Zbliża się Wielkanoc. W Polsce – teatry przygotowują spektakle, nawiązujące do Męki Chrystusa, zdrady Judasza i pamiętnej decyzji Sanhedrynu: „Historyja o chwalebnym zmartwychwstaniu Pańskim”, „Żegnaj, Judaszu” i fragmenty „Mistrza i Małgorzaty”.
W filharmoniach i kościołach – muzyka pasyjna, Mozart i Haendel, Wacław z Szamotuł i Mikołaj Gomółka, że przypomnę tylko rewelacyjny koncert w Kościele Rektorskim w Warszawie Zespołu Muzyki Dawnej z Bydgoszczy czy „Lamenty ludowe z Podlasia”. Konkursy na najpiękniejszą palmę, festiwale najbardziej oryginalnych pisanek. Rekolekcje, Niedziela Palmowa, Triduum Paschalne i święcenie pokarmów, gromadne odwiedzanie Grobu Pańskiego, aż przychodzi Wielkanoc, rodzinne śniadanie i dzielenie się jajkiem. Nie wszyscy uczestniczymy w tej serii wydarzeń, ale one są i możemy wybrać te, w których musimy uczestniczyć.
Tu, w Wielkiej Brytanii, nie ma już Wielkiej Nocy. Została zredukowana do zajęć plastycznych – malowanie jajek w przedszkolach i niższych klasach szkolnych, bez wyjaśniania, skąd się wziął ten zwyczaj, jego wymiaru duchowego i religijnego - oraz do zajęć plenerowych, „Egg hunt”, rodzaj gry w „poszukiwanie skarbu”, którym tym razem są kolorowe jajka. W sklepach papierniczych – kartki z barankami i pisankami, kurczakami i żonkilami z tajemniczym napisem „Seasonal Greetings”. W niepozornym dziale „religiuos” – trochę pocztówek z wiejskim kościołem, stylizowanym krzyżem i Chrystusem Zmartwychwstałym. Moi angielscy przyjaciele umawiają się z rodziną na „Sunday roast”, „Niedzielną pieczeń”, żadnych święconek ani wypraw do kościoła. Z wielkanocnego, świątecznego jajka, symbolu życia i zmartwychwstania, została tylko wydmuszka.
Świąteczny tydzień w telewizji, dzień jak co dzień. Tylko w Wielki Piątek komercyjna ITV rozpoczyna, a jakże, „Weekend z brytyjska komedią”, bardzo stosowny w kraju, gdzie 42 milionów widzów wciąż określa się jako „chrześcijanie z tradycji i pochodzenia”. Najbliżej tematu Wielkanoc jest reportaż na kulturalnym kanale BBC4 z koncertu chóru słynnej katedry z Salisbury, „Anielskie głosy” oraz „Preston Passion” - nowoczesne ujęcie Męki Pańskiej, rodzaj street party, gdzie mieszkańcy ulicy Preston będą przedstawiać biblijne sceny z towarzyszeniem współczesnej muzyki. Oczywiście, żadnych rozmów o Chrystusie i zmartwychwstaniu, wierze, religii i transcendencji, reportażu z Ziemi Świętej, czy obchodów w kraju, wywiadów z filozofami w sutannach czy oddanych pracy charytatywnej zakonnicach. Za to mając w pamięci poprzednie lata, mogę się spodziewać debat na temat „mrocznych stron chrześcijaństwa” jak: spowiedź („ traumatyczne przeżycie , generujące poczucie winy”, „katolicki masochizm” - to o uczestnikach Drogi Krzyżowej”), komentarze na temat rzekomego romansu Jezusa i Marii Magdaleny („przecież to też był człowiek”). Będzie wyciąganie starych dokumentów o latynoskich księżach-patriotach, którym już dawno udowodniono współpracę z partiami komunistycznymi Kuby i Wenezueli, Peru i Chile, i być może bezpośrednia transmisja „Manchester Passion”, przemarsz ulicami miasta grup rockowych, które głośno i hałaśliwie będą opowiadać o ostatnich dniach życia Chrystusa.
Chrześcijaństwo dotarło na Wyspy Brytyjskie znacznie wcześniej niż do Polski, do Anglii w VI wieku za sprawą św. Augustyna, wysłannika Watykanu. I tak rozpoczął się proces chrystianizacji, który zakończył się mniej więcej po stu latach.
Dziś, w 14 wieków później, Wielka Brytania należy do najbardziej zsekularyzowanych państw w Europie, i choć Elżbieta II wciąż jeszcze z tytułem Supreme Governor of Church of England pozostaje głową kościoła anglikańskiego, na 60 mln mieszkańców Wysp jedynie 42 mln deklaruje swoją przynależność do kościołów chrześcijańskich, a tylko 2 mln praktykuje. Arcybiskup Canterbury Rowan Williams reprezentuje ten modernistyczny odłam Church of England. Tak więc latami akceptował wszystkie „oczekiwania swoich postępowych wiernych” i wprowadzał kolejne nowinki, m.in. wyświęcanie kobiet na diakonów i księży – gejów na biskupów, powodując w swoim kościele kolejne rozłamy.
Kościół anglikański coraz bardziej tracił swój autorytet i przestawał być, jak jeszcze niedawno, jednym z najważniejszych filarów społeczeństwa i państwa. A w ciągu ostatnich lat wręcz włączył się w kampanię politycznej poprawności, prowadzonej przez lewicowych liberałów oraz ich media. Kryzys anglikanizmu przebiega dwutorowo: lęk przed etykietą kościoła konserwatywnego, nienowoczesnego, powoduje zgodę hierarchów na wprowadzanie kolejnych reform, z drugiej – bez protestu akceptują usuwanie chrześcijańskich symboli z miejsc publicznych, rezygnują z obchodów i świąt w tradycyjnej formule, „aby nie ranić uczuć reprezentantów innych religii”. Tu warto przypomnieć, że jest ich jedynie 7 procent, podczas gdy o uczucia większości chrześcijańskiej nikt nie pyta. Jedynie kościół katolicki kontynuuje politykę obrony bliskich nam wartości, a wielki napływ Polaków (aktualnie około 650 tys.) w dużym stopniu przyczynił się do konsolidacji i umocnienia całej wspólnoty chrześcijańskiej, bo dobry przykład promieniuje. Zdarza się, że dziennikarze konserwatywni z „Timesa”, „Daily Telegraph” czy „Daily Mail” w swoich artykułach powołują się na dobry przykład katolicyzmu, który dzięki zachowaniu moralnych pryncypiów, tradycyjnych ceremonii i zwyczajów, zyskuje na znaczeniu, podczas kiedy anglikanizm dezintegruje się i wciąż traci swoich wiernych. Już w 2006 roku, jakby nie było lewicowy „Guardian” w którymś z grudniowych numerów wspominał o nowym zjawisku - „re-ewangelizacji Wielkiej Brytanii za sprawą polskich katolików”. Church of England bez protestów godzi się na wypieranie wiary i religii z życia prywatnego i publicznego obywateli.
Proces de-chrystianizacji Wielkiej Brytanii rozpoczął się 40 lat temu za sprawą pokolenia Flower Power Generation czy raczej jej filozofów i ideologów, campusowych guru jak Antonio Gramsci, Naom Chomski i Susan Sontag, Jean-Paul Sartre i Simone de Beauvoir, Camilia Paglia, Germaine Greer i wielu, wielu innych. A w istocie ponad 200 lat wcześniej, podstawowe elementy programowe - niszczenie tradycyjnych struktur społecznych, ateizacja i zmiana dotychczasowego chrześcijańskiego systemu wartości - narodziły się wraz z Rewolucją Francuską w 1789 roku. Zainspirowana nauką filozofów oświeceniowych Woltera, Diderota i Rousseau, już od początku sygnalizowała o jaki „nowy wspaniały świat” tu chodzi. Odtąd źródłem praw miała być Konstytuanta, Dekalog zastąpiono Deklaracją Praw Człowieka, żadnych odwołań do Boga czy Stwórcy – ustanowiciela praw człowieka. żadnej transcendencji, z kalendarza zniknęły wszystkie niedziele i święta. To była pierwsza w czasach nowożytnych próba kontestacji dorobku cywilizacyjnego Europy, próba wywrócenia znanego porządku, społecznego, kulturowego i religijnego kontynentu. I ta wojna cywilizacyjna wciąż trwa, z różnym nasileniem, do dziś. Kolejna rewolucja, tym razem kontrkulturowa lat 60. I 70., to jedynie następny etap tego „marszu nowoczesności”. I tak w Wielkiej Brytanii znowu zaczęto z miejsc publicznych, parlamentu, szkół, sądów, ostatnio ze szpitali i krematoriów, usuwać krzyże . Z hoteli i szpitali zniknęły Biblie, a religia ze szkół.
Wystarczy spojrzeć na brytyjski rynek medialny, aby się przekonać jak traktowane jest chrześcijaństwo i jego wyznawcy. Wydaje się, że przynajmniej połowa, ta lewicowo-liberalna cześć mediów („Guardian”, „Independent”, „Observer”, ”Morning Star”, 9 kanałów BBC, 3 komercyjnej ITV i komunizujący Channel 4) stworzyła zwarty front ideologiczny w walce o świat bez religii, a w istocie bez chrześcijaństwa. Dobór newsów, gdzie nagłaśniane są najmniejsze uchybienia duchownych, zwłaszcza katolickich, manipulacja informacjami, aby stworzyć wrażenie, że skandale, to nie margines, a dzień jak co dzień z życia Kościoła, komentarze w debatach i programach publicystycznych, w których roi się od nieprzychylnych uwag i dowcipasów o Chrystusie, papieżu i księżach, witanych gromkim śmiechem stosownie dobranej widowni. Do tego dochodzą sitcomy – satyry na chrześcijańskie duchowieństwo (nie dostrzegłam żadnego z imamem czy rabinem w roli głównej): „Ojciec Ted” czy „Wikary w Dimbly”, przy czym wikarym jest feministka w spódnicy. Kabarety są zdominowane przez nowy gatunek telewizyjnych celebrytów, jak Jonathan Ross czy Russell Brand - żywe dowody zidiocenia BBC, niegdysiejszego wzorca z Sevres dziennikarskiej rzetelności i obiektywizmu.
Spójrzmy na brytyjski filmowy establishment, który na każdym kroku demonstruje swój ateizm: Emma Thompson, Rowan Atkinson, Ken Loach, Mike Leigh i inni. Tu także trwa zmasowany atak na „ostoję konserwatyzmu”, jaką są kościoły chrześcijańskie, patrz: „Vera Drake” Leigh, wspierający feministyczne hasła praw kobiet do aborcji, antykatolickie manifesty jak „Siostry magdalenki” Mullana czy „Liam” Frearsa, „Ksiądz” Antonii Bird I wiele, wiele innych. New Labour Party Cinema, które kilkanaście lat temu zostało ideologicznie zresetowane przez Partię Pracy kursem „na lewo” w taki sposób, że przez kilka lat trudno było obejrzeć przyzwoicie zrobiony film na temat inny niż dramat społeczny, rozgrywający się w osiedlach councilowskich, pełen bezrobotnych alkoholików i narkomanów, „ofiar państwa, które nie dało im szansy”. Dopiero, kiedy okazało się, że publiczność nie chce oglądać tych dram, nastąpiło tematyczne przewekslowanie. Ale wojna z wartościami chrześcijańskimi wciąż trwa, przy jednocześnie wzbierającym nurcie kina etnicznego, który bardzo popierają progresywni krytycy filmowi, i tak koło się zamyka. Liberałowie zdominowali także sztuki piękne oraz galerie. To skandale, a nie umiejętności i talent stają się „windą na Parnas”, w galeriach dominuje niechlujstwo i tandeta, a problematyka religijna z trudem przebija się do widzów, nawet do galerii finansowanych przez państwo. Przez 22 lata zanotowałam jedną – jedyną podobną ekspozycję, w National Gallery pt. „The Sacred Made Real”, która prezentowała hiszpańską sztukę religijną. Mimo, że rewelacyjna, recenzje były umiarkowane, a zdarzały się uwagi na temat „niezdrowego masochizmu katolików” oraz „katolickiego poczucia winy”.
Mając doświadczenia dyskryminacji na co dzień – media, sądy, sztuka, debaty parlamentarne, gdzie przedstawiciele mniejszości etnicznych i religijnych zawsze mają rację - brytyjscy chrześcijanie nie obnoszą się ze swoją religią, że przypomnę byłego premiera Tony Blaira, który dopiero w pół roku po ustąpieniu z urzędu złożył publiczne oświadczenie o swojej konwersji na katolicyzm. A niedawno w programie BBC 1 „Christmas Voices” tak skomentował ten fakt: „To smutne, że ludzie w Wielkiej Brytanii nie mogą mówić swobodnie o czymś, co jest wyznacznikiem ich tożsamości. Ale wiedziałem, że jeśli zacznę mówić publicznie o Bogu, religii, będę miał trudności. I didn’t want to be dismissed as a nutter” – zakończył. Inni partyjni liderzy, torys Iain Duncan Smith czy liberalny demokrata Charles Kennedy, także nie manifestowali swojego katolicyzmu. A arcybiskup Canterbury, który oddaje liberałom bastion po bastionie, noworoczne przesłania zwykł jest dedykować neutralnym politycznie tematom jak „dzieci Trzeciego Świata”, podczas gdy w Wielkiej Brytanii pojawiła się właśnie „generacja daj, daj, daj”, którą premier Cameron nazwał „pokoleniem bez wartości, które nie umie odróżniać dobra od zła”. Tak więc modernista Rowan Williams niewiele poświęca czasu wątkom tematycznym jak wkład chrześcijaństwa w budowę zrębów cywilizacyjnych Europy, zagrożeniu wartości chrześcijańskich w kraju i na świecie, czy wychowywaniu dzieci w oparciu o standardy etyczne, bo byłoby to niedobrze przyjęte przez liberalny establishment Wielkiej Brytanii. Na szczęście są inni duchowni jak biskup Manchesteru Nigel McCulloch, czy biskup Carlyle Graham Dow, którzy jeszcze w 2009 roku publicznie oskarżyli rządząca wówczas partię o „pustkę moralną w sercach Labour Party”, wskazując równocześnie, że „kryzys finansowy jest nie tylko skutkiem złego zarządzania, ale i braku zasad moralnych społeczeństwa”.
Szczęśliwie, brytyjska scena medialna jest pluralistyczna, więc o prawa chrześcijan upominają się „Times” i „Daily Telegraph”, tygodnik „Spectator” i tabloid „The Daily Mail”, zwłaszcza ciekawe jego wydania weekendowe. To właśnie tam możemy czytać interesujące teksty jak ten Simona Heffnera pt. „Dziś wstyd się przyznać do chrześcijańskiej wiary”. W swoim artykule Heffner pisze: „Nie trzeba być bardzo religijnym, aby docenić jaką rolę odegrało chrześcijaństwo podczas 1400 lat swojego istnienia w Wielkiej Brytanii ….Kościół anglikański po prostu boi się spełniać swoją tradycyjną rolę i bronić chrześcijańskiego etosu i wartości, na których zostało zbudowane to państwo”. I dalej: „Czy naprawdę wymagamy zbyt wiele, żeby Church of England próbował chronić ten cenny legat oraz nasze prawo do wyznawania wiary?” – pytał Simon Heffner.
Dla Polaków ciekawy może być fakt, że nie tylko „Times” czy „Daily Telegraph”, ale i lewicowy „Guardian” wspominają ostatnio o fenomenie „re-ewangelizacji Wielkiej Brytanii przez Polaków”. Oto tytuł artykułu w „Guadianie” z 2006 roku: „Polscy katolicy dają przykład Brytyjczykom, jak zachować swoją wiarę”. I rzeczywiście, statystyki notują pojawienie się 83 nowych polskich wspólnot parafialnych i 163 nowych miejsc modlitw, także w Szkocji, Walii i Kornwalii oraz na Orkadach i Szetlandach, gdzie dotąd nie istniały, i dokąd dziś rekrutuje się wciąż nowych księży. Na londyńskim Ealingu w niedzielę w kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Matki Kościoła odbywa się aż 7 mszy! Były rektor Polskiej Misji Katolickiej ksiądz prałat Tadeusz Kukla tak to skomentował dla „Guardiana”: „Polacy, którzy przyjeżdżają tutaj….. poszukują swojej wspólnoty, także po to, aby spełniać swoje religijne obowiązki. Wydaje się, że około 50-60 procent chodzi na mszę, dając tym samym przykład Anglikom. Polacy nie są świeci, ale próbują być dobrymi świadkami wiary. Kiedy brak miejsca w kościele, klękają i modlą się na ulicy i przypominają Anglikom, co stracili”.
Ostatnio wydaje się, że po szoku spowodowanym sierpniowymi zamieszkami chuligańskimi, English Riots, Brytyjczycy zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, „co stracili”. Z dawna niesłyszany premier Cameron w swoim adresie w Izbie Gmin powiedział wtedy: „To powolny upadek moralności wyprowadził tych młodych ludzi na ulicę”. Wspominał o zniszczonej przez liberałów i polityczną poprawność rodzinie, o upadku autorytetów, braku dyscypliny w szkołach i defensywności kościołów, konsekwentnie eliminowanych z przestrzeni publicznej. Od sierpnia notuje się znacznie większe przyzwolenie obywateli na reformy państwa, szkoły, wymiaru sprawiedliwości, opieki socjalnej, obiecane po zwycięstwie torysów 2 lata temu. Konserwatyści nabrali wiatru w żagle, częściej widać ich w mediach, a w programach radiowych jak „Today” czy debatach telewizyjnych, prowadzący John Humphreys, Jeremy Paxman, Jonathan Dimbleby czy Andrew Neill, pozwalają im zakończyć rozpoczęte zdanie, co jest niejaką nowinką. Odezwali się rodzice, pracownicy socjalni i nauczyciele, a przede wszystkim przywódcy kościołów, zwłaszcza denominacji chrześcijańskich, którzy dotąd pełnili rolę „chłopców do bicia”, i rozpoczęli , tymczasem jeszcze nieśmiało, proces re-ewangelizacji.
Premier Cameron podczas uroczystości 400-lecia Biblii św. Jakuba nie wahał się przypomnieć: „Wielka Brytania jest krajem chrześcijańskim i nie powinniśmy obawiać się o tym mówić, a Biblia pełni dla brytyjskich wartości rolę zasadniczą”. W niedzielnych radiowych i telewizyjnych programach religijnych głośno apelują o powrót do podstaw moralnych nauki Kościoła i odważniej niż dotąd przypominają o przyczynach topnienia ich wspólnot religijnych. Mówią o trwającym 40 lat procesie dyskryminacji i podważania autorytetu chrześcijaństwa, bezustannej krytyce Boga, religii i wiary, duchownych i wiernych, demoralizacji młodzieży przez ateistyczne media. Coś się ruszyło, i można mieć nadzieję, że będzie kontynuowane.
Ostatnia fala ataków na Kościół katolicki w Polsce - próba likwidacji Funduszu Kościelnego, Komisji majątkowej, relegowania lekcji religii ze szkół, a kapelanów z wojska - dziwi i nie dziwi zarazem. Bo wojna kulturowa toczy się od ponad 200 lat i nic nie wskazuje na to, żeby miała się szybko skończyć. Zaskakuje jednak brutalność działań, jak również pojawienie się antyklerykalnej ekstremy - wydawało się, że czasy agresywnego bolszewizmu dawno już minęły. Ale, powtarzając za Chrystusem i ewangelią św. Marka: „Uderzą w pasterza, a rozproszą się owce”. Jednak wystarczy spojrzeć na najnowszą historię Wielkiej Brytanii, aby zrozumieć, że polski Kościół, społeczeństwo, dziennikarze wierzący mają dziś w ręku sporo argumentów na rzecz obrony religii i tradycji katolickiej – także wielkanocnej - porządku społecznego opartego na bliskich im wartościach, prawa do swoich mediów. Nie mówiąc o tym, że art. 53 Konstytucji RP, wciąż przecież obowiązującej, wszystko to im zapewnia.
Elżbieta Królikowska-Avis. Londyn, kwiecień 2012.
