Jako datę otwarcia Klubu Dziennikarzy w Krakowie przyjęto dzień 26 listopada 1955 roku. Tu osobiste wspomnienie: „jednoroczni” dziennikarze „Gazety Krakowskiej” prowadzimy z Aleksandrem Cichowiczem i Leszkiem Proszowskim - konferansjerkę. Wymyśliliśmy konkurs na najlepszą relację z imprezy, bezapelacyjnie wygrany przez naszego II sekretarza redakcji, dra Stanisława Petersa.

Jako główną nagrodę wręczyliśmy mu... dorodną, żywą kaczkę! Niespeszony laureat wziął ją pod pachę i wyszedł. Zgadywano, ile za nią dostanie na pobliskim placu targowym? Wrócił zadowolony, zabawa trwała w najlepsze, a po paru godzinach na stolik red. Petersa kelnerki wniosły upieczoną pysznie kaczkę z odpowiednim garnir. Laureat wzniósł toast: „Trzeba nie tylko brać nagrody, ale też umieć je spożytkować!"
Myślałem więc, że aktywnie uczestniczyłem w inauguracji. Klubu pół wieku temu - aż stwierdziłem, że według relacji prasowych odbyła się ona z udziałem premiera Józefa Cyrankiewicza, wicepremiera Jakuba Bermana, ministra kultury i sztuki Włodzimierza Sokorskiego, kierownika Wydziału Kultury KC PZPR Stefana Żółkiewskiego, sekretarzy KW PZPR z ówczesnym „pierwszym” Stanisławem Brodzińskim, przedstawicieli ZG SDP: Edmunda Osmańczyka, Władysława Grzędzielskiego, Jerzego Monda... Za wysokie to były progi dla dziennikarskiej młodzi! Naszą kaczkę wypada więc wpisać w inną imprezę.
Na tym oficjalnym otwarciu wymienieni goście byli „podejmowani bardzo serdecznie lampką wina”. Powitał ich przewodniczący Krakowskiego Oddziału SDP Ignacy Krasicki w „XVI-wiecznym lokalu pamiętającym pobyt królowej Marysieńki, przed wojną będącym jedną z wielu kawiarni krakowskich - teraz odnowionym w całej zabytkowej krasie na społeczne użytkowanie”.

Toastem odpowiedział premier Cyrankiewicz.

W ówczesnych relacjach prasowych z otwarcia Klubu zastanawia przymiotnik „oficjalne”. W Polsce Ludowej wiele inwestycji oddawano „z poślizgiem”. Formalnie dotrzymywano terminu, „uruchamiano” obiekt z udziałem notabli, po czym go zamykano i dłużej lub krócej wykańczano niedoróbki. W tym przypadku było wprost odwrotnie! Oto co w miesięcznika SDP „Prasa Polska” z grudnia 1955 podawał „Cyb.” - niewątpliwie Władysław Cybulski, wciąż twórczy redaktor „Dziennika Polskiego” w Krakowie: 26 listopada nastapiło otwarcie oficjalne - „od kilku już bowiem miesięcy Klub tętni życiem. (...) Inicjatywa Oddziału Krakowskiego SDP uratowała jeden z najcenniejszych zabytków sztuki w mieście, zagrożony jeszcze od czasów wielkiego pożaru Krakowa w połowie XIX w.”. Podkreślił pomoc i opiekę prezesa Rady Ministrów, czyli kredyty na kapitalny remont i wyposażenie w meble o przeważnie zabytkowym charakterze (z wyjątkiem sali imprezowej, do której wykonała je Spółdzielnia „Ład”). Sale zradiofonizowano. Dodajmy, że dostęp do Cyrankiewicza miał zaprzyjaźniony z nim dziennikarz z PPS, współwięzień w obozie koncentracyjnym Mieczysław Kieta - aktywny działacz i kilkakrotny prezes SDP w Krakowie.
Projektowano w przyszłości poszerzyć Klub o pokoje do pracy dziennikarskiej i pokoje gościnne dla przyjezdnych, o sale konferencyjne i do gier.
A wtedy, w listopadzie 1955? Odbyło się 21 imprez sekcji SDP - dyskusje reportażystów, sportowców, radiowców, publicystów zagranicznych, były spotkania z plastykami, gośćmi zagranicznymi. Codziennie przewijało się przez Klub ok. 400 (czterysta!) osób - w połowie dziennikarzy krakowskich i przyjezdnych, w połowie członków innych związków twórczych i znaczne ilość naukowców. Co sobotę bawiono się na dancingach.
To wszystko z relacji „Cyb.” w „Prasie Polskiej”. Może więc jednak współkonferansjerowałem podczas nieoficjalnego, ale faktycznego otwarcia Klubu, kilka miesięcy przed listopadem 1955 - a może dr Peters wygrał i skonsumował „naszą” kaczkę na jakiejś innej, późniejszej imprezie? Jak było, tak było - w każdym razie krakowskiemu Klubowi Dziennikarzy półwiecze stuknęło wcześniej, niż 26 listopada 2005.
O przygotowaniach do otwarcia Klubu wiedzieliśmy w redakcjach sporo wcześniej, bo buszowali w nich artyści plastycy Helena i Roman Hussarscy, poszukujący modeli do portretów wśród znanych dziennikarzy.
Rzeźbiarz i medalier Antoni Kostrzewa podpowiada, że współtworzył kilka kafelków sygnowanych HAK -inicjałami Hussarskich oraz jego imienia i nazwiska. Jednak dopiero w otwartym Klubie uświadczyliśmy niezwykłość ich twórczości: ponad 20 dowcipnych karykatur pokryło kafelki wielkości pocztówek, umieszczone pod szklanymi taflami kawiarniamych stolików. Z biegiem lat znikały, raczej zawłaszczone niż zniszczone, pięćdziesiąt lat przetrwało zaledwie osiem i sentencja: „Kto gazet nie czyta, wstręt do wina czuje, ten jest wariatem albo zwariuje".
Z ramienia ZO SDP Klub prowadził etatowy kierownik, wspomagany urzędniczką do spraw administracyjno-finansowych. Pierwszą, niezwykle dystyngowaną i wkomponowaną w ekskluzywny charakter Klubu parę stanowili Pp. Damasiewicz i Sobańska, przez nas zwana „hrabiną” - takiej była prezencji i manier. Po nich nastał Andrzej Głowacz. Tuż po wojnie „prysnął” na Zachód, liznął jeszcze służby u Andersa, dopiero co wrócił z Londynu ze świetnie opanowanym angielskim. Odszedł na korespondenta „Time'u” i „Life'u”, potem prawie do śmierci, pracował w konsulacie USA. Kolejny z zapamiętanych, to znakomity teoretyk brydża Pajkert. Czy po nim był ktoś jeszcze - czy już nastąpił okres „bezkrólewia”, a właściwie bezhołowia i rujnacji w Klubie, nie pomnę. Ale to nastąpiło jakieś 10 lat później, a my jesteśmy u zarania dziejów Klubu.
Przy wejściu, przed szatnią witał gości portier i skrupulatnie sprawdzał prawo wstępu. Pierwszym był pan Jakub. Drobnej postury, sędziwego wieku, grzeczny i bardzo kulturalny (do jego ojca należało ponoć pierwsze w mieście kino opodal w Rynku), samą swą aparycją wymuszał respekt. Przez długie lata był między innymi portierem pan Józef, przedwojenny wachmistrz. Proszony od stolika, stawał zawsze w postawie na baczność: „Słucham, panie redaktorze...”. Był drugi pan Józio, z wąsikiem - i wielu innych.
Przy szatni leżała księga gości. Wolny wstęp mieli oczywiście dziennikarze, członkowie związków twórczych (na zasadzie wzajemności plastycy, literaci i zawsze zaprzyjaźnieni z naszym środowiskiem aktorzy), a także lekarze z tytułu „odwiecznych” roszczeń do własności budynku. Inni - adwokaci, architekci itd. itp. mogli się starać o odpłatną, i to słono, kartę. Wydawał ją Zarząd SDP na podstawie rekomendacji dwóch członków Stowarzyszenia. Popyt na karty wstępu był nieprawdopodobny, modą paru sezonów było bywanie „U dziennikarzy”. Doszło do tego, że rekordziści rekomendowania - Zdzisław Dudzik i niżej podpisany - zostali przez Zarząd zablokowani w prawie dalszego podpisywania wniosków o karty. A taka karta upoważniała do wprowadzenia zaledwie jeszcze jednej osoby towarzyszącej, na dodatkowe musiał wyrazić zgodę kierownik Klubu.
Warto było tu bywać. Świetną kuchnię zapewniała restauracja hotelu Grand, z jego ramienia w Klubie szefował gastronomii p. Szpineter - przed wojną pracownik sławnego George'a we Lwowie. Z Grandu pochodzili kuchmistrze (a więc i receptura), garmażerkę donoszono. Jadano pysznie i nie najdrożej.
Było elegancko i higienicznie. Wejście do toalet (odwrotnie usytuowanych niż obecne) było za kotarą, a tam na stołeczku siedziała emerytka i pobierała taksę. Póki sobie dorabiała póty w toaletach było czysto.

Hitem pierwszych sezonów były dancingi.

Przygrywał jazzband Maksymiliana Krebsa. Spotkany po latach, wypytywał o Klub i wspominał: „Kiedyś balowała szałowa blondyna w sukience na cienkich ramiączkach, jedno pękło, cyc na wierzchu, a ta nic! Tańczy dalej! Ech, to była kultura... - rozmarzył się Maksio.
Grywali też studenci, czy może świeżo upieczeni  absolwenci Wyższej Szkoły Muzycznej z Andrzejem Kurylewiczem. Jazzowali popisowo, zaczynali grać w pięciu. Raz po raz ktoś z gości odwoływał do baru, na pogawędkę, to jednego, to drugiego - ale zawsze przynajmniej jeden podtrzymywał rytm, wymieniali się i efektownie grali całe godziny do tańca.
Jego partnerów pomaga mi przypomnieć aż z dalekiej Kanady żona dziennikarza Edwarda Kamińskiego - Nina, wówczas nastolatka balująca „Pod Gruszką". Teraz w Vancouverze konsultowała się z innymi bywalcami dancingów i ustalili, że grywali tutaj: Stanisław Kalwiński „Drążek", Krzysztof Komeda-Trzciński, Andrzej Trzaskowski. 
Zespoły koncertowały na małym podium, naprzeciw wejścia do kawiarni (poniżej dziś wiszącej „gruszki”). Stamtąd w lewo, za niszą okienną aż po drzwi do sali Fontany był bar, przed nim wysokie stołki. Z tyłu półki z alkoholami, na ladzie baru pod jednym kloszem twarde sery, pod drugim patera z ciastkami. Wyszukaną zakąską była „awanturka z sardynką”. W drugim narożniku był, jak dzisiaj, bufet z ekspresem do kawy.
Za barem panie: Rózia, Nela, Jasia i inne. Nieraz kredytowały zwłaszcza młodszych, czyli chudopacholskich panów redaktorów - do najbliższej wierszówki.Jubileuszowy koncert z okazji 50-lecia Klubu "Pod Gruszką"
Gdy skończyły się dancingi - przyczyn nie pomnę - królować poczęły karty: brydż, kierki, bywało że i poker, Czas jakiś bawił bilard „z grzybkiem”, potem „filipper" - stół do gry z latającą kulką, który spro monet wyciągnął z kieszeni bywalców.
Z czasem lokal przestał być modny. Zlikwidowano restaurację, kuchnia wydawała tylko dania barowe, zresztą też coraz skromniejsze w wyniku stałych „przejściowych trudności” z zaopatrzeniem.
Krakowskie Wydawnictwo Prasowe RSW zaproponowało kontrakt: za udostępnienie lokalu na stołówkę dla ogółu pracowników, weźmie na siebie utrzymanie obiektu i jego konserwację, a także opłatę personelu (z wyjątkiem kierowniczki Klubu, jej asystentki i pracownika biura SDP). Podpisano umowę, przygotowaną przez mecenasa-redaktora z „Echa Krakowa”, Jerzego Parzyńskiego. Opracował ją precyzyjnie, co się okazało, gdy nastąpił konflikt interesów. Przy coraz gorszym zaopatrzeniu, ze stołówki chciało korzystać coraz więcej osób, a możliwości kuchni limitowane przez Sanepid były ograniczone. W pewnym momencie Wydawnictwo wstrzymało sprzedaż obiadów dla członków SDP spoza RSW „Prasa” - dziennikarzom radia, telewizji i innych redakcji.

„My dajemy pieniądze, a co ma SDP?”

- pytali ironicznie przedstawiciele Wydawnictwa. „My mamy lokal, a jeśli zerwiecie umowę, to zamkniemy dostęp dla nie dziennikarzy”- ripostowaliśmy. Zostało po staremu, naginając normy do potrzeb.
W czasie głębokiej degrengolady Klubu, Zarząd Oddziału SDP był zasypywany i zanudzany wnioskami i pretensjami - a to o brak ciastek w bufecie, a to o takie czy inne nieporozumienia wśród gości itp. itd.
Zwrócono się do mnie, żebym poszukał kogoś na kierownika Klubu. Nie musiałem daleko szukać. W sąsiedztwie mieszkała Lidia Żukowska. Była fachowcem, prowadziła m.in. Klub Plastyków, Kasyno Oficerskie. Przyjęła funkcję na wiele lat. Zarząd SDP powołał pięcioosobową Radę Klubu, delegował do niej trzech członków ze swego grona. Przewodniczyli oni Radzie rotacyjnie, z urzędu wchodziła do niej kierowniczka Klubu, a wybierany był przedstawiciel „kartowiczów” - mających prawo wstępu za odpłatnymi kartami. Rada Klubu dyskutowała programy pracy przedstawiane przez kierowniczkę, rozpatrywała wydawanie kart wstępu bądź ich cofnięcie, decydowała o różnych spornych kwestiach.
Życie w Klubie kierowanym przez Lidię Żukowską jest udokumentowane w opasłych kronikach, ilustrowanych fotografiami. A działania organizacyjne samego SDP, podejmowane w jego murach? To temat na inną opowieść, z historii Stowarzyszenia, wybiegającą poza garść tych wspomnień z półwiecza samego tylko Klubu Dziennikarzy w Krakowie.
Paweł Dubiel
2005
 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl