Gazeta z samozwańczym moralistą na czele
„Gazeta Wyborcza” sprzeciwia się grzebaniu w życiorysach. Oficjalnie. Bo gdy pojawia się szansa na obciążenie wizerunku ideologicznego przeciwnika, ochoczo ją wykorzystuje – przekonuje na łamach nowego wydania „Uważam Rze” Marzena Nykiel.
Publicystka przypomina proces, jaki Agora wytoczyła Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi za naruszenie dóbr osobistych. Rymkiewicz w rozmowie z „Gazetą Polską” przyznał, że „GW” dąży do tego, „aby Polacy przestali być Polakami”, a jej redaktorzy są „duchowymi spadkobiercami KPP”. Jaką obronę zastosowała wobec słów poety Agora? Obronę według klucza podwójnych standardów, charakterystyczną dla gazety Michnika – twierdzi Marzena Nykiel. Po pierwsze, spółka medialna nie rozumie, że stosuje te same zachowania, którym w procesach się przeciwstawia. Po drugie, publicyści „GW” nie rozumieją „podstawowych różnic pomiędzy poglądami posiadanymi w przeszłości, a postawą aktualną, przejawiającą się w konkretnych działaniach twórczych, publicystycznych czy politycznych”.
Nykiel uważa, iż redaktorzy „Wyborczej” nie rozumieją jeszcze czegoś. „Że narodowość nie jest sprawą krwi, lecz tożsamości, poczucia i wrośnięcia w historię narodu”. Jej zdaniem, doszukiwanie się analogii między Rymkiewiczem a Michnikiem jest równie absurdalne, co wskazywanie różnic między nimi.
Publicystka „Uważam Rze”, powołując się na słowa Michała Cichego (byłego dziennikarza „Wyborczej”), charakteryzuje redaktora naczelnego „GW”. Pisze, że jest on wyjątkowo wrażliwym na swoim punkcie ideologiem gazety, przejawia demiurgiczne zapędy do kształtowania ludzkich sumień. Nykiel cytuje za Cichym: „Jest skrajnie amoralnym moralistą. Uważa się go za kogoś w rodzaju fałszywego proroka. Jest otyłym dietetykiem”. Publicystka uważa, że czytelnicy „Gazety” uczą się najnowszej historii za pośrednictwem rozpisanego przez jej ideologów programu.
Nykiel odnajduje jeszcze jedno dno podwójnych standardów obowiązujących w „GW”. „W sytuacji, gdy esbeckie materiały znajdujące się w archiwach IPN dotyczą antylustracyjnych salonowców, w opinii >>Gazety<< są bezużytecznym, przekłamanym stosem śmieci. Gdy jednak znajdzie się choć iskra obciążająca dzisiejszych zwolenników lustracji, nagle zyskują nieocenioną wartość dokumentów” – przekonuje publicystka na łamach „Uważam Rze”.
Marzena Nykiel przypomina również, że prześwietlanie życiorysów przez redakcję „GW” nie ominęło też dziennikarzy. Jako przykład podaje Wojciecha Reszczyńskiego, któremu po otrzymaniu etatu w Polskim Radiu przypomniano od razu, że w czasach PRL pracował w reżimowej telewizji. Publicystka ma w tym temacie swoją teorię: „Na potrzeby urabiania opinii publicznej i przedstawiania walczących o prawdę dziennikarzy w kategorii oszołomów, >>Gazeta<< wykuła pojęcie >>dziennikarzy prawicowych<<”. Co to oznacza w praktyce? Umiejętne wciśniecie tej definicji w debatę publiczną jako terminu z góry dyskredytującego, równającego się dziennikarzowi partyjnemu. Efekt? „Wystarczyło do tego naciągnąć fakty i dokonać serii publicznych ośmieszeń, by znieczulić część Polaków na trudne do odparcia argumenty” – tłumaczy Nykiel.
Publicystka pisze w podsumowaniu, że trudno jest przejrzeć na oczy i wydostać ze środowiska, w które się wrosło. W tym przypadku – środowiska zideologizowanego przez Michnika, „samozwańczego demiurga podwójnej moralności”. W rezultacie, redaktorzy „Gazety Wyborczej” nieustannie „usprawiedliwiają własną słabość przez oskarżanie innych”.
Więcej w tekście Marzeny Nykiel „Amoralny moralista z Czerskiej” na str. 58-60 najnowszego wydania tygodnika „Uważam Rze”.
Opr. OG
Ponadto w numerze:
- Jacek Przybylski ocenia z Waszyngtonu, czy serial „Gotowe na wszystko” wygrywa w kategorii kultowej rozrywki telewizyjnej czy propagandy zdrady i upadku moralności („Przedmieścia gotowe na wszystko” str. 46-48),
- sylwetkę Ruperta Murdocha, który potęgę medialną zbudował w oparciu o plotki i skandale, kreśli Aleksandra Rybińska („Upadek króla tabloidów” str. 78-80),
- o traktowaniu informacji jak towaru przez tabliody pisze Jacek Karnowski („Informacja, czyli towar” str. 81-83).
Telewizja to emocje
Tę prawdę w rozmowie z Piotrem Najsztubem lansuje Nina Terentiew. Była szefowa TVP2 opowiada w nowym wydaniu „Wprost” o modzie na formaty telewizyjne, przyszłości największych stacji, sprzedaży TVN-u i pracy w Polsacie.
Terentiew uważa, że dzisiejsza telewizja to telewizja emocji, które budują głównie formaty. Nie widzi w nich braku kreatywności, bo jej zdaniem, „żaden format nie jest kalką”. „Nasycamy go polskimi treściami i wprowadzamy własne rozwiązania, które udoskonalają format, co więcej, są później kopiowane przez inne kraje” – tłumaczy dyrektorka programowa Polsatu. Telewizja musi – według niej – być emocjonalna i oglądana, bo to widz właśnie jest panem wszystkiego, co serwuje mu się na szklanym ekranie.
Najsztub pyta Terentiew także o zmiany, jakie zaobserwowała w ciągu ostatnich lat na polskim rynku telewizyjnym. Była szefowa Dwójki wymienia te główne: znaczący wzrost stacji spoza głównego nurtu, skok z kilkunastu do nawet 50 procent oglądalności kanałów tematycznych i poszerzenie ich kręgu publiczności z młodych odbiorców do widzów w każdym wieku. Terentiew sądzi, że rozwój mniejszych stacji nie zagrozi największym nadawcom. „Na pewno przetrwają duże stacje, z dużymi budżetami na produkcję polską, które muszą mieć drogie, emocjonalne show, drogie porządne kino, drogie porządne seriale, czego w tematycznych z natury rzeczy widz nie znajdzie” – przekonuje we „Wprost”. Dodaje, że wielkie telewizje zawsze będzie stać na programy pokroju „Must Be The Music”, bo są one „okrętem flagowym”, nadającym stacji napęd.
W rozmowie z Niną Terentiew, Najsztub zahacza również o chęć sprzedaży przez Grupę ITI TVN-u. Pyta, czy ogłoszona przez właścicieli telewizji decyzja ją ucieszyła. Dyrektorka programowa Polsatu wyjaśnia jednak, że to dla niej żaden powód do świętowania. Ważniejsze są bowiem fakty: po ostatnim półroczu Polsat jest liderem w najbardziej pożądanej przez reklamodawców grupie 16-49 i jako jedyna stacja w stosunku do zeszłego roku poprawił swoje wyniki. Poza tym, porażka konkurenta nie cieszy Terentiew również dlatego, że przez wiele lat Mariusz Walter był jej szefem i docenia jego wkład oraz zaangażowanie, włożone w budowanie medialnego imperium.
Była szefowa TVP2 wyjawia w wywiadzie dla „Wprost”, że obawia się poniekąd końca ramówek telewizyjnych, który może nadejść wraz z rozwojem Internetu i telefonii komórkowej. Wierzy jednak, że część ludzi nadal będzie chciała być „prowadzona” i ulegnie ułożonemu przez stację programowi, bo zwyczajnie – publiczność jest leniwa i lubi narzekać – przekonuje Terentiew.
Dyrektorka programowa Polsatu opisuje również na łamach tygodnika współczesne trendy obowiązujące w polskiej telewizji, powołując się na stację, w której pracuje. „W modzie są prawdziwi ludzie i ich dramatyczne historie” – mówi Terentiew i przywołuje programy „Trudne sprawy” i „Dlaczego ja?”. „To jest nowy kierunek w telewizji. To prawdziwe, dramatyczne historie spisywane przez dziennikarzy niemieckich tabliodów, które się zdarzyły zwykłym ludziom. Następie są one w paradokumentalnej formie odgrywane przez amatorów. Wychodzi to dramatycznie i bardzo prawdziwie” – tłumaczy była szefowa Dwójki.
W rozmowie z Najsztubem Terentiew przekonuje również, że emocjonalność, która jest królową mediów, nie powinna mieć zastosowania w newsach oraz że telewizją rządzą dzisiaj widzowie, bo „prawda wyników to prawda ekranu”.
Więcej w rozmowie Piotra Najsztuba z Niną Terentiew „Caryca nie ma dość” na str. 36-40 najnowszego wydania tygodnika „Wprost”.
Opr. OG
Ponadto w numerze:
- Małgorzata Sadowska i Karolina Zajezierska zastanawiają się dlaczego program „Szymon Majewski Show” znika po sześciu latach z ramówki TVN-u („Niespotykanie pogodny człowiek” str. 42-45),
- Tomasz Machała rozmawia ze Stevem Hewlettem, publicystą „The Guardian" i dziennikarzem BBC o aferze z brytyjskim brukowcem „News of the World” („Nikt nie ma czystych rąk” str. 53-55),
- Dawid Karpiuk pisze o powrocie kultowej kreskówki z Beavisem i Butt-Headem na antenę MTV i przeobrażeniu stacji („Powrót półgłówków” str. 68-71).
Polityka wrzutek i ustawek
„W Polsce podobnie jak na Zachodzie – kiedy jakiś ważny polityk chce rozbroić bombę wizerunkową, robi to w bulwarówce. A jeśli na poważnie zaczyna walkę o głosy, również puka do drzwi redakcji tabloidu” - ocenia w nowym wydaniu „Newsweeka” Mariusz Cieślik.
Cieślik prześwietla współzależność polskich polityków od rodzimych bulwarówek. Jego diagnoza jest jasna: mimo, że rynek prasowy przeżywa kryzys, tabloidy wciąż są potęgą i dla newsa są w stanie łamać prawo i wydawać horrendalne pieniądze. A politycy idę ręka w rękę z brukowcami, nawiązując pakt „ustawek” i „wrzutek”.
Czym są „ustawki” i „wrzutki”? To najpopularniejsze określenia używane do opisania wzajemnych relacji polityków z redaktorami tabloidów. „Wrzutki”, czyli materiały podsunięte redakcji przez bohaterów albo niechętne im osoby oraz „ustawki”, czyli umówione sesje zdjęciowe, stanowią około 10 procent zawartości każdego z brukowców. Są jednak i tacy, którzy szacują, że „wrzutki” i „ustawki” wypełniają nawet 1/3 zawartości tych gazet.
Cieślik pisze, w oparciu o opinie dziennikarzy tabloidów, że to głównie politycy są inicjatorami „ustawek”. Dlaczego? „Bo podobnie jak w mediach głównego nurtu, w prasie popularnej też mają zazwyczaj ludzi, z którymi współpracują i dają im przecieki” – wyjaśnia publicysta „Newsweeka”. Dodaje, że politycy „ustawiaj się” z redaktorami bulwarówek głównie po to, by pokazać się wyborcom z ludzkiej strony. Cieślik zauważa jednak, że na łamach brukowców nigdy nie atakuje się w ostry sposób liderów. „Jarosław Kaczyński, Donald Tusk i Grzegorz Napieralski mają względny komfort” – ocenia publicysta. I wskazuje jednocześnie na kolejną prawidłowość: tabloidy wiedzą, że nie można polityka zbyt często chwalić. I w myśl tej zasady redagują swoje gazety.
Mimo wzajemnej współzależności polityków od tabloidów, relacje te nie obywają się bez ofiar. Cieślik przypomina: Kazimierz Marcinkiewicz, Jolanta Szczypińska, Marek Migalski czy Radosław Sikorski. Wszystkie te przykłady pokazują, zdaniem publicysty „Newsweeka”, że trwałe korzyści z dobrych kontaktów z bulwarówkami, to tylko ułuda, „chwilowe, taktyczne sojusze”, które dla polityków okazują się pomocne jedynie w konkretnym momencie kampanii – albo by pomóc sobie, albo, by zaszkodzić przeciwnikowi.
Więcej w tekście Mariusza Cieślika „Polityka ustawek” na str. 18-20 najnowszego wydania tygodnika „Newsweek”.
Opr. OG
Ponadto w numerze:
- Przemysław Pająk pisze o udostępnionej przez Google testowej wersji jego serwisu społecznościowego („Google daje plusa” str. 48-49),
- o 30. urodzinach MTV – niegdyś ciekawej i ambitnej, a dzisiaj płaskiej i nijakiej telewizji pisze Cezary Michalski („MTV jako źródło przyjemności” str. 76-79).
Bezpłatne hotspoty pod kontrole UKE
Coraz więcej miast i gmin oferuje mieszkańcom bezpłatny internet. Urząd Komunikacji Elektronicznej chce, aby samorządy, które się na to zdecydują, zgłaszały mu takie inicjatywy – pisze Sylwia Czubkowska w „Dzienniku Gazecie Prawnej”.
Czytaj:
www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/artykuly/533425,bezplatne_hotspoty_pod_kontrole_uke.html
Program TVP Poznań finansują występujący w nim politycy
Dziennikarce TVP Poznań prowadzącej ze Strasburga program "Przy jednym stole" zagraniczne podróże zapewniają występujący w nim europosłowie. Widzów się o tym nie informuje. Według dyrekcji oddziału wszystko jest w porządku, bo politycy płacą z publicznych pieniędzy – donosi press.pl.
Czytaj:
