MSZ płaci i … akceptuje tematy IAR

Dosyć sensacyjne doniesienie portalu Press.pl: Informacyjna Agencja Radiowa (Polskie Radio SA) przygotowuje materiały zaakceptowane i opłacone przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Trafiają one do serwisu jako zwykłe materiały redakcyjne.

 

Według ustaleń Press.pl  IAR proponuje MSZ tematy reportaży, a urzędnicy, niczym redaktorzy, akceptują je lub odrzucają. Najważniejsze jest to, że: „zaakceptowane materiały trafiają do serwisu IAR, ale agencja w żaden sposób nie oznacza, że są opłacone przez MSZ”.

Umowa MSZ z IAR opiera się na budżecie 40 tys. złotych i  dotyczy tematów z krajów, w których MSZ prowadzi działania na rzecz „przemian demokratycznych i transformacji gospodarczej”. Chodzi o: Gruzję, Afganistan, Angolę, Ukrainę, Mołdawię, Białoruś i Autonomię Palestyńskę.

Rzecznik prasowy Polskiego Radia Radosław Kazimierski powiedział "Press", że „materiały nie są oznaczone, bo ministerstwo nie ingeruje w ich treść”.

Czytaj:

www.press.pl/newsy/pokaz.php

Opr. tor


 

 

Kotecka wygrała ze Słapkiem

Patrycja Kotecka, była wiceszefowa Agencji Informacyjnej TVP, wygrała dziś proces przed sądem okręgowym w Warszawie o pomówienie z byłym dziennikarzem telewizji Łukaszem Słapkiem – informuje na swojej stronie internetowej „Rzeczpospolita".

Sąd orzekł, że Słapek ma przeprosić Kotecką na pierwszej stronie „Dziennika Gazety Prawnej" i w „Rzeczpospolitej". Ponadto musi „zapłacić 35 tys. zł zadośćuczynienia plus pokryć koszty procesu”.

W 2007 roku reporter telewizyjnych „Wiadomości” Łukasz Słapek powiedział  „Dziennikowi", że jego przełożona Patrycja Kotecka „wywierała naciski na reporterów, by przygotowywali materiały kompromitujące PO. (publikacje „Korupcja w TVP" i "Niemoralne propozycje w TVP"). Słapek twierdził też, że gdy pracował w TVP „były momenty kiedy dochodziło do sytuacji bliskich korupcji". Kotecka miała mu sugerować, że dobrze mu zapłaci mu za krytyczny materiał o Platformie. Jego zdaniem, został zwolniony z telewizji, bo nie przyjął tej oferty”.

Orzeczenie sądu Patrycja Kotecka skomentowała tak: „- Cieszę się, że sprawiedliwość wygrała. Materiał dowodowy wyraźnie pokazał, że pan Słapek nie mówił prawdy”. Dodała, że te słowa „wyrządziły jej wiele krzywdy”. „– Powtarzały je różne portale, stacje radiowe i telewizyjne, było o tym głośno”.

„Rzeczpospolita” przypomina, że „równolegle z pozwaniem Słapka Kotecka pozwała też „Dziennik". Oprócz niej gazetę pozwała też telewizja. W 2009 roku „Dziennik" na mocy ugody z Kotecką i TVP opublikował na 2 stronie przeprosiny. Zapłacił też 20 tys. zadośćuczynienia”.

Czytaj:

www.rp.pl/artykul/118849,679706_Nie_bylo_korupcji_w_TVP__Kotecka_wygrala_proces.html

opr. tor


  Oświadczenie Patrycji Koteckiej

Po wygranym procesie z Łukaszem Słapkiem, byłym reporterem telewizyjnych "Wiadomości", Patrycja Kotecka wydała oświadczenie, które publikujemy w całości (za stroną internetową "Rzeczpospolitej"):

Pragnę uprzejmie poinformować, iż w dniu dzisiejszym Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał Łukaszowi Słapkowi, byłemu reporterowi Wiadomości TVP, który pomówił mnie na łamach Dziennika, opublikowanie przeprosin na pierwszej stronie tej gazety, w wydaniu internetowym www.dziennik.pl oraz na trzeciej stronie Rzeczpospolitej.

Orzeczenie sądu przyjęłam z radością i satysfakcją. Świadczy ono niezbicie, że kierowane pod moim adresem pomówienia były czystym kłamstem i wynikały wyłącznie z chęci odwetu i upokorzenia mnie w oczach opinii publicznej. Warto podkreślić, że zeznania w tej sprawie składało przed sądem wielu dziennikarzy TVP, powoływanych na świadków przez obie strony. Żaden z nich nie stwierdził, abym kiedykolwiek zlecała mu przygotowanie materiałów uderzających w jakąkolwiek opcję polityczną.

Z całym przekonaniem pragnę podkreślić, że jako dziennikarz i szef programów informacyjnych TVP, zawsze postępowałam etycznie oraz dbałam o przestrzeganie zasad rzetelnego i obiektywnego dziennikarstwa. Dzisiejsza wygrana to wielka satysfakcja nie tylko dla mnie, ale także wszystkich tych dziennikarzy TVP, którzy ze mną pracowali. Oni bowiem również zostali pomówieni i obrażeni przez Łukasza Słapka, który oskarżył ich o konformizm i brak kręgosłupa moralnego. Dziś, podobnie jak ja, mogą odczuwać radość, bo prawda w końcu się obroniła.

Warto przypomnieć, że rewelacjom Łukasza Słapka nie dała wiary Komisja Etyki TVP, która badała tę sprawę. Za niewiarygodnego uznało go również kierownictwo Axel Springer, koncernu wydającego gazetę Dziennik, który nie czekając na orzeczenie sądu przeprosił mnie i Telewizję za cytowanie kłamstw reportera Wiadomości. Mam nadzieję, że po dzisiejszym orzeczeniu sądu, także przedstawiciele innych mediów, które do tej pory bezkrytycznie powtarzały kłamstwa Łukasza Słapka, będą mieli odwagę powiedzieć „przepraszam". Wierzę też, że Łukasz Słapek wyciągnie wnioski z tej historii i nigdy już nikogo w podobny sposób nie skrzywdzi.

Patrycja Kotecka

Czytaj:

www.rp.pl/artykul/118849,679821_Oswiadczenie_Patrycji_Koteckiej_w_sprawie_dzisiejszego_wyroku_sadu.html

podał do druku: tor


Telewizja i Internet w jednym

Polacy mają już ponad 300 tys. telewizorów, które można podłączyć do internetu, oglądać dzięki temu telewizję, przeglądać strony internetowe, robić zakupy, odwiedzać serwisy społecznościowe czy rozmawiać na Skypie. W tym roku liczba takich telewizorów ma się radykalnie zwiększyć – informuje „Dziennik. Gazeta Prawna”.
„– Odbiorniki pozwalające na podłączenie do internetu stanowiły w ubiegłym roku 15 proc. wszystkich sprzedanych telewizorów. Prognozujemy, że w tym roku będzie to prawie 35 proc.” – podał w„DGP” Marcin Bołbot, dyrektor sprzedaży i marketingu Samsung Electronics Poland, firmy, która sprzedała w ubiegłym roku około 150 tys. odbiorników z funkcją dostępu do Internetu. Zamierzają tę sprzedaż podwoić.
Dzięki temu zwiększa się dynamicznie oferta telewizyjna w sieci. „W tym tygodniu kolejny krok w walce o ten rynek zrobi Polsat. Należąca do niego internetowa telewizja Ipla wprowadzi na telewizory Samsunga kolejny widget – program pozwalający na oglądanie filmów z jego biblioteki. Konkurent Polsatu, Grupa TVN, by zaspokoić popyt na telewizję w sieci, stworzył serwis VoD.Onet.pl”.

Czytaj:

biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/526368,siec_internetowa_wchodzi_do_telewizji.html

opr. tor


Milion euro na public relations

Ponad 1 mln euro będą kosztować usługi światowej renomowanej firmy PR Burson-Marsteller związane z obsługą techniczno-logistyczną polskiej prezydencji. Firma już pomaga rządowi w organizacji konferencji eksperckich i wizyt zagranicznych dziennikarzy – informuje „Gazeta Wyborcza” za Polską Agencją Prasową.

<<"Uznaliśmy, że przy tak dużej liczbie wydarzeń i imprez, które będą miały miejsce podczas polskiej prezydencji, przyda się logistyczna i techniczna pomoc doświadczonej agencji PR-owskiej">> - powiedział PAP rzecznik prezydencji Konrad Niklewicz.

„Podkreślił, że Burson-Marsteller ma tylko i wyłącznie wspierać organizację prezydencji od strony technicznej i logistycznej. "Za to, jaki przekaz trafia do mediów, odpowiadają instytucje rządowe, w tym przede wszystkim rzecznicy prezydencji. Agencja nie jest zaangażowana w tworzenie przekazu medialnego, tylko pomaga dotrzeć z tym przekazem do potencjalnych odbiorców".

Co zrobi Burson-Marsteller w zamian za milion euro? Zorganizuje konferencje z udziałem ekspertów z całego świata, a także dziennikarzy. Będzie to okazja do promocji „polskich priorytetów”. Ponadto firma PR zajmie się „organizacją wizyt studyjnych zagranicznych dziennikarzy w Polsce. Będzie odpowiedzialna np. za to, by trafić do dziennikarzy ze wszystkich europejskich gazet, którzy w danym kraju zajmują się konkretną tematyką. Polski rząd zleci B-M sporządzenie takiej listy osób, a później sam zdecyduje, których dziennikarzy zaprosi”.

Czytaj:

wyborcza.pl/1,91446,9848403,Prezydencja___ponad_milion_euro_na_firme_PR_Burson_Marsteller.html

opr. tor

 

 


Internet daje władzę

Większość kandydatów na prezydentów miast w ostatnich wyborach samorządowych miała strony internetowe. Ale nie potrafili wykorzystać sieci do mobilizowania zwolenników – zauważa Domink Uhlig w „Gazecie Wyborczej”.

Autor omawia raport Instytutu Spraw Publicznych, który podjął próbę „zbadania internetowymi narzędziami, czy politycy potrafią poruszać się w sieci”.

Politycy doskonale zdają już sobie sprawę z tego, że Internetu nie można ignorować, bo w sieci buszuje „60 proc. Polaków, w tym zdecydowana większość tych przed 30. rokiem życia” i spędzają tam więcej czasu niż przed telewizorem.

Z raportu wynika, że „politycy proponują jednak internautom niewiele. Standard to strona ze zdjęciem, informacjami o sobie oraz ze swoim programem. Czasem filmiki - bardziej rozrywkowe niż poważne. Jak ten, w którym Andrzej Stania, kandydat PO na prezydenta Rudy Śląskiej, pływa w garniturze w basenie”.

Bywa nawet, że politycy, jak Wojciech Olejniczak, korzystają z wielu  kanałów komunikacji. Europoseł „miał np. 2 blogi, 2 mikroblogi (Blip i Twitter), 2 strony WWW, 2 profile w serwisach społecznościowych, kanał na YouTubie, a także stronę projektu ''Zmieńmy Warszawę''.

Brakuje jednak politykom w sieci interakcji z wyborcami. ''Często te praktyki sprawiały wrażenie chaotycznych i mało przemyślanych'' - napisano w raporcie. „Politycy używali swoich stron do informowania - pisze Domink Uhlig. „Niechętnie jednak dawali swoim czytelnikom możliwość wypowiedzi. Tylko 18 proc. stron umożliwiało komentowanie treści, rzadkością były fora dyskusyjne czy nawet linki do forów znajdujących się na innych stronach. Sporadycznie kandydaci próbowali zaangażować wyborcę w inny sposób. Kandydaci zakładali sobie konta także w popularnych serwisach społecznościowych - częściej na Facebooku niż na odwiedzanej przez większą liczbę Polaków Naszej Klasie. Ale i tych używali przede wszystkim do ogłaszania, co mają do powiedzenia, a nie po ty, by rozmawiać z wyborcami. Bardzo rzadko odpowiadali na zadane im proste pytania dotyczące kampanii. Na maila odpowiedziało 85 z 223 kandydatów na prezydentów miast (38 proc.), na pytania zadane przez specjalne formularze na stronie - tylko 28 proc. Na Facebooku było jeszcze gorzej - tylko 13 proc. pytań zadanych przez występujących anonimowo badaczy doczekało się odpowiedzi” – informuje „Gazeta Wyborcza”.


Czytaj:

wyborcza.pl/1,75248,9847236,Kto_ma_internet_ten_ma_wladze_.html

opr. tor

 

 


 

 

Śmierć na ekranie

Czy to moralne, aby ją pokazywać? Czy to przekroczenie granicy, czy przełamanie tabu? – zastanawia się w swojej stałej rubryce w „Newsweeku” Bogusław Chrabota.

Szef publicystyki Polsatu przypomina w felietonie śmierć pilota Marka Szufy, który zginął podczas zawodów lotniczych w Płocku. „Przez moment trwała głucha cisza, potem poszło w eter przekleństwo dziennikarza śledzącego płockie pokazy i stało się jasne, że coś się wydarzyło” – wspomina Chrabota. I dodaje, że wydawca, z którym przygotowywał w tamtym czasie wieczorny program, powiedział: „Stało się… Pokazaliśmy śmierć na żywo”.

Czy to etyczne, czy tak można, czy śmierć wyznacza granicę nie do przekroczenia? – zastanawia się felietonista „Newsweeka”. „Śmierć na żywo. Śmierć w telewizji. Śmierć na pokaz. Zatem śmierć jeśli nie dla kasy, to dla ratingów. Napompowała oglądalność” – Chrabota przywołuje możliwe interpretacje odbiorców, którzy oglądali pokazy w Płocku.

Tłumaczy jednak, że śmierć jest przecież częścią ludzkiego istnienia, „immanentną częścią nas samych, cieniem, od którego nie możemy się uwolnić i który o sobie przypomina w najmniej spodziewanych momentach”. I przypomina, że w czasie, kiedy polska telewizja pokazywała śmierć na żywo, stacja BBC emitowała film o śmierci starca Geralda. Śmierć przybrała w nim formę wyreżyserowaną , wykreowaną, intencjonalną. Zdaniem Chraboty, dopiero w tym miejscu należy zacząć stawiać pytania: Czy media nie odzierają przypadkiem śmierci z pierwiastka sacrum? A może ich zadaniem jest oddawanie w taki sposób hołdu człowieczeństwu? Pytania, na które według felietonisty „Newsweeka”, odpowiedzieć nie sposób.

 

Więcej w felietonie Bogusława Chraboty „Śmierć na żywo” na str. 9 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek”.

 

Opr. OG

 

 


 

Okno na świat nas przyskrzynia?

Z jednej strony, spersonalizowane strony internetowe  momentalnie odgadują nasze pragnienia. Z drugiej, Internet podsuwając nam treści analogiczne do tych, które już znamy, zamyka nas w kokonie naszych poglądów i upodobań. Stajemy się przez to częścią sieciowego getta – wyrokuje w nowym „Newsweeku” Paweł Górecki.

Górecki pisze, że obecnie nie ma już jednego Internetu dla wszystkich. „Dzięki algorytmom personalizacyjnym Google, Facebook, Amazon oraz inne strony, dopasowują to, co wyświetlają, do indywidualnych upodobań internautów. Znają je, bowiem skrupulatnie śledzą naszą sieciową aktywność” – tłumaczy publicysta „Newsweeka”.

Filtrowanie internetowych treści jest niezbędne, bo liczba informacji w sieci rośnie lawinowo i bez mechanizmów selekcji, nie bylibyśmy w stanie ich przyswoić. Google na przykład, oprócz algorytmu monitorującego liczbę linków do danej strony, wprowadził także opcję „cookies” – plików z informacjami o odwiedzanych stronach. To sposób na tworzenie swoistych indywidualnych profilów internautów. Innowacje wdraża też Facebook, który za pomocą algorytmu EdgeRank, który mierzy częstotliwość i rodzaje wzajemnych kontaktów między internautami, dopasowuje publikowane w naszym profilu treści.

Także media tradycyjne będą ulegać tym trendom – przewiduje Górecki. Widać to już dzisiaj – większość portali gazetowych oprócz ważnych informacji zamieszcza ramkę z najchętniej czytanymi i komentowanymi wiadomościami. „To pierwszy ukłon w stronę gustów odbiorców, ale zapewne nie ostatni” – pisze publicysta „Newsweeka”. I dodaje, że wkrótce w Internecie może powstać nawet coś na kształt prywatnego kanału telewizyjnego, w którym bez konieczności używania pilota, będziemy mogli oglądać programy bezbłędnie trafiające w nasze gusta.

Jednak personalizacja sieci to także zagrożenia. Jakie? Skoro Internet dostarcza informacji skrojonych pod nasze poglądy i oczekiwania, zamykamy się na kontakty z innymi, blokujemy sobie drogę do poznania świata. Poza tym, spersonalizowane serwisy zniekształcają obraz tego świata i prowadzą do efektu potwierdzenia – ludzie wybierają te źródła informacji, które potwierdzają ich światopogląd. Na domiar złego, algorytmy personalizacyjne mogą oznaczać radykalizację poglądów internautów, odrzucanie innych punktów widzenia.

Tym samym, Internet przestaje być naszym oknem na świat. „Współczesna sieć przestaje być nakierowana na odkrywanie, bo główną aktywność internautów zamyka się w gettach ludzi o podobnym sposobie myślenia” – konkluduje Górecki.

 

Więcej w tekście Pawła Góreckiego „Złapani w sieć” na str. 70-73 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek”.

 

Opr. OG

 


 

(Nie) warto rozmawiać

Problemy były ze wszystkim – z tematami, z zapraszanymi gośćmi, ze sposobem formułowania pytań. Problemem był też Jan Pospieszalski, jemu wolno mniej niż Lisowi – mówi w wywiadzie dla „Uważam Rze” Paweł Nowacki, współtwórca programu „Warto rozmawiać”.

W rozmowie z Jackiem i Michałem Karnowskimi, Nowacki opowiada o symbolicznym przedziale czasowym, w jakim współtworzony przez niego program funkcjonował. Zaczął się w 2003 r. razem z afera Rywina, a zszedł z anteny przy okazji wyciszania afery hazardowej siedem lat później. „System znów się domknął” – ocenia Nowacki. Przypomina, że początkowo „Warto rozmawiać” emitowała pod nazwą „Studio otwarte” Telewizja Puls. Kiedy w 2003 r. stację przejął Solorz-Żak, program przeniósł się do ramówki TVP. Nie było tam jednak kolorowo. „Wielu prezesów i szefów anten chciało nas zdjąć, zmarginalizować. Ostatecznie udało się to pani Iwonie Schymalli. Wcześniej dyrektor TVP2 Wojciech Pawlak przesunął nas z poniedziałku na środę, żeby zrobić miejsce programowi Tomasza Lisa” – opowiada Nowacki. Jego zdaniem, jedynymi momentami, kiedy czuli się traktowani w telewizji poważnie, były prezesura Bronisława Wildsteina i czas dyrektorowania w Dwójce Krzysztofa Nowaka. „Później atakowano nas już za wszystko” – ocenia współtwórca „Warto rozmawiać”.

Kto i za co atakował najbardziej? – pytają Karnowscy. Nowacki odpowiada: „Środowiska lewackie, skupione wokół „Gazety Wyborczej” atakowały nas najbardziej za tematy obyczajowe. Bo w twardej, ale uczciwej dyskusji nasi goście obalali ich argumenty”.

Publicystów „Uważam Rze” interesuje także, dlaczego program „Warto rozmawiać” budził w społeczeństwie taką wściekłość. Zdaniem Nowackiego, duży udział w tych antynastrojach odgrywała postać Jana Pospieszalskiego, „który jest zaangażowany w świat, zaangażowany z pozycji jasnych: jako Polak, jako katolik, jako ojciec”. Nowacki uważa, że gospodarza „Warto rozmawiać” traktowano nierówno w stosunku do Tomasza Lisa. „Lisowi wolno więcej. Janek jasno deklarował, jakie ma poglądy. Właśnie po to, by uniknąć zarzutu manipulacji. To przecież uczciwe. Lis zaś udaje w programie telewizyjnym, że nie ma poglądów, po czym w swoich artykułach występuje jako skrajny stronnik rządzących” – twierdzi Nowacki.

Współtwórca „Warto rozmawiać” przypomina też, że program, mimo późnej godziny emisji, gromadził widownię rzędu od 800 tysięcy do 1,5 miliona widzów. „To pokazało, dla jak wielu widzów program jest ważny. Dyskutanci, którzy do nas przychodzili, zawsze mieli poczucie, ze ich głos brzmi na równych prawach” – ocenia Paweł Nowacki. Pytany o przeniesienie programu do stacji komercyjnej wyjaśnia, że żaden z prywatnych nadawców nie zgłosił takiej oferty.

 

Więcej w wywiadzie Jacka i Michała Karnowskich z Pawłem Nowackim „Ogromna stawka” na str. 31-33 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.

 

Opr. OG

 

 


 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl