Wojewódzki tłumaczy się z rasizmu

W „Newsweeku” Kuba Wojewódzki tłumaczy się z "telefonu do Murzyna", czyli swojej – jak uznała Rada Etyki Mediów - "drastycznej demonstracji ksenofobii". Poseł PO John Godson także uważa to za rasizm i składa interpelację do ministra kultury. Tymczasem Bogdan Zdrojewski broni Wojewódzkiego.

Chodzi oczywiście o audycję „Poranny WF” na antenie radia Eska Rock, gdzie Kuba Wojewódzki i Michał Figurski wyśmiewali się z koloru skóry Alvina Gajadhura. Mówili o „krajowym rejestrze murzynów”, dodając, że „audycję sponsoruje warszawski oddział Ku Klux Klan-u”.

„– Nasza audycja ma charakter bardziej absurdalnego słuchowiska niż dziennikarskiej publicystyki. Sprawy, idee, ludzi, wydarzenia sprowadzamy do absurdu. Stosujemy zabiegi charakterystyczne dla teatru absurdu. Na przykład odwracamy tradycyjne role przypisane tragizmowi i komizmowi. Ton tragiczny staje się nośnikiem przekazu komicznego, a komiczny – przekazu tragicznego. W ten sposób wywlekamy na wierzch polskie wady przypudrowane poprawnością polityczną. W polskim internecie aż roi się od treści jawnie rasistowskich, tylko bojownikom o prawdę nie chce się ich szukać. Jeśli ja jestem ksenofobem, to Tadeusz Mazowiecki jest byłym ZOMO-wcem. Pamiętam zdanie Isaaca Singera: Żyd jest to taki człowiek, który nawet na bezludnej wyspie znajdzie antysemitę. Teza tej wypowiedzi ma rezonans dziś w tej surrealistycznej sytuacji” - tłumaczy Wojewódzki w wywiadzie dla "Newsweeka".

Przypomnijmy, że Rada Etyki Mediów stwierdziła w oświadczeniu: „ten przejaw rasizmu na antenie ogólnopolskiej rozgłośni radiowej ze strony dziennikarzy, którzy są idolami wielu młodych Polaków, jest pogwałceniem zasady szacunku i tolerancji zapisanej w Karcie Etycznej Mediów. Nie usprawiedliwia go satyryczny charakter audycji, bo demonstrowanie rasizmu wykracza poza granice satyry i etycznego dziennikarstwa” .

Tymczasem na rasistowskie zachowanie Wojewódzkiego zareagował także John Godson, poseł PO, Nigeryjczyk od lat mieszkający w Łodzi, który napisał do ministra kultury interpelację: "Satyryczne prowadzenie programu nie może godzić w godność człowieka i naśmiewanie się z jego kulturowych korzeni".

„Gazecie Wyborczej” Godson powiedział zaś: „- Byłem zasmucony wypowiedzią Wojewódzkiego i Figurskiego. To nie był pierwszy raz. Wcześniej ich żarty też mnie dotyczyły. Zastanawiali się, dlaczego mam płaski nos. Tak nie wolno. Takie żarty powodują cierpienie. One miały zdecydowanie rasistowski charakter”.

Godson w interpelacji do ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego zwraca też uwagę, że Wojewódzki bierze udział w przygotowaniach koncertu na start polskiej prezydencji w UE. "Pragnę zauważyć, że w Polsce jest wielu znakomitych dziennikarzy, satyryków, którzy potrafią respektować normy etyki dziennikarskiej" . Poseł pyta "o możliwość odsunięcia (...) od tego typu imprez osób, które mają wątpliwy stosunek do etyki dziennikarskiej".

"- Moja interwencja w tej sprawie, ingerencja w jakikolwiek sposób, byłaby naruszeniem podstawowych zasad związanych z podziałem kompetencji i odpowiedzialności - odpowiada minister kultury Bogdan Zdrojewski. Jego zdaniem Kuba Wojewódzki należy do osób "niezwykle otwartych, niezwykle życzliwych, szanujących wrażliwość innych".

"- Musimy na to zwracać uwagę w budowaniu jakichkolwiek ocen. Przestrzegam przed pochopnymi opiniami" - powiedział Zdrojewski, co odnotowała "Rzeczpospolita".

Kuba Wojewódzki z Krzysztofem Materną przygotowują scenariusz głównego koncertu na początek polskiej prezydencji w Unii, który odbędzie się w Warszawie 1 lipca na pl. Defilad.

Czytaj więcej:

www.newsweek.pl/artykuly/wydanie/1289/zrobie-narodowa-balange,78066,1

wyborcza.pl/1,75248,9764397,Minister_kultury_zajmie_sie_Wojewodzkim.html

www.rp.pl/artykul/118849,673174_Kuba_Wojewodzki_tlumaczy_sie_z_rasistowskich_tekstow.html

opr. tor


 

 

Nadmuchany Internet

„Wyceny internetowych spółek na prywatnym rynku wprawiają w osłupienie świat tradycyjnego biznesu” – czytamy w nowym „Newsweeku”. Przemysław Pająk analizuje w tygodniku, jak na internetowym rynku mają się wartości firm do ich przychodów.

I tytułem swojego artykułu – „Druga bańka internetowa” – sugeruje, że jest to zależność dość nietypowa. „W przypadku portali społecznościowych wycena jest od 10 do 50 razy większa niż ich przychody” – informuje Pająk. I wylicza: Facebook wart jest dzisiaj 85 miliardów dolarów, serwis zakupów grupowych Grupon wycenia się na 25 miliardów, producent gier społecznościowych na FB, firma Zenga kosztuje 15 miliardów, a serwis Twitter niemal 8 milardów dolarów.

Skąd biorą się tak horrendalne wartości? „Wynikają z cen płaconych za mniejszościowe udziały w firmach, które wymyśliły i prowadzą serwisy” – wyjaśnia Przemysław Pająk. „Przedsiębiorstwa te wystawiają na sprzedaż niewielkie, na ogół kilkuprocentowe pakiety swoich akcji. Oferta jest ograniczona wyłącznie dla inwestorów instytucjonalnych, którzy chętnie pompują w firmy miliony dolarów” – dopowiada. I tłumaczy, że inwestorzy przeczuwają znaczne pomnożenie zysków, kiedy spółka, w którą zainwestowali, zadebiutuje na giełdzie.

Jaka jest prawda o relacji wartości internetowych firm do ich przychodów? Pająk podaje konkretny przykład: „Przychody Facebooka ze sprzedaży reklam w 2010r. wyniosły 1,86 miliarda dolarów. Zyski były kilkakrotnie mniejsze. Zatem wycena Facebooka jest ponad 40 razy wyższa niż wartość rocznych przychodów!”. Dla porównania publicysta przytacza serwis Google, który jest wart zaledwie 5 razy więcej niż jego przychody.

Pająk pisze także o Twitterze, który nie ma - jego zdaniem - pomysłu na komercjalizację działań. Mimo, że serwis uważany jest za „najważniejsze obywatelskie medium świata”, to proponowane przez jego właścicieli formy reklamy nie okazały się hitem. Nie zmienia to faktu, że wycena Twittera jest 50 razy wyższa niż jego zeszłoroczne przychody i sięga 8 miliardów dolarów – przypomina Przemysław Pająk.

Publicysta „Newsweeka” wieszczy również na łamach tygodnika, co może się stać, kiedy inwestujący w portale społecznościowe dostrzegą, że za wpompowanymi przez nich pieniędzmi nie stoi realna wartość serwisów. „Bańka złudzeń pęknie i zacznie się paniczna wyprzedaż aukcji” – przewiduje Pająk.


Więcej w artykule Przemysława Pająka „Druga bańka internetowa” na str. 60-61 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek”.


Opr. OG


Nieśmiertelny serial

Emisja w 1981r. i po czterech latach nadawania tytuł najpopularniejszego programu na świecie. O czym mowa? Dorota Malesa na łamach nowego wydania „Newsweeka” przypomina serial „Dynastia”, który kończy właśnie 30 lat.

„Z roku na rok tasiemiec, pierwotnie mający nosić tytuł >>Ropa<<, zdobywał coraz większą popularność” – wyjaśnia publicystka. „Doczekał się dziesięciu nominacji do Złotych Globów oraz ośmiu do nagrody Emmy” – wylicza.

Co takiego wyróżniało „Dynastię” spośród innych telewizyjnych propozycji tamtych czasów? Malesa przypomina, że to właśnie w opowieści o rodzinie Carringtonów po raz pierwszy pojawił się gej, przenośne telefony i pigułki antykoncepcyjne. W serialu zagrał nawet były prezydenta USA Gerald Ford. Poprawności politycznej jednak w nim brakowało – przekonuje publicystka „Newsweeka”. Pojawiały się w nim przejawy dyskryminacji przeciwko Żydom, Murzynom i Eskimosom. Poza tym, trudno rozstrzygnąć, czy była to produkcja prokobieca, czy patriarchalna – konkluduje Malesa.

Co Polakom najbardziej podobało się w „Dynastii”? Bogactwo, pałacowe wnętrza, efektowna moda i demokracja - czytamy w „Newsweeku”. A sentyment do serialu znajduje odzwierciedlenie we współczesności: lalki Barbie wzorowane na główne bohaterki, wystawiane na aukcjach internetowych pamiątki z planu i bijące rekordy oglądalności sceny wyświetlane w serwisie YouTube – wymienia Dorota Malesa. I przewiduje, że oznaką sentymentu do rodziny Carringtonów może być też obejrzenie kinowej wersji serialu.


Więcej w artykule Doroty Malesy „Nieśmiertelna Dynastia” na str. 104-107 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek”.

Opr. OG


 


Media pogardy i nienawiści?

Zastanawia się nad tym Filip Memches w nowym wydaniu tygodnika „Uważam Rze”. I przypomina kampanie przeciwko władzy, jakie rozgrywały się w polskich mediach.

Prezydenta Lecha Kaczyńskiego atakowano na stronie SpieprzajDziadu.pl – pisze Memches i przypomina, ze serwis istnieje do dziś. Przywołuje też przykłady Kuby Wojewódzkiego i Michała Figurskiego, którzy – jego zdaniem – napędzali masowe zjawisko niechęci do zmarłego prezydenta.

Z Bronisławem Komorowskim nie jest już tak ostro – przekonuje publicysta „Uważam Rze”. Sądzi on, że „dominujący w mediach liberalny mainstream stosuje wobec obecnego prezydenta taryfę ulgową”. A akcję ABW przeciwko założycielowi strony AntyKomor.pl, Memches pojmuje jako precedens, bowiem patria rządząca szła do wyborów z hasłami obywatelskich swobód, czego przejawów nie dostrzega on w incydencie związanym z Robertem Fryczem.

„Jeśli publicyści >>Gazety Wyborczej<<, >>Polityki<< czy >>Wprost>> opowiadają się za zniesieniem przepisu nakazującego z urzędu ścigać przypadki znieważania konstytucyjnych organów państwa, to, kto wie, być może wcale nie czynią tego z troski o wolność słowa” – konkluduje Memches.


Więcej w tekście Filipa Memchesa „Strony pogardy i nienawiści” na str. 29 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.


Opr. OG


 


Polski (nie)ład medialny

„Gdy słyszę: to prywatna telewizja, więc mogą robić, co chcą, mam do czynienia z pożytecznym idiotą albo z cynikiem” – czytamy w nowym wydaniu „Uważam Rze”. Maciej Pawlicki zastanawia się na łamach tygodnika, jakiej telewizji spodziewała się KRRiT, gdy przyznawała pierwsze koncesje i czy dzisiaj byłaby z tych decyzji zadowolona.

Pawlicki przywołuje swoją dyrektorską karierę w telewizyjnej Jedynce z 1994r. Przypomina, że w ciągu pół roku stacja wprowadziła 50 nowych programów, była miejscem działania „towarzystwa ideowo wielce zróżnicowanego”, miała 50-procentową oglądalność, a widownia kulturalnej publicystyki umieszczonej w „prime time” sięgała kilku milionów. „Gdy słyszę więc dziś, że kierowana przeze mnie Jedynka była >>prawicowa<<, serdecznie życzę proporcjonalnego ideowego >>przechyłu<< każdej kolejnej dyrekcji. Bo odzwierciedlać będzie ideową różnorodność i społeczną wielonurtowość , której odzwierciedlanie nakazuje mediom publicznym polskie prawo” – przekonuje Pawlicki.

Były szef TVP1 przypomina też na łamach „Uważam Rze” historię RTL7, który odnotował najlepszy start w historii ogólnoświatowego koncernu telewizyjnego. Niepoprawność polityczna stacji doprowadziła jednak do jej zamknięcia – przypomina Pawlicki. Podobny los podzielił dziennik „Czas Krakowski”, bo uznano, że za jego wydawania zabrali się „niewłaściwi ludzie”.

Pawlicki przypomina w „Uważam Rze” także proces budowania TV Puls. Telewizja miała być propozycją komercyjną dla tych, którym wybór między TVN, a Polsatem nie wystarczał. Opierać miała się o finanse Skarbu Państwa oraz kapitał firmy Prokom – przypomina publicysta. Dlaczego jednak TV Puls nie odniosła sukcesu? Waldemar Gasper, pomysłodawca stacji, chciał bowiem zbudować medialny koncern, gdy nie istniała jego podstawa, czyli telewizja – przekonuje Pawlicki. „Głównym błędem Gaspera była wiara, że TV Puls zostanie potraktowana jak normalny gracz na rynku, który – jako właściciel ogólnopolskiej koncesji – zgodnie z polskim prawem liczyć może na równoprawne traktowanie w możliwościach dotarcia do widzów” – tłumaczy były szef Jedynki.

Pawlicki przypomina, że TV Puls nigdy nie była na równi traktowana ze stacją TVN i przegrywała niemal wszystkie koncesyjne konkursy w starciu z kanałem Grupy ITI. „ W efekcie tego TVN miał ponad 80% pokrycia powierzchni kraju, zaś TV Puls 16%” – dowodzi publicysta. I dodaje, że takie decyzje były wbrew Konstytucji RP i ustawie o KRRiT, które zobowiązują do równoprawnego traktowania nadawców ogólnopolskich.

Jak wyglądałby dziś polski rynek medialny, gdyby Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji przyznała stacji Puls taki sam zasięg jak TVN-owi? Co zmieniłoby się, gdyby Rada nie zezwoliła na koncentrację telewizji naziemnych w rękach jednego podmiotu? – zastanawia się Pawlicki. Odpowiedź jest jego zdaniem prosta: „Ład medialny w Polsce mógłby dziś wyglądać tak: TVP – 30, TVN – 12, Polsat – 12, Puls – 12, RTL7 – 12” – wnioskuje publicysta „Uważam Rze”. Na łamach tygodnika tłumaczy, że w kraju mogłoby – obok telewizji publicznej- istnieć dziś nawet 5 dużych stacji, które zdobywałyby widzów jakością i wzajemnie weryfikowały dziennikarską wiarygodność.

W nawiązaniu do TVN i Polsatu Pawlicki podsumowuje: „Decyzje były inne i mamy tylko dwie wielkie prywatne telewizje, które jakie są, każdy widzi”.


Więcej w artykule Macieja Pawlickiego „Selekcja” na str. 34-37 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.

 

Opr. OG


 


To emocje przyciągają przed telewizory

Przekonuje do tego Zbigniew Hołdys. W nowym wydaniu „Wprost” tłumaczy, jak wygląda obecny rynek polskich talent show. „Telewizje to nie są kościoły misyjne ani instytucje charytatywne. To wielkie biznesy służące do zarabiania pieniędzy” – pisze na łamach tygodnika.

Co zrobić, żeby starym formatom nadać elektryzujący kształt? Hołdys podaje kilka recept:

- w programie musi pojawić się obietnica sławy,

- program musi mieć prostą formułę artystyczną,

- każdy uczestnik programu musi mieć własną historię do opowiedzenia,

- nieodłącznym elementem programu musi być SMS – „cudowny wynalazek dający powszechną możliwość natychmiastowej reakcji”.

Publicysta „Wprost” przywołuje przykład nadawanego przez TVN reality show „Big Brother”, który jego zdaniem, był dla świata mediów odkryciem. „Przede wszystkim ujawnił, że nie potrzeba gwiazd ani niezwykłych wydarzeń, by przyciągnąć ogromną widownię. Nazwiska mogą być nieznane, scenariusz może być szkieletowy, akcja nie musi być thrillerem, bo i tak potoczy się sama” – przekonuje Hołdys. „Największym bohaterem widowiska mają być właśnie emocje” – dodaje.

Analizując polskie programu typu talent show, dziennikarz wnioskuje, że owe emocje znikają razem z napisami końcowymi. I wtedy ujawnia się cała nieudolność tego typu formatów, a raczej uczestników, którzy biorą w nich udział. „Wówczas wychodzą wszystkie mankamenty kandydata. Brak determinacji, edukacji, repertuaru, konsekwencji, skłonności do chałturzenia. Brak wiedzy i rzeczywistych umiejętności. I woda sodowa” – wylicza Hołdys. „Żaden polski zwycięzca talent show nie odniósł większego sukcesu” – deklaruje. Jego zdaniem, życie weryfikuje rezultat telewizyjnego talent show. Podaje na to konkretny przykład: „Ktoś, kto fałszuje i mimo to wygrywa, ma niewielkie szanse na rzeczywisty sukces. Przegrany, ale za to z talentem, wyjdzie z czasem na swoje, jak Ania Dąbrowska (8. miejsce w „Idolu”)”.

Hołdys uważa, że laureat pierwszej polskiej edycji „X-Factor” Gienek Loska wpisał się w schemat myślenia telewidzów emocjami. „Wygrał życiorysem, wpisanym weń pochodzeniem, wypadkiem, alkoholizmem” – wyjaśnia publicysta „Wprost”. To powoduje, że Loska nie osiągnie jego zdaniem sukcesu, wykraczającego poza studio „X-Factor”.

Hołdys zwraca ponadto uwagę na dwie istotne cechy, które charakteryzują polskie talent show. Po pierwsze, jurorzy takich programów służą do biznesowego napędzania interesu, a nie do wygłaszania kompetentnych opinii (bo nie posiadają odpowiednich kwalifikacji, żeby to robić). Po drugie, największym grzechem muzycznych formatów jest fakt, że „przeżuwając w kółko stare piosenki i zmuszając uczestników do okropnych kompromisów, bawiąc się nimi jak lalkami, stwarzają im nadzieję na szybki sukces i udają, że to jest prawdziwe muzyczne życie” – podsumowuje Hołdys.

Więcej w tekście Zbigniewa Hołdysa „Dużo emocji, mało muzyki” na str. 52-55 najnowszego wydania tygodnika „Wprost”.

Opr. OG

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl