Jak to możliwe, że przedstawiciele telewizji publicznej mówią o oszczędnościach, a co miesiąc wypłacają Tomaszowi Lisowi pensję wielokrotnie przewyższającą zarobki prezesa TVP? Dorota Kania i Maciej Marosz szukają odpowiedzi w nowym wydaniu „Gazety Polskiej”.
„Ponad 92 tys. zł brutto dla firmy Tomasza Lisa Deadline Productions. Dodatkowe honorarium tylko dla publicysty – 20 tys. Ponad drugie tyle – koszty producenckie, co w sumie daje sumę blisko 300 tys. zł za odcinek. Nietrudno policzyć, że przy czterech odcinkach w miesiącu z kieszeni podatników na program Tomasza Lisa w państwowej telewizji wpływa ponad milion złotych” – wyliczają publicyści „GP”. Skąd biorą te dane? Jak piszą, dotarli do umów, które TVP podpisała z firmą Lisa. Ujawniają przy okazji, że umowa między telewizją a byłym naczelnym „Wprost” została zawarta 3 stycznia 2008 roku w chwili, kiedy działalność gospodarczą firma Dedaline Production rozpoczęła dzień później. „Wnioski z tego są jednoznaczne – do realizacji umowy w ogóle nie powinno dojść, ponieważ TVP podpisała kontrakt z nieistniejącą firmą” – orzekają Kania i Marosz.
Analiza zgromadzonych dokumentów prowadzi redaktorów „Gazety Polskiej” do spostrzeżenia, że Tomasz Lis ma w telewizji publicznej uprzywilejowany status. Porównując zarobki publicysty z miesięczną gażą Moniki Olejnik, która do 2006 roku prowadziła w TVP1 program „Prosto w oczy” piszą, że dziennikarka zarabiała o połowę mniej niż firma Lisa w jednym tygodniu za raz wyemitowany odcinek. „Żaden inny program wchodzący na antenę nie był tak promowany jak >>Tomasz Lis na żywo<<, zarówno w reklamie zewnętrznej, jak i wewnętrznej” – zauważają Kania i Marosz. Przypominają, że promocja objęła największych nadawców radiowych – Polskie Radio, radio ZET, RMF FM czy Tok FM i zajmowała najlepszy czas antenowy Jedynki, tuż po „Wiadomościach”. Dla podkreślenia nadrzędnej pozycji Lisa w TVP publicyści „GP” zauważają, że na promocję jego programu publiczny nadawca przeznaczał o wiele więcej środków niż niegdyś na łączną reklamę dwóch programów Bronisława Wildsteina.
„Od czterech lat za ciężkie miliony Tomasz Lis serwuje nam dziennikarstwo, które do złudzenia przypomina zamierzchłe czasy PRL” – czytamy w podsumowaniu na łamach „GP”.
Więcej w tekście Doroty Kani i Macieja Marosza „Ile kosztuje nas Tomasz Lis” na str. 6 najnowszego wydania „Gazety Polskiej”.
Opr. OG
