Niebezpieczny precedens
Na piątej stronie papierowej „Rz" publikujemy dziś oświadczenie, którego zamieszczenie nakazał nam Sąd Najwyższy. Towarzyszący mu werdykt sądu zawiera pogląd, który kwestionuje jedną z ważnych reguł, jakimi rządzi się wolna prasa, co w istocie – gdyby się on upowszechnił – może doprowadzić do ograniczenia zakresu wolności słowa w Polsce. Dlatego nie sposób się do niego nie odnieść – komentuje zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”, Piotr Gabryel.
Chodzi o artykuł „Pułkownik oskarża resort obrony" z 7 lipca 2008 roku. >„Autorka, powołując się m.in. na relacje byłego szefa obsługi prawnej MON płk. rezerwy Artura Busza, wskazała, że w resorcie tym dochodziło do „łamania i obchodzenia prawa, lekceważenia procedur"<.
„W 2009 roku sąd okręgowy oddalił powództwo pełnomocników MON, uznając żądanie ochrony dóbr osobistych za nieuzasadnione. Sąd dowodził wówczas, że MON jest istotnym resortem dla funkcjonowania kraju i w związku z tym dziennikarz ma prawo do informowania o stanie faktycznym. Tym samym nie podważył opisywanych przez nas faktów”.
Sąd apelacyjny zmienił wyrok sądu okręgowego uznając, że podane przez gazetę informacje „naruszają dobra osobiste ministra”. „Zdaniem SA zamieszczenie przez „Rz" opinii dwóch ekspertów komentujących bałagan prawny w MON nie było dowodem dochowania przez autorkę tekstu należytej staranności dziennikarskiej i stanowiło naruszenie art. 12 prawa prasowego. Ponadto zarzuty wobec szefa MON wydrukowano wytłuszczoną czcionką”.
„Zdanie sądu apelacyjnego niedawno podzielił Sąd Najwyższy, nakazując opublikowanie przeprosin. SN odniósł się przede wszystkim do zasady dziennikarskiej rzetelności, uznając, że uzyskanie od prawników przez telefon komentarza do sprawy nie jest wystarczającym spełnieniem tego wymogu. Nierzetelne było również zdaniem SN uzyskanie komentarza do sprawy rzecznika prasowego MON przez telefon dzień przed publikacją tekstu. Choć wypowiedź rzecznika została w tekście zamieszczona, SN uznał, że nie jest to wystarczające, by uznać, że rygory dziennikarskiej rzetelności zostały zachowane” – opisuje Piotr Gabryel i przypomina fragment art. 12 prawa prasowego: „Dziennikarz jest zobowiązany zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystywaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło".
„Zarzuty stawiane przez autorkę artykułu praktyce stosowanej w MON miały swe źródło. Był nim występujący w tekście pod nazwiskiem były szef obsługi prawnej, płk rezerwy Artur Busz. Ministerstwo Obrony odniosło się w tekście do stawianych zarzutów. W artykule znalazły się również komentarze dwóch powszechnie szanowanych ekspertów w dziedzinie prawa. Sąd nie podważył prawdziwości stawianych zarzutów, chociaż nie zgodził się z zasadnością użycia terminu „upoważnienie in blanco". Cóż więcej mógł zrobić dziennikarz?”.
Do tej pory – przypomina Gabryel - takie postępowanie dziennikarza uznawane było przez sądy za dowód przemawiający za dołożeniem przez niego należytej staranności. Pyta więc: „Czy niedawne rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego toruje drogę do zmiany dotychczasowej praktyki? A jeśli tak, to jak daleko przesunie tę granicę? I jak bardzo straci na tym opinia publiczna? Czy na przykład dziennikarz dotykający nieprawidłowości związanych z kwestiami prawnymi będzie musiał – przed opublikowaniem artykułu – zamawiać ekspertyzy kancelarii prawnych?”.
Pełnomocnik „Rzeczpospolitej”, mecenas Jacek Kondracki, uważa, że „zaprezentowany przez Sąd Najwyższy pogląd, iż uzyskanie przez dziennikarza opinii ekspertów drogą telefoniczną nie wypełnia standardów rzetelności określonych w art. 12 prawa prasowego, jest nie do obrony i pozostaje w sprzeczności z linią orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu".
Czytaj:
www.rp.pl/artykul/118849,674036_Piotr_Gabryel_o_wyroku_sadu_ws__Rzeczpospolitej.html
opr. tor
Jednym głosem bronią Poczobuta
Jednym głosem w sprawie Andrzeja Poczobuta, uwięzionego i sądzonego w Grodnie dziennikarza „Gazety Wyborczej”, mówią politycy. PiS złoży w Sejmie projekt uchwały w sprawie pomocy dla niego, a szef MSZ Radosław Sikorski kolejny raz zabrał głos w jego obronie.
„- Sejm RP z oburzeniem przyjmuje fakt bezprawnego uwięzienia przez władze białoruskie Andrzeja Poczobuta - Prezesa Rady Naczelnej Związku Polaków na Białorusi, dziennikarza "Gazety Wyborczej" – tak brzmi fragment projektu uchwały PiS. Parlamentarzyści stanowczo żądają "natychmiastowego uwolnienia Andrzeja Poczobuta oraz zaprzestania represji wobec całej polskiej mniejszości na Białorusi".
Kolejny raz w obronie Poczobuta zabrał też głos minister Radosław Sikorski. „- Andrzej Poczobut jest zakładnikiem politycznym relacji polsko-białoruskich. Jest obywatelem Białorusi polskiego pochodzenia, którego niezależnie od tego, co on sam robi, prezydent Łukaszenka używa do komunikowania się z rządem Polskim”. Rząd RP uważa takie zachowanie za "kompletnie nie do przyjęcia". „Zapewnił, że Polska nie da się zaszantażować i będzie bronić wszystkich więźniów sumienia”.
Czytaj więcej:
wyborcza.pl/1,75248,9781586,Kaczynski_i_Sikorski_bronia_Poczobuta.html
opr. tor
Martwe dusze Polskiego Radia
Kim są? Pracownikami, których zarząd, z prezesem Jarosławem Hasińskim, nie zwalnia, choć nie wykonują żadnych bądź prawie żadnych prac. Pisze o nich w nowym wydaniu „Polityki” Cezary Łazarewicz i w kontekście wyborów nowego prezesa PR stawia diagnozę: raczej pewnym jest, że publiczna rozgłośnia trafi w ręce SLD.
Jedną z „martwych dusz” PR jest, zdaniem Łazarewicza, Marek Gawkowski – ściągnięty w 2009r. do radiowej Trójki przez Jacka Sobalę. „Gawkowski jako jego zastępca miał czuwać nad finansami stacji. Po pięciu miesiącach Sobala pożegnał się z Trójką, lecz zastępca pozostał. Nowa dyrektor Magda Jethon z jego usług jednak nie korzysta” – przypomina publicysta „Polityki”. Opisuje też kolejną z „martwych dusz”, również z Programu 3 PR – Szymona Sławińskiego, byłego wicedyrektora za czasów Krzysztofa Skowrońskiego i późniejszego wicedyrektora radiowej Czwórki, z której to funkcji odwołano go w 2009r. „Wysoką dyrektorską pensję udało mu się utrzymać jeszcze przez rok, choć do pracy już nie przychodził. Sześciomiesięczne wypowiedzenie wręczono mu dopiero pod koniec następnego roku, dzięki czemu pobierał pensję przez 1,5 roku” – donosi Łazarewicz.
Jak najłatwiej zidentyfikować człowieka „zawieruszonego” (inaczej: martwą duszę) w Polskim Radiu? Wystarczy spojrzeć na listę płac. „Zawieruszeni” zarabiają dużo więcej niż ich koledzy (mimo krótszego stażu pracy), chroni ich 6- lub 9-miesięczny okres wypowiedzenia i zazwyczaj zaczynali przygodę z PR w 2006r., kiedy rozgłośnia znalazła się w rękach koalicji PiS-Samoobrona-LPR.
Łazarewicz pisze w „Polityce”, że od kilku miesięcy trwa w Polskim Radiu polowanie na „martwe dusze”. „Wybrana w kwietniu nowa Rada Nadzorcza zażądała od prezesa Hasińskiego wykazu osób zatrudnionych w ostatnich latach, informacji, na jakich warunkach zostali zatrudnieni i jak wysokie koszty odpraw poniosło bądź poniesie radio, gdyby ich zwolniło” – informuje publicysta.
Na łamach „Polityki” Łazarewicz przypomina również historię wychodzenia PR z medialnego cienia. Zaczęło się, jego zdaniem, od przejęcia w 2006r. władzy w rozgłośni przez Krzysztofa Czabańskiego i Jerzego Targalskiego, którzy zamierzali oczyścić stację „ze złogów gierkowsko-gomułkowskich”. W rezultacie zwolniono 265 osób, po czym zatrudniono 400 nowych pracowników. Łazarewicz dowodzi, że wszystkich ich objęto protekcją, zmieniając umowy o pracę i wydłużając czas ewentualnych wypowiedzeń – z jednego do nawet dziesięciu miesięcy, podnosząc jednocześnie ich pensje.
Kolejny przewrót w PR przypadł na rok 2009, kiedy zarząd Czabańskiego został odwołany i powstała medialna koalicja PiS-SLD, „wspierana przez niedobitki z Samoobrony”. Konsekwencją tej roszady był pięcioosobowy zarząd Polskiego Radia, na czele którego stanął Jarosław Hasiński. „Nowy zarząd podzielił anteny według partyjnego parytetu” – pisze Łazarewicz, i przypomina, że do radia ściągnięto wówczas publicystów „Naszego Dziennika”, „Gazety Polskiej” i „Rzeczpospolitej”. Zarząd Hasińskiego planował zredukować również zatrudnienie, które od jesieni 2009r. do marca 2011r. zamiast zmaleć, wzrosło o 200 osób.
Łazarewicz przypomina również, że do konkursu na szefa Polskiego Radia zgłosiło się co prawda 26 kandydatów, jednak ostateczny pojedynek rozegra się między Jarosławem Hasińskim, a Andrzejem Siezieniewskim – byłym prezesem. „Obaj mają rekomendację SLD, a to ważne, bo w rozgrywkach medialnych Polskie Radio przypadnie właśnie lewicy” – przekonuje publicysta. I dodaje, że wybór Hasińskiego będzie oznaczał „konserwację obecnego ładu”, natomiast powołanie Siezieniewskiego na prezesa oznaczałoby „zmianę i choćby częściowe odpolitycznienie”.
Więcej w artykule Cezarego Łazarewicza „Zawieruszeni i przyczajeni” na str. 24-25 nowego wydania tygodnika „Polityka”.
Opr. OG
Podwójne uzależnienie
Polscy internauci uzależnili się już nie tylko od sieci , ale – jak dowodzi na łamach nowej „Polityki” Agnieszka Sowa – również od dostępnych tam na coraz szerszą skalę serwisów grupowych zakupów.
Grupon, Grouper, Coupon, Citeam, Hitdeal – publicystka wymienia tylko niektóre z 40 obecnych obecnie w polskim Internecie witryn, pozwalających na robienie grupowych zakupów. Serwisy tego typu pojawiły się w kraju rok temu. Jako pierwszy zadebiutował City Deal, wchłonięty po miesiącu przez polski oddział amerykańskiego Grupona – potentata na światowym rynku okazji. Dzisiaj stronę internetową Grupona odwiedza co piąty użytkownik polskiej sieci. „Grupon w ciągu 12 miesięcy działalności sprzedał 1,5 miliona kuponów. Ile Polacy wydali na to pieniędzy, nie wiadomo, bo firma podaje tylko, ile jej użytkownicy >>zaoszczędzili<<, biorąc udział w promocjach: 290 milionów złotych. To oznacza, że wydali być może tyle samo, albo niewiele mniej” – informuje Sowa.
Publicystka odpowiada na łamach „Polityki” na dwa pytania. Po pierwsze, czy można uzależnić się od grupowych zakupów? Okazuje się, że tak, bo są połączeniem normalnych zakupów i dodatkowo Internetu, a obie te aktywności potrafią uzależniać. Internauci szukają sposobów na poprawę samopoczucia, potrzebują stymulacji, a zakupy grupowe dają poczucie więzi z większą liczbą osób. Dochodzi tu element racjonalizacji – skoro nie tylko ja kupuję, a dodatkowo kupując oszczędzam, to nie robię nic złego. Po drugie, Sowa wyjaśnia, jak tak naprawdę działają serwisy grupowych zakupów. „Promocja obowiązuje wtedy, gdy na zakupy zdecyduje się określona w ofercie grupa klientów” – pisze publicystka. W rzeczywistości, „serwisy zakupów grupowych wmawiają klientowi, że dzięki ich pomocy oszczędza pieniądze. Tymczasem namawiają do kupowania tego, czego w planach nie było” – dodaje Sowa.
Publicystka zastanawia się, czy Polacy dalej będą popadać w internetowe uzależnienie od grupowych zakupów, czy otrzeźwieją i zrozumieją, że „ktoś ich nabija w grupową butelkę”.
Więcej w tekście Agnieszki Sowy „Grupoholizm” na str. 34-36 nowego wydania tygodnika „Polityka”.
Opr. OG
Państwo w sieci
„Przyjęliśmy zasadę, że zasoby wytworzone za publiczne pieniądze powinny być dostępne publicznie, i to w sposób umożliwiający ich przetwarzanie” – cytuje Donalda Tuska Edwin Bendyk. W nowej „Polityce” publicysta zastanawia się nad wpływem Internetu na sprawność państwa i kontrolowaniu go przez obywateli.
Bendyk tłumaczy, co naprawdę oznaczają słowa premiera. „Informacje pozyskiwane i wytwarzane przez administrację w Polsce, jeśli tylko nie zostaną zakwalifikowane jako tajne, będą udostępniane w postaci umożliwiającej obywatelom, organizacjom społecznym i firmom wykorzystywanie ich na przykład do tworzenia nowych usług i serwisów” – wyjaśnia Bendyk. W efekcie, powstanie dziesiątki serwisów dostępnych w Internecie i telefonach komórkowych.
Jaki to będzie miało wpływ na funkcjonowanie państwa? „Taki otwarty dostęp do informacji publicznej, informacji tworzonej przez obywateli oraz społeczna kontrola władzy dają szansę na modernizację demokracji i stworzenie współwładzy” – przekonuje publicysta „Polityki”. Dodaje jednak, że nie jest to schemat tak przejrzysty, jakby się mogło wydawać. Po pierwsze, politycy nie lubią rezygnować z atrybutów władzy, a społeczna kontrola mogłaby ich do tego zmuszać. Po drugie, nad światem wisi pokusa szczególnej kontroli nad Internetem, wynikająca – jak sądzi Bendyk – nie tylko z gry interesów, ale i z niezrozumienia świata sieci. „Nie dość, że przenika ona już wszystkie sfery życia, to także zmienia się z szybkością większą niż tempo działania tradycyjnych instytucji państwa” – przekonuje.
Publicysta pisze na łamach „Polityki” o polskim serwisie Moja Polis, który wpisuje się w schemat wolnego dostępu do informacji i tworzenia społeczeństwa obywatelskiego. „Zbiera dane na temat najróżniejszych aspektów życia społecznego w Polsce – od wielkości bezrobocia, do wykorzystanych w poszczególnych gminach kwot, pochodzących z 1% odpisu od PIT. Informacje można analizować w układzie przestrzennym, na mapie Polski i porównywać” – pisze Bendyk. Wyraża jednak wątpliwość, czy tego typu serwisy sprawdzą się kraju. Skąd te dylematy? Zdaniem publicysty, przeszkadzać może opór urzędników, którzy boją się utraty jednego z atrybutów władzy i niska jakość informacji publicznej w Polsce.
Więcej w artykule Edwina Bendyka „Polityk.małpa.pl” na str. 108-109 nowego wydania tygodnika „Polityka”.
Opr. OG
Sakiewicz w obronie swojej dziennikarki
„Sprawa przegranego procesu Doroty Kani z byłym funkcjonariuszem SB budzi mój wielki sprzeciw” – pisze w nowej „Gazecie Polskiej” jej redaktor naczelny, Tomasz Sakiewicz. „Sprawa jest oburzająca” – dodaje.
Dlaczego Sakiewicz czuje się oburzony? Dorota Kania, publicystka „GP” przegrała w lutym proces z byłym funkcjonariuszem SB płk Ryszardem Bieszczyńskim. Kania pisała o pułkowniku od 2003r., pracując jeszcze w „Życiu Warszawy”. Jej ostatni artykuł na temat byłego szefa zarządu Śledczego ABW pojawił się na łamach „Wprost” w 2007r. – przypomina w swoim tekście Sakiewicz.
„Płk Ryszard Bieszczyński po raz kolejny wygrał proces karny jaki wytoczył dziennikarzom. Niedawno było głośno o przegranym procesie Jerzego Jachowicza, a w lutym tego roku sąd skazał prawomocnym wyrokiem Dorotę Kanię, która musi zapłacić wysoką grzywnę, zwrócić koszty adwokatowi Bieszczyńskiemu i zamieścić ogłoszenie w tygodniku >>Wprost<<” – informuje redaktor naczelny „Gazety Polskiej”. Dodaje, że publicystkę jego tygodnika będzie to kosztowało nie tylko dużo pieniędzy, ale poniesie ona też straty moralne, bo trafi do Centralnego Rejestru Skazanych.
Sakiewicz uważa, że Kania została w procesie wytoczonym przez płk Bieszczyńskiego niesprawiedliwie potraktowana. Po pierwsze, „Wprost”, dla którego pisała, nie zapewnił jej adwokata i musiała bronić się przed sądem sama. Po drugie, sąd nie uwzględnił żadnych wniosków składanych przez publicystkę „GP”. „Niepokorna dziennikarka jest skazywana i musi płacić potężne koszty” – podsumowuje Sakiewicz. I z racji „potężnych kosztów”, jakie spadły an Dorotę Kanię zwraca się łamach „Gazety Polskiej” do jej czytelników: „Proszę wszystkich ludzi dobrej woli o dobrowolne wpłaty na konto naszej fundacji po to, by pomóc poszkodowanym dziennikarzom, którzy przegrali procesy z art. 212 i po poniesieniu ich kosztów znaleźli się w trudnej sytuacji” – apeluje naczelny „Gazety Polskiej”.
Więcej w tekście Tomasza Sakiewicza „Triumf esbeka” na str. 4 nowego wydania „Gazety Polskiej”.
Opr. OG
„Nowe Państwo” dla kiboli raz jeszcze
„Po licznych prośbach osób, które nie mogły dostać >>Nowego Państwa<<, podjęliśmy decyzję o dodruku 16 tysięcy egzemplarzy” – informuje w nowym numerze „Gazety Polskiej” Piotr Lisiewicz. Chodzi o wydanie „NP” z maja tego roku, poświęcone „Polsce Kibolskiej”.
„Wielkość dodruku jest trochę ryzykowna, bo nie wiemy, czy jeszcze aż tyle się sprzeda, ale co tam, po kibolsku lubimy ryzyko” – pisze Lisiewicz. I apeluje jednocześnie, aby „życzliwi sprawie” rozpowszechniali informację o dodruku „Nowego Państwa” wśród „potencjalnie zainteresowanych znajomych, bo na reklamę w >>GW<< oraz większości głównych mediów jakoś niespecjalnie liczy”. Lisiewicz odpowiada jednocześnie w swoim tekście na komentarze kibiców, jakie pojawiły się po ukazaniu pierwszej edycji „NP Kibolskiego”.
Na łamach „GP” publicysta przywołuje również opinie internautów, którzy w rozmaitych serwisach zamieszczali pochlebne opinie na temat przeznaczonej dla kibiców wersji „Nowego Państwa”. Jedna z takich opinii pokazuje „NP” jako pismo nienaciąganych tekstów, „wnoszących coś do obserwacji sprawy wojny rządu z kibicami, wnoszących prawdę”. Inna mówi o specjalnym wydaniu miesięcznika jako o „świetnym argumencie w szczególności dla młodych kibiców, żyjących wśród ludzi łykających medialną propagandę”.
Piotr Lisiewicz odpiera również w „GP” zarzut, jakoby numer „Nowego Państwa” poświęcony „Polsce Kibolskiej” był powodowany politycznymi pobudkami. „O ruchu kibicowskim piszemy podobnie od zawsze, więc nie należymy do świeżo nawróconych z powodów koniunkturalnych” – przekonuje publicysta. „ My nie dowodzimy, że jesteśmy pseudoobiektywni i manipulujemy, a głosimy własne poglądy z otwartą przyłbicą” – dodaje Lisiewicz.
Więcej w tekście Piotra Lisiewicza „Dodruk kibolskiego >>Nowego Państwa<<” na str. 18 nowego wydania „Gazety Polskiej”.
Opr. OG
