Lechowi Jęczmykowi - za to, że widzi to, co odkryte.

Zarząd Główny SDP 

 

Laudacja wygłoszona podczas uroczystości wręczenia Lauru SDP 2011:

Dla mojego środowiska i pokolenia Lech Jęczmyk był jednak i zawsze będzie kimś więcej, niż świetnym wydawcą i tłumaczem. Był przede wszystkim autorytetem. Dziś, gdy to słowo zostało mocno zdeprecjonowane i przysługuje ludziom, którzy nie wiadomo z jakiej racji mądrzą się na różne tematy w telewizji, może wstyd tak mówić, ale mam na myśli to zapominane powoli, właściwe znaczenie słowa. Jeśli Jęczmyk pochwalił czyjś tekst, to było wiadomo, że jest dobry. Jeśli pochwalił jakiś detal, to było wiadomo, że trzeba jeszcze nad nim mocno popracować. Żeby kiedykolwiek zganił, nie przypominam sobie, brak pochwały wystarczał w zupełności.

Nie pytaliśmy go oczywiście tylko o ocenę naszych i cudzych tekstów. Pytaliśmy go o historię, o współczesność, o − nikt oczywiście tego tak nie nazywał, ale o to chodziło − wybory moralne. W jednej z najciekawszych antyutopii science fiction, 451 Fahrenheita Raya Bradbury’ego, w totalitarnym kraju gdzie władza niszczy książki, obywatele bronią się przed nią ucząc się książek na pamięć. Sami stają się żywymi książkami. Tak samo działo się w PRL. Ludzie mądrzy, wielcy, którzy w normalnym świecie wszystkie swe zdolności i talenty oddaliby w pracy, odnosząc należne im sukcesy, tu, gdzie jedynym dostępnym człowiekowi prawemu sukcesem było się nie zeszmacić i pozostać na marginesie, zachowywali je dla przyjaciół i znajomych. Zamiast książek, których i tak nie można było napisać ani wydać, rodziły się kunsztowne opowieści przy kieliszku albo filiżance. Zamiast książek ustawianych na honorowym miejscu na półce, byli towarzyscy guru, gawędziarze i mistrzowie, na spotkanie z którymi młodzież dopuszczano tytułem wyróżnienia, i których się słuchało − może złe słowo, z którymi się obcowało − z poczuciem intelektualnej i duchowej lewitacji. Owoż Lech Jęczmyk był zawsze i pozostaje jednym z ostatnich doskonale zachowanych egzemplarzy tego rodzaju ludzi ksiąg.

O ile mi wiadomo, Bradbury nigdy nie był w Polsce i nie poznał Lecha Jęczmyka, bo gdyby tak zrobił, wprowadziłby do swej powieści jedną ważną poprawkę. Otóż u niego każdy z bohaterów jest tylko jedną książką, podczas gdy Jęczmyk jako żywa książka był dla mnie i moich kolegów wszystkimi możliwymi dziełami światowej literatury naraz.

Może przesadzam, mówiąc „wszystkimi”. Był wszystkimi książkami, jakie mógł stworzyć umysł prawy. I to było najważniejsze. To, że obcowało się ze znakomitym wydawcą i znawcą literatury to jedno. To, że zarazem był on wielkim erudytą, to już był bonus. Ale do tego wszystkiego był jeszcze wzorem człowieka uczciwego, który w realnym socjalizmie potrafił jasno wyznaczyć granicę, jakich człowiek przyzwoity nie przekracza.

„Nie mogłem się rozwijać w górę, więc postanowiłem się rozwijać na boki” − powiedział mi kiedyś w wywiadzie, tłumacząc, dlaczego, licząc się z wyrzucaniem z pracy, na wszelki wypadek miał kilka zawodów, i jeszcze uprawiał judo, w którym zresztą występował za młodu w narodowej reprezentacji. Obawa przed utrata pracy nie była bezzasadna, zdarzyło się to trzykrotnie. Dwa razy na polecenie KC PZPR, i raz − w TVP − na osobiste polecenie prezydenta Lecha Wałęsy. Trudno o lepszą rekomendację dla naszego laureata. I trudno też o przykład człowieka, który by znosił takie sytuacje z większym spokojem ducha, w stoickim przekonaniu, że przyzwoitość nie może być bezkarna i że takie drobiazgi należy mieć wliczone w cenę. To oni mieli kłopot ze mną, a nie ja z nimi, powiedział mi we wspomnianym wywiadzie Lech Jęczmyk, i traktuję to zdanie jako życiową wskazówkę.

Szczęście z Jęczmykiem jest takie, że w nowych czasach swoje fascynujące opowieści biesiadne zaczął, nakłoniony przez współpracowników, spisywać. Powstawały w ten sposób comiesięczne felietony, którym autor, często odwołujący się do spostrzeżeń Bierdiajewa, nadał wspólny nadtytuł „Nowe Średniowiecze”. Później na bazie tych felietonów powstała książka „Trzy końce historii, czyli Nowe Średniowiecze”. A całkiem niedawno kolejny tom − „Dlaczego toniemy, czyli jeszcze nowsze średniowiecze”. Kto ich jeszcze nie przeczytał, ten nie zdaje sobie sprawy, jak jest ubogi.

I właśnie jako autora felietonów, niezwykle erudycyjnych, totalnie niepoprawnych, a momentami wręcz szalonych w łamaniu stereotypów i utrwalonych skojarzeń, zachwalam Jęczmyka tym, którzy dotąd o nim nie wiedzą bądź wiedzą byle co. To z nich czerpię swoje ulubione zdania, które często przywołuję, a przykład − „ze starcia kapitalizmu z socjalizmem zwycięsko wyszedł feudalizm”, albo „jeśli wydaje ci się, że wymyśliłeś coś nowego, to znaczy, że masz braki w oczytaniu”. Powiem szczerze, czytać Jęczmyka to nie to samo, co słuchać go na żywo, ale też rozwija intelektualnie, inspiruje, a przede wszystkim otrzeźwia jak kubeł wylanej na zaspany łeb zimnej wody.

Rafał Ziemkiewicz 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl