Wchodziłyśmy do zawodu na początku lat siedemdziesiątych tamtego stulecia, a więc już jakiś czas temu.  Ona dostała etat w „Echu Krakowa”, ja w „Gazecie Krakowskiej”. Ale często razem obsługiwałyśmy te same imprezy, a więc sesje, konferencje, narady, otwarcia wystaw w galeriach i muzeach, wizyty ważnych gości, konferencje prasowe ówczesnych VIP-ów, czyli całą tę dziennikarską „sieczkę”, jaka jest zadaniem dla najmłodszych adeptów w zawodzie.


   Ona z nieodłącznym aparatem fotograficznym, ja z notesem i długopisem, bo magnetofony wtedy jeszcze były przyszłością. Tam się spotykałyśmy, a potem biegłyśmy do naszych redakcji (Iśka Rubiś  do „Echa Krakowa” na ulicę Wiślną 2, ja do krążownika Wielopole, gdzie mieściła się redakcja „Gazety Krakowskiej”), aby jak najszybciej napisać, czego byłyśmy świadkami. Rzadko było to coś porywającego. – O czym tu pisać? – zastanawiałyśmy się po drodze. Iśka miała o tyle prostsze  zadanie, że kolumny popołudniówki, jakim było  „Echo Krakowa”, miały powierzchnię o połowę mniejszą od kolumn gazetowych, a więc informacja musiała być krótka. W wydaniu Isi były to podpisy – komentarze zamieszczane obok zdjęcia. Ten sposób pracy był jej wyłączną specjalnością. Nikt z zatrudnionych wtedy w krakowskiej prasie fotoreporterów nie pisał ani słówka. Przychodzili, szybko fotografowali i biegli dalej. Z Iśką było inaczej. Ona na dodatek dociekała, po co przyszła, gdzie przyszła i jaki to wszystko ma sens. Najczęściej niestety właśnie  owego sensu trudno się było doszukać.  
   Isia (to skrót od Jadwigi tak zrośnięty z nią, że gdybym teraz napisała: Jadwiga to ci, którzy ją znali, przez chwilę by musieli pomyśleć, o kim mowa) Rubiś fotografowała i pisała równie dobrze. Ale to fotografię wybrała jako swoją najważniejszą dziennikarską i artystyczną drogę. Studiowała historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po ukończeniu studiów, a może jeszcze w czasie ich trwania, pokazywała swoje zdjęcia na wystawach w Salonie Fotografii Artystycznej Aktu i Portretu Venus 1971 i 1972. Tam dostrzegłam jej nazwisko jako jednej z nielicznych, (a może jedynej?) kobiety w męskim, doborowym gronie fotografików o znanych z prasy nazwiskach. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że niebawem się poznamy.
   Nie tworzyłyśmy wspólnej „paczki”. Z racji usytuowania redakcji „Echa” w innym miejscu nie spotykałyśmy się także w słynnym bufecie na piątym piętrze w gmachu przy ulicy Wielopole 1, brudnym i obskurnym, ale naszym, co tu mówić! Innego nie było (ten bufet zasługuje jak najbardziej na osobne opisanie).
   W pamiętnym 1981 roku Isia oczekiwała narodzenia dziecka. Oj, działo się wtedy a działo! Z jednej strony strajki robotnicze, walka o „Solidarność” (dramatyczne chwile przed rejestracją związku, który w tamtym porządku nie miał prawa istnieć , prowokacja bydgoska i zapowiedź strajku generalnego , dzień bez prasy i tyle innych dni, kiedy nasłuchiwaliśmy wiadomości Radia Wolna Europa, aby się dowiedzieć: wchodzą już, czy jeszcze nie?), z drugiej strony przesilenia we władzach, gdzie trwało zwarcie zwolenników porozumienia i kompromisu z orędownikami twardego kursu wobec „Solidarności”. Ta huśtawka nastrojów była trudna do zniesienia. Dziennikarze (nie wszyscy, ale zwłaszcza grupa młodzieży oraz ci, którzy zaangażowali się w przemiany) chcieli być w każdym z miejsc, widzieć i słyszeć co się dzieje niezależnie od tego, czy potem cenzura to puści, czy nie. Mimo ciąży Iśka nie pauzowała i pracowała bardzo dużo. Patrzyłam na nią z podziwem.
   Stan wojenny zastał ją na urlopie macierzyńskim. Ja z kolei nie pracowałam przez sześć lat, więc nie miałyśmy ze sobą kontaktu. Aż w 1988 roku (już wiedzieliśmy, że coś zdarzyć się musi, chociaż nikt przy zdrowych zmysłach nie  przypuszczał, co to będzie i jak będzie) przygotowałam pierwszy numer pisma dla dzieci . Nazywało się ono „Króliczek”. ( Ach, „Króliczek” – mówili koledzy i uśmiechali się dwuznacznie… ). Znalazły się tam kolumny, które postanowiłam oddać we władanie dzieciom – starszym przedszkolakom oraz uczniom najmłodszych klas podstawówki. Niech pokazują swoje rysunki i opowiadają o własnym świecie. Zatelefonowałam do Iśki:
   -Byłabyś zainteresowana współpracą? Fotografowaniem dzieciaków oraz  rozmowami z nimi na ważne tematy, bo na inne z dziećmi rozmawiać nie ma sensu?
   Zgodziła się od razu. Jej syn, Andrzej,  miał wtedy siedem lat. Dla niego między innymi to pismo razem przygotowywałyśmy (oj, przepraszam, grono współpracujących było szersze, zaraz wszyscy prywatnie się ze sobą zaprzyjaźniliśmy, co trwa w wielu przypadkach do dzisiaj).
    Kiedy zaczęła się choroba Isi? Mógł to być rok 1990, a może 1991, jakoś tak. Usłyszałam, że jest w szpitalu. Na ginekologii. Przy ulicy Kopernika 26. Poszłam ją odwiedzić. Nie wyglądała na osobę chorą, co mnie bardzo ucieszyło. Uśmiechała się często, jak to ona. Ale w pewnej chwili, świadoma własnych doświadczeń, powiedziała do mnie:
   -Mów wszystkim naszym koleżankom, że powinny się badać, robić kontrolną cytologię.
   Wróciła do pracy. Przygotowałyśmy pewnie jeszcze ze trzy numery „Króliczka” , po czym pismo przestało się ukazywać. Nie tylko ono jedno podzieliło los transformacji. Przede wszystkim zniknął z rynku sam wydawca – Krakowskie Wydawnictwo Prasowe RSW „Prasa – Książka – Ruch”.
   Potem nasze kontakty znowu osłabły. Aż razu jednego się spotkałyśmy. Iśka miała chustkę zawiązaną na głowie. Była po  chemioterapii. Straciła włosy. – Dobrze jest! – rzuciła w moim kierunku. Po jakimś czasie znowu widzę, że Iśka nosi chustkę. Ale nie zważając na nic pracowała dużo. Nie oszczędzała się. Ile ją to wtedy kosztowało (w dobie rodzącej się konkurencji na rynku prasowym redakcje walczyły o przetrwanie, nie było miejsca na taryfę ulgową wobec chorych osób)  – mogłam sobie wyobrazić. Na domiar zmarła jej matka.
   Znowu przeszedł rok, czy dwa, czas galopuje tak, że mija pięć lat, a mnie się wydaje, że to rok dopiero… A więc minął ten rok, lub dwa, a tu dociera do mnie wiadomość : Iśka czuje się źle, lekarze nie dają jej szans.  I zaraz druga: Iśka szuka rodziny zastępczej dla swojego syna. Zanim odejdzie chce  mu zabezpieczyć byt. Ścisnęło mnie w gardle. Ale to jeszcze nie był ten czas, jeszcze się podniosła, wróciła do fotografii, jeszcze …
   Rzadko odwiedzałam Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”, informacje o koleżankach i kolegach albo nie docierały do mnie w ogóle, albo z wielkim opóźnieniem. Dlatego dopiero 7 kwietnia 2000 roku usłyszałam:
   - Iśka jest w Hospicjum, w  Nowej Hucie, na Fatimskiej.
   Zaraz zatelefonowałam i szczęśliwie udało mi się z nią zamienić parę słów (przy każdym z łóżek stał telefon, o czym nie wiedziałam) :
   -Mogę przyjechać? – zapytałam.
   -Ależ tak! – powiedziała do słuchawki
   Nie zastanawiając się kupiłam kwiaty i pojechałam natychmiast.
   Mimo upływu tylu lat mam tę wizytę w świeżej pamięci, klatka po klatce, jak film, który można  powtarzać dowolną ilość razy. Najpierw moje wejście przez bramę, potem schodami na piętro do wskazanej sali...
   -Ja do pani Rubiś – powiedziałam do pielęgniarki.
   Wskazała mi łóżko. Podchodziłam rozglądając się niepewnie.
   -Gdzie jest Isia? – myślałam i wróciłam do sali obok, gdzie znajdowało się  stanowisko pielęgniarek aby zapytać, czy czegoś nie pomyliłam.
    -Mówiłam pani, łóżko od lewej… - powiedziała do mnie jedna z nich bardzo uprzejmie.
   Siedziała oparta o poduszki. – Isia? Iśka? Zatrzymałam się.
   Pisząc o tym dzisiaj z powrotem ogarnia mnie tamto uczucie niebywałego buntu – tylko wobec czego i kogo? Losu? Boga?
   Uściskałyśmy się. O chorobie ani słowa. Za to długo o jej synu, o Andrzeju, że ma w tym roku, a więc niebawem, zdawać maturę.
   -Chcę tej jego matury doczekać – usłyszałam.
   -Doczekasz! – powiedziałam – matka wszystko pokona.
   A potem wpadłyśmy obie w ten sam rytm słów i myśli, jak to było zawsze, jak byśmy się pożegnały dopiero co, a w ogóle to znowu miały po dwadzieścia dwa,  dwadzieścia cztery  lata, biegły obsłużyć następną naradę, zebranie, otwarcie, zamknięcie, plenum, konferencję prasową, uroczystość ku czci…          
   -Przyjdę jutro. Masz na coś ochotę? – zapytałam.
   -Na kremówki. Z „Cracovii”.
   To jutro to była sobota. Czekała na mnie w peruce, już przygotowana. Była jednak bardzo słaba. Wiedziałam, że nie mogę być długo, a więc moja wizyta skończyła się po dwudziestu  minutach, najwyżej.  Zaraz miał przyjść syn Isi.
   -Wpadnę w poniedziałek, albo we wtorek – tak pożegnałam się z nią wychodząc.
   W poniedziałek, 10 kwietnia, Iśka leżała nieprzytomna. Obok matki siedział syn. Umierała. Wycofałam się szybko, aby nie zakłócać im tej chwili, ku której przez całe życie idziemy, każdy dzień, który mija, jest jak jeden z koralików, który odpadł ze sznura i zaginał. Już go nie odnajdziemy. Już nikt go nie naniza z powrotem na nić. Przepadł.
   Następnego dnia, 11 kwietnia, umarła. Miała 52 lata. Było słonecznie i ciepło. Wiosna.

   PS. Jadwiga Rubiś publikowała swoje zdjęcia nie tylko w „Echu Krakowa”. Także w „Przekroju”, „Politechniku”, „Gazecie Krakowskiej”, „Dzienniku Polskim”, „Itd.”, a potem też w „Twoim Stylu”. Pokazywała fotografie  na wystawach w Klubie „Pod Gruszką”, w Klubie „Pod Jaszczurami oraz w Niemczech ( wystawy „Solidarność 80 i 81”, „Stan wojenny w Krakowie” ). W 2008 roku, w warszawskiej galerii Zachęta, jej prace znalazły się na wystawie „Dokumentalistki”. To bardzo dobry tytuł, adekwatny. Ona była dokumentalistką traktując to, co robiła, jako swoją misję, rodzaj powołania, ale nie tylko to. Jeszcze też jako specjalny obowiązek.
Elżbieta Dziwisz

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl