie udaje, że kocha wszystkich, tylko naprawdę kocha z mesjanistyczną pasją kaznodziei. Ale to rzadka umiejętność – warta 275 milionów dolarów rocznie”. O kim mowa? Oprah Winfrey po 25 latach zrezygnowała z prowadzenia swojego telewizyjnego show.
Piotr Milewski w nowym wydaniu tygodnika „Wprost” przypomina historię słynnej amerykańskiej prezenterki, która swoim programem przez ponad dwie dekady wyznaczała styl życia w Stanach. Publicysta pisze o najmłodszych latach gwiazdy amerykańskiej telewizji i przypomina jaj medialną karierę – od początków w lokalnej stacji CBS w Nashville po jej imperialne show, które stało się legendą i eksportowane było do 145 krajów świata.
„Jej programy stanowiły niemal religijne misteria, podczas których skruszeni grzesznicy wyznawali winy, kajali się i dostępowali odkupienia” – wyjaśnia Milewski. „Oprah przesłuchiwała gości z surowością i delikatnością spowiednika. Potrafiła ich przekonać, że nie uwolnią się od brzemienia winy, póki szczerze nie wyznają wszystkiego, łącznie z najbardziej intymnymi szczegółami” – dodaje.
Długoletnia działalność amerykańskiej gwiazdy telewizyjnej przyniosła jej wiele zaszczytów. Milewski przypomina o przyznanym jej przez magazyn „People” tytule Najwspanialszej Osoby na Świecie, o pierwszym miejscu na liście największych ikon popkultury stacji muzycznej VH1, o tytule najbardziej wpływowej kobiety w mediach i biznesie wydawniczym nadanym przez „Newsweek” i najbardziej wpływowej kobiety XX wieku od „Time’a”.
Korespondent „Wprost” odpowiada też na pytanie: czym dla stacji CBS jest strata programu „The Oprah Winfrey Show”? „To cios nokautujący” – ocenia Milewski. „Nie chodzi tylko o dochody z reklam, lecz przede wszystkim z opłat licencyjnych płaconych przez setki światowych telewizji. Płaczą też wydawcy książek, producenci dietetycznej żywności, specjaliści od samonaprawy duchowej, moralnej i w ogóle wszelakiej. Drugiego takiego forum do lansowania swoich produktów długo nie znajdą” – konkluduje. I dodaje ironicznie, że ze zniknięcia Oprah’y z ekranu cieszą się tylko mężowie pań, „którym królowa telewizji mówiła, jak żyć”.
Więcej w tekście Piotra Milewskiego „Pas królowej” na str. 66-68 najnowszego wydania tygodnika „Wprost”.
Opr. OG
Wprost dla kobiet
Tygodnik „Wprost” wydał dzisiaj pierwszy numer dodatku dla pań „Magazyn Wprost dla Kobiet”. Będzie się on ukazywał cyklicznie raz w miesiącu. Redaktorką prowadzącą dodatku jest Agnieszka Filas.
Pierwszy z kobiecych magazynów dołączanych do „Wprost” liczy 26 stron. Ukazał się w takim samym formacie, jak tygodnik. „Magazyn” podzielony jest na kilka działów:
- NOTES, gdzie prezentowane są dobre pomysły na cały miesiąc ze świata książek, mody, podróży, sportu;
- FELIETON, gdzie Dorota Wellman pisze o kobietach szukających miłości w Internecie;
- WPROST O NIM, gdzie Dawid Karpiuk portretuje Huhg Laurie’go – serialowego doktora House’a;
- ZAJWISKO, gdzie Anna Rączkowska rozmawia z Martą Górnicką - reżyserką i założycielką teatru zrzeszającego kobiety różnych zawodów, które w swoich sztukach mierzą się ze współczesnymi mitami kobiecości;
- TRADYCJONALISTKA, gdzie królowa Buhutanu opowiada o życiu w tym himalajskim kraju;
- PSYCHOLOGIA, gdzie pedagog i seksuolog Zbigniew Izdebski udziela porad, jak rozmawiać z dziećmi o życiu seksualnym;
- KRÓTKA HISTORIA, gdzie w pigułce zaprezentowano żywot bikini.
„Magazyn Wprost dla Kobiet” jest bezpłatnym dodatkiem do tygodnika Tomasza Lisa. Autorką jego koncepcji jest zastępczyni redaktora naczelnego Aleksandra Karasińska. Za projekt graficzny odpowiada Anna Dyakowska. Dodatek wydaje AWR „Wprost”.
Opr. OG
