Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami autorów i nie powinny być utożsamiane z SDP
„Zawsze do usług” felieton Piotra Legutko, to kolejna opowieść o uwikłaniu mediów i niezdrowych relacjach czwartej władzy z władzą prawdziwą, która rządzi i dzieli. Rządzi za pomocą mediów emocjami i dzieli pomiędzy te media pieniądze.
„Swoją drogą, to chyba ostatni dzwonek, by zacząć publicznie dyskutować o relacjach mediów z partią przewodnią. Bo wielu dziennikarzy już od dawna nie czuje, jak (rządzącym) rymuje” - pisze Legutko. I ma rację. Trzeba o tym mówić. Kłopot w tym, że pojawiające się tu i ówdzie głosy dotyczą mediów ogólnopolskich, uważających same siebie za opiniotwórcze. Tymczasem wszystkie razem wzięte tygodniki opinii mają nieporównywalnie mniejszy wpływ na życie czytających cokolwiek, prowincjonalnych Polaków, którzy informacje czerpią z mediów lokalnych. W stutysięcznym mieście powiatowym zazwyczaj na rynku są dwa, trzy tytuły lokalne. Tytuły rozdawane za darmo w warzywniakach, przychodniach i bezpośrednio na ulicy. W sumie do rąk mieszkańców takiego miasta trafia każdego tygodnia dwadzieścia, trzydzieści tysięcy gazet. To, na lokalnym rynku, nieporównywanie większa „siła rażenia” niż nawet najpopularniejszy tytuł ogólnopolski. To właśnie te niepozorne, niewidoczne z warszawskich salonów medialnych gazety opowiadają Polakom na „prowincji” co jest dla nich dobre a co złe.
Opowiadają dokładnie to, co chce opowiedzieć społeczeństwu władza. Ta lokalna, decydująca o żywotnych sprawach. O cenie wody, wysokości podatku od nieruchomości, remontach chodników. Odpowiedzialna za funkcjonowanie szkół, a przede wszystkim rozdzielająca pieniądze. To, co tak oburza „warszawkę” kiedy pani minister chce, że tekst sponsorowany niczym nie różnił się od tekstu redakcyjnego, w setkach polskich miast jest normą. Więcej! W lokalnych mediach powierzchnia, której nie udało się sprzedać reklamodawcom, często redagowana jest w gabinetach rzeczników prasowych urzędów, a rola redakcji ogranicza się do „wlania informacji w leyaut” i sprzedania takiej informacji jako własnej, bez zaznaczenia, że jest to tekst sponsorowany.
Oczywiście nie za darmo.
Urzędy w ramach tak zwanej komunikacji społecznej płacą owym redakcjom niemałe, jak na lokalne warunki pieniądze.
W tej sytuacji nie ma miejsca na krytyczne teksty i wytykanie błędów. Nie ma przestrzeni na debatę, a publiczność widzi świat z jednej, urzędowej perspektywy. Przeglądając takie tytuły rysuje się sielankowy obrazek, gdzie władza nie popełnia błędów, w pocie czoła rozwiązuje problemy społeczności i nie śpi po nocach, żeby chodniki były odśnieżone. O problemach, kontrowersyjnych decyzjach tam nie przeczytacie. Nikt nie pyta o dławiący miasto deficyt, nieporadne zarządzanie mieniem. Bo po co ludzi denerwować.
Tata zasię manko w kasie
miał i siedzi w kiciu,
były o tym wzmianki w prasie,
w "Expressie" i w "Życiu",
ale fakt ten się nie stanie
dla babci udręką,
bowiem się drukuje dla niej
osobne pisemko
Pisał przed laty Wojciech Młynarski. I nic się nie zmieniło, bo tak naprawdę władza płaci mediom nie za to co opublikują, tylko za to, czym się nie zajmują.
W Polsce powiatowej układ władza - media domknął się już dawno. I nikt się nie wyłamuje, bo to zwyczajnie grozi wypadnięciem z rynku.
Artur Guzicki
16 lutego 2012
