Szał talent show

Jak naprawdę działa fenomen programów typu talent show w zderzeniu z muzycznym rynkiem? – odpowiedzi na to pytanie szuka w najnowszym numerze „Polityki” Bartek Chaciński.

„Interes się kręci” – ocenia Chaciński i w nawiązaniu do obecnych na szeroką skalę w polskiej telewizji programów typu talent show, wymienia konkretne przykłady: Kamil Bednarek, uczestnik „Mam Talent” TVN, który z zespołem sprzedał 70 tysięcy płyt, Piotr Lisiecki z tego samego programu, który wydał właśnie debiutancki album, Marcin Wyrostek, zwycięzca II edycji „Mam Talent”, którego płyta osiągnęła świetny wynik sprzedaży, laureat I edycji „Must Be The Music” - zespół Enej, który wystapił na Festiwalu TOP Trendy oraz finaliści „X-Factor”: Ada Szulc, Michał Szpak i zwycięzca – Gienek Loska.

Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle? – zdaje się pytać publicysta „Polityki” i szybko odpowiada: „Czar pryska, gdy dowiadujemy się, że Enej to nie debiutanci, Wyrostek miał mnóstwo sukcesów na koncie przed pojawieniem się w TVN, grupa Bednarka  podpisała kontrakt przed występami w telewizji, a wyjątkowo odporny na zmiany wizerunku Loska (…) ma wieloletnie doświadczenie” – wylicza Chaciński.

Publicysta pochyla się także na problemem wpływu muzycznych talent show na polski rynek muzyczny. Jak się okazuje, na skutek tego typu programów, zubożała festiwalowa mapa Polski – zapaść przeżywa Sopot, Opole traci regularnie widzów z równoczesnym wzrostem publiczności nowych formatów. Poza tym fakt, że talent show są „cotygodniowymi festiwalami” powoduje, że lepiej sprzedają się składanki z nowymi wykonaniami starych przebojów. Ale jest też inny skutek: w telewizji zaczęto pokazywać wykonawców w inny sposób, m.in. wróciły występy na żywo w programach śniadaniowych, bo współczesna publiczność nie toleruje playbacków.

Nie zawsze jednak – dowodzi Chaciński – sukces telewizyjny przekłada się na sukces artystyczny. Po pierwsze, widzowie przyzwyczajeni są do formuły talent show i na ich zwycięzców patrzą inaczej niż na typowe gwiazdy muzyki, kojarzą ich z telewizją, a nie z muzyczną sceną. Po drugie, polski rynek muzyczny nie jest w stanie udźwignąć takiej liczby debiutantów, ilu rocznie pojawia się w telewizyjnych show.

Jaki z tego wniosek? „Może nie masowe gwiazdy zastają nam po tych programach, tylko potężni jurorzy?” – pyta Chaciński. I przekonuje: sam „Idol” zmienił Elżbietę Zapendowską w gwiazdę telewizji, Marcinowi Prokopowi przetarł drogę do telewizyjnej kariery, Maciejowi Maleńczukowi pozwolił o sobie przypomnieć w trudnym artystycznie okresie, a z Macieja Rocka uczynił czołowego prezentera Polsatu. Najwięcej z „Idola” „wycisnął” jednak Kuba Wojewódzki, który zyskał swój autorski program i stał się wiodącym jurorem polskich talent show. Chaciński stwierdza więc, że w całym interesie muzycznych programów chodzi głównie o jurorów. „A raczej – o ich talent do autopromocji” – kwituje publicysta „Polityki”.

 

Więcej w tekście Bartka Chacińskiego „Talent szał” na str. 82-84 najnowszego wydania tygodnika „Poltyki”.

Opr. OG

 

 


 

Onet i TVN na sprzedaż?

Czy Grupa ITI sprzeda swoje perły w koronie: portal.onet.pl, platformę cyfrową „n” i Multikino? Na ten temat pisze dzisiaj  "Puls Biznesu".

Grupa Onet przechodzi restrukturyzację, co ma prowadzić do sprzedaży.

„Podobno w marcu doradcy przygotowali dla Onetu strategiczną analizę działalności. Jej efekty już widać — Grupa Onet zwolniła prawie 40 osób. Mowa jest o kolejnych. To wciąż stosunkowo niewiele w porównaniu z około 900 zatrudnionymi. Inna sprawa, że wypowiedzenia zostały wręczone na kilka dni przed piątkowymi hucznymi obchodami 15. urodzin Onetu” – informuje „Puls Biznesu”.

"Puls Biznesu" twierdzi też, wskazując na anonimowe źródła rynkowe i "osoby zbliżone do spółki", że w platformie cyfrowej "n" zakończyło się badanie kondycji spółki. Niewykluczone, że takie badanie jest także prowadzone w TVN. Kto mógłby kupić TVN? Gazeta wskazuje na Yandex - właściciela największej wyszukiwarki internetowej w Rosji.

ITI jest holdingiem zarejestrowanym w Luksemburgu. Jest właścicielem TVN, platformy cyfrowej „n”, Onetu,  klubu piłkarskiego Legia Warszawa,  "Tygodnika Powszechnego" i  sieci mulipleksów Multikino .

Czytaj:

www.pb.pl/2/a/2011/06/08/Zaklocenia_na_wizji_w_grupie_TVN

opr. tor


Przychodzi dziennikarz do Sejmu…

I okazuje się, że jest źle ubrany. W nowym wydaniu „Polityki” czytamy o przypadkach dziennikarzy, którzy nie dostosowali się do sejmowego dress code’u.

„Polityka” przypomina przypadek dziennikarki, której dwa lata temu przy Wiejskiej premier zwrócił uwagę na odsłonięte ramiona, co w Sejmie – zdaniem Donalda Tuska – jest nie na miejscu. Podobnie jak strój redaktorki Polskiego Radia, która pytała go ostatnio, czy prezydencja Polski w UE jest dopięta na ostatni guzik. „Patrzę na letni strój pani redaktor i dlatego nie kojarzy mi się z tym dopięciem na ostatni guzik” – „Polityka” przypomina wypowiedź premiera. Pisze też o przypadku dziennikarza, którego pięć lat temu nie wpuszczono do Sejmu, bo miał na sobie krótkie spodenki.

Jak rozwiązać kwestię nieodpowiedniego stroju na Wiejskiej? Pewne próby już podejmowano. Biuro Analiz Sejmowych wydało wtedy opinię, że „dziennikarze słyną ze swobody stroju”, a „powinni w kontaktach z innymi ludźmi prezentować się profesjonalnie”. BAS zasugerowało również, że warto ustalić jakieś normy dziennikarskiego stroju, skoro nie jest to zapisane w zasadach zawodowej etyki.

 

Więcej w tekście „Dress code premiera” na str. 6 najnowszego wydania tygodnika „Polityka”.

 

Opr. OG

 


Humor patriotów maczugą na wroga

„Próżno szukać w nim dowcipów na tematy obyczajowe czy egzystencjalne. Tematyka jest bieżąca, polityczna, ściśle określona i sprowadza się do łojenia obecnej władzy i związanych z nią elit”. O jakim piśmie mowa? Sławomir Mizerski na łamach „Polityki” analizuje miesięcznik „Pinezki”.

„Pinezki” są, jak pisze publicysta, satyrycznym ramieniem „Gazety Polskiej”. Królują w nim słowa najcięższe: cham, prostak, matoł, żulia, komuchy, zdrajcy, agenci. Wszystkie dla opisania obozu rządzącego. Kraj pod panowaniem takich przywódców jest przygnębiający, „to struktura opresyjna, tłumiąca wolność słowa, gdzie krytyka może skończyć się poważnymi konsekwencjami”.

Kto pisze na łamach „Pinezek”? Głównie to ludzie ukryci pod pseudonimami. Identyfikują się tylko najodważniejsi, ludzie „którzy niczego i nikogo się nie boją”: Jan Pietrzak, Janusz Rewiński, Marcin Wolski i Tadeusz Buraczewski.

Jak pisze Mizerski, w miesięczniku trudno o lekką satyrę. „>>Pinezki<< stawiają na dowcipy dosadne, w prawdziwy sposób oddające grozę życia w III RP. Nie próbują one wywołać u czytelnika niepotrzebnej wesołości, odwracającej uwagę od istotny rzeczy” – czytamy w „Polityce”. I dowiadujemy się, na jaki humor stawiają „Pinezki”: polityczna, prosta, pozbawiona myślącej dwuznaczności – taka, zdaniem Mizerskiego, jest satyra uprawiana w miesięczniku. Hołduje on humorowi poważnemu, „często tragicznemu i ocierającemu się o dramat”.

Publicysta przypomina też, że do kręgu „czarnej mocy” opisywane przez niego pismo zalicza też media, te z głównego nurtu, na czele z „Gazetą Wyborczą”, która jest „centralą zła i antypolskiej propagandy, w której pracuje się w boksach zrobionych z kartonów po piwie, ośmiesza PiS i pisze pochwalne hymny >>swoim<<”. Napiętnowany jest też naczelny „Gazety” Adam Michnik, który w „Pinezkach” występuje jako „Wielki Gadam” – postać moralnie obrzydliwa. Ale obok Michnika stoją też redaktorzy Wołek, Lis, Żakowski, czy panie Olejnik i Kublik.

Sławomir Mizerski stawia również pytanie, czy czytelnicy nastawieni na lekki żart, nie odwrócą się od „Pinezek”. Ale w odpowiedzi wysuwa wniosek, że autorom miesięcznika bardziej zależy na odbiorcy, który nie będzie śmiał się z satyry tylko dlatego, że jest ona śmieszna, ale na takim, który będzie wiedział „kiedy i z czego ma się śmiać”.

 

Więcej w artykule Sławomira Mizerskiego „Humor patriotów” na str. 26-28 najnowszego wydania tygodnika „Polityka”.

 

Opr. OG

 


 

Dziennikarze prawicowi na marginesie?

Daniel Passent nawiązując w nowym wydaniu „Polityki” do niedawnego rysunku z „Rzeczpospolitej”, na którym zilustrowano „Lisa łańcuchowego”, pochyla się w swojej stałej rubryce nad dziennikarzami prawicowymi.

„Dziennikarze i media prawicowe nieustannie przedstawiają się jako prześladowana, marginalizowana mniejszość, która nie ma dostępu do opinii publicznej, musi cierpieć w getcie ławkowym, podczas kiedy taki Lis wprost się rozpiera od TVP do Radia TOK FM” – pisze Passent w swoim felietonie. I dla obalenia teorii o spychaniu mediów prawicowych na boczny tor, przypomina swoje występy w telewizji, do której zawsze zapraszany był wespół z dziennikarzem konserwatywnym. „W >>Loży prasowej<< Paweł Lisiecki, w popołudniowych rozmowach TVN24 Piotr Semka” – wylicza felietonista „Polityki” i pisze, że we wszystkich programach – od „Kropki nad i” do „Tomasz Lis na żywo” – zawsze znajduje się miejsce dla reprezentantów mediów o konserwatywnych poglądach.

Passent w swoim felietonie porusza też kwestię lansowanej przez media prawicowe teorii, że inne środki przekazu służą Platformie Obywatelskiej i Salonowi. Konserwatyści kierują wobec nich oręż w postaci oskarżeń pod adresem Tomasza Lisa i  jego „prawdziwych” relacji z TVN, nazywania Katarzyny Kolendy-Zaleskiej „piejącą z zachwytu nad Tuskiem” czy uznania wpisu Marcina Mellera, krytykującego PO jedynie za akcję reklamującą jego program.

Felietonista „Polityki” podsumowuje swój tekst kilkoma wnioskami:

1) poleca mediom konserwatywnym lekturę książek Davida Brocka: „Oślepieni przez prawicę” i „Republikańska maszyna hałasu”,

2) sugeruje, że TVN nie powinien się przed dziennikarzami prawicowymi umizgiwać, bo zaproszeni konserwatywni goście i tak będą krzyczeli, że to telewizja Tuska,

3) stwierdza, że w „Polsce jest tylko garstka uczciwych, niepokalanych dziennikarzy, którzy” – dodaje ironicznie Passent – „urodzili się wczoraj”.

 

Więcej w felietonie Daniela Passenta „Ja tego lisa znam” na str. 105 najnowszego wydania tygodnika „Polityka”.

 

Opr. OG

 


 

Sąsiedzi walczą ze studiem ITI

Praca Studia TV bardzo utrudnia nam życie – skarżą się sąsiedzi hali należącej do Grupy ITI. Historię toczącego się konfliktu na łamach nowej „Gazety Polskiej” przypomina Magdalena Michalska.

Sąsiedzi narzekają, bo przez tworzące się przy studiu korki nie mogą niekiedy dotrzeć do domów, a nagromadzenie anten wokół hali uważają za szkodliwe dla zdrowia. Dodatkowo dowiedzieli się, że teren studia i jego najbliższe otoczenie zostaną wyłączone z przygotowywanego planu zagospodarowania przestrzennego. „Jesteśmy rozczarowani sposobem traktowania nas przez władze ITI” – skarży się na łamach „GP” jedna z sąsiadek Studia TV. „Tym bardziej, ze pan Mariusz Walter podpisał zobowiązanie, że w pasie bezpośrednio sąsiadującym z naszą działką nie będzie żadnych parkingów, składowisk i śmietników” – dodaje kobieta.

O co w całej sprawie chodzi? Magdalena Michalska przypomina: „w 1997r. ITI uzyskało zezwolenie na budowę hali Studio TV na okres czasowy z terminem użytkowania do lat trzech. Od końca tego okresu, czyli od roku 2000, a więc aż 11 lat, trwa walka sądowa między koncernem ITI a najbliższymi sąsiadami o zaprzestanie użytkowania studia. W wyniku ostatniej, nieprawomocnej decyzji koncernowi przyznano prawo użytkowania na czas nieokreślony” – czytamy w „Gazecie Polskiej”.

Jak podaje „GP”, sąsiedzi Studia TV zamierzają odwołać się od decyzji sądu.

 

Więcej w artykule Magdaleny Michalskiej „Studio TVN do rozbiórki?” na str. 15 nowego wydania „Gazety Polskiej”.

 

Opr. OG

 


TVN donosi do Brukseli na TVP

TVN doniósł na TVP do Brukseli. Gra toczy się o wielkie pieniądze – informuje „Dziennik Gazeta Prawna”.

Prywatna i konkurencyjna stacja uznała, że „ TVP dostaje za dużo pieniędzy z budżetu”. „Unia zażądała wyjaśnień od rządu. Jeśli władze nie przedstawią sensownych tłumaczeń, to Bruksela rozpocznie publiczne śledztwo, które może źle skończyć się dla TVP”.

Zarzuty dotyczą „zbyt dużej rekompensaty za pełnienie misji publicznej dla publicznej stacji TVP”, co Komisja Europejska omawia z polskimi władzami.

„Zdaniem TVN, telewizja publiczna finansowana jest z abonamentu w sposób nieproporcjonalny do realizowanej misji, a winne są temu stosowane w TVP zasady rachunkowości, które pozwalają na przenoszenie na kolejne lata nadmiernych środków przekazanych TVP i mogą prowadzić do finansowania z abonamentu strat wynikających z działalności komercyjnej”.

„Unijne zasady stanowią, by rekompensata za usługi publiczne świadczone przez nadawcę ściśle odzwierciedlała koszt tej usługi, wymaga też kontroli wykonania tych usług i ich kosztów ze strony krajowych władz”.

Czytaj więcej:

gospodarka.dziennik.pl/news/artykuly/339712,tvn-doniosl-na-tvp-do-brukseli-gra-toczy-sie-o-wielkie-pieniadze.html

opr. tor

 


Wolność chamstwa w Radiu Freee

Pracownicy publicznego radia w Lublinie oskarżają związanego z Ordynacką pełnomocnika zarządu o agresywne zachowania, bluzgi i nocne eskapady do barów na koszt rozgłośni – donosi „Gazeta Wyborcza”.

„Radio Freee to miejska mutacja publicznego Radia Lublin. Naczelnym i jednocześnie pełnomocnikiem zarządu do restrukturyzacji jest Mariusz Herman, związany ze Stowarzyszeniem Ordynacka i Włodzimierzem Czarzastym (razem studiowali i, jak mówi Herman, są na "ty")”.

Pracownicy rozgłośni zaczęli się skarżyć do prezesa Radia Lublin Andrzeja Szwabe. Ewa Mateuszuk, kierowniczka działu promocji (20-letni staż pracy w radiu) opisała swoją rozmowę z Hermanem. „Miał być agresywny i krzyczeć do niej: "Zrobię wszystko, żeby za dwa miesiące ciebie tutaj nie było". Na do widzenia rzucił: "Pier...sz robotę!"”. W kolejnym liście napisała "w sprawie mobbingu, w tym agresywnych zachowań i gróźb Mariusza Hermana". Odpowiedzi nie dostała.

Paweł Polkowski, szef działu internetu w Radiu Freee, także napisał do prezesa list, w którym „ skarży się na chamstwo i wulgaryzmy szefa. Ujawnia, że Herman polecił załatwienie wysokiej klasy auta, które miało służyć Radiu Freee. Chodziło o terenowy Chevrolet Captiva. Z samochodu korzystał głównie Herman”.

Herman wszystkiemu zaprzecza, a prezes Radia Lublin Andrzej Szwabe nie chce niczego komentować.

Czytaj:

wyborcza.pl/1,75248,9744154,Chamstwo_w_Radiu_Freee.html

opr. tor


Lis stracił czas na dziennikarstwo

Tomasz Lis jako gość czatu Onet.pl odpowiadał na pytania internautów, m.in. o to, czy dziennikarzy uczą bezstronności i czy warto studiować dziennikarstwo.

Lis w rozmowie z internautami Onet.pl wyjaśnił, że dziennikarzy nie uczy się bezstronności. „Albo umie krytykować wszystkich, albo służy partii i z jej losem wiąże swój los” – tłumaczył. I dodał, że „wbrew propagandowym pohukiwaniom większość widzów doskonale wie, kto potrafi robić karierę dzięki talentowi, a kto dzięki prezesowi”.

Tomasza Lisa pytano też o opinię na temat studentów dziennikarstwa. W odpowiedzi, redaktor naczelny „Wprost” stwierdził, że w jego przypadku studia dziennikarskie nie miały sensu. „Na szczęście po drodze zacząłem studiować prawo” – skonkludował.

 

Czytaj: wiadomosci.onet.pl/kraj/tomasz-lis-pis-przetrwa-koniec-swiata-jaroslaw-kac,1,4412031,wiadomosc.html

 

 

Opr. OG


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl